[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Muszę też zabrać kota z balkonu, bo deszcz może się rozpadać - tłumaczył Qwilleran.- No, zbieraj się! Pojedziemy twoim samochodem.Ja będę kierował.- Sam mogę kierować - odparł Bunsen.- Jestem trzeźwy jak świnia.- To wyjmij solniczkę z kieszeni marynarki i idziemy.Qwilleran prowadził, a Bunsen śpiewał.Gdy dotarli doVilla Verandah, fotograf odkrył, że winda znacznie poprawia brzmienie jego głosu.- Boooże, jak ja nie-na-wi-dzę wsta-wać o po-ran-ku.- Zamknij się! Przestraszysz kota.- Jego nie tak łatwo przestraszyć.To opanowany kot.Naprawdę opanowany.Qwilleran otworzył drzwi apartamentu 15-F i pstryknął włącznik.Wnętrze rozjaśniła powódź światła.- Gdzie jest opanowany kot? - dopytywał się Bunsen.- Chcę zobaczyć opanowanego kota.- Wpuszczę go - rzekł Qwilleran.- Wiesz co, lepiej usiądź, bo upadniesz.Może w tym zielonym fotelu.To najwygodniejszy fotel na świecie.Fotograf klapnął w fotel, a dziennikarz otworzył drzwi balkonowe.Wyszedł w mrok.Sekundę później wskoczył z powrotem do środka.- Nie ma go! Nie ma Koko!Rozdział czternastyTrzyipółmetrowa lina przywiązana była do klamki drzwi balkonowych.Na drugim jej końcu znajdowały się niebieskie skórzane szelki zapięte na ostatnią dziurkę.Splątane, tworzyły ósemkę na betonowej podłodze.- Ktoś ukradł opanowanego kota - stwierdził Bunsen autorytatywnie z zielonego fotela.- Przestań się wygłupiać - odwarknął Qwilleran.- Martwię się.Chyba zawołam administratora.- Czekaj - rzekł fotograf, dźwigając się na nogi.- Sprawdźmy dokładnie balkon.Wyszli obaj na zewnątrz.Powitał ich podmuch porywistego wiatru.Bunsen stracił na moment równowagę.Qwilleran zajrzał na sąsiednie balkony.- Między poręczami jest tylko z półtora metra odległości - ocenił.- Koko mógł chyba przeskoczyć.Bunsen widział to inaczej.Spojrzał na wypielęgnowany dziedziniec, znajdujący się piętnaście pięter niżej.Qwilleran zadrżał.- Koty nie spadają z balkonów - powiedział bez przekonania.- Może wiatr go strącił?- Nie bądź niemądry.Patrzyli tępo na półkolistą ścianę budynku.Porywisty wiatr grał donośnie na balustradach balkonów jak źle nastrojone organy.- A może któryś z sąsiadów nienawidzi kotów? - spytał Bunsen.- Wątpię.To znaczy nie wiem.To znaczy nie widziałem.- Qwilleran popatrzył na drugą stronę, mrużąc oczy w ciemności.Fasada południowego skrzydła była szachownicą światła i cienia - w wielu apartamentach panował mrok, w innych zaś jarzyły się lampy, których blask przyćmiewały zaciągnięte draperie.Lecz jedno mieszkanie widać było szczególnie wyraźnie.- Czy widzisz to co ja? - spytał Qwilleran, wskazując palcem.- Popatrz tam.Balkon z rozsuniętymi zasłonkami.- To mieszkanie Davida Lyke'a!- No właśnie.Ma włączony telewizor.Zobacz, kto siedzi na tym telewizorze, wygrzewając sobie kości.Otwarte drzwiczki lakierowanego chińskiego sekretarzyka odsłaniały ekran telewizora, na którym migotały abstrakcyjne obrazy.Wyżej, we wdzięcznej pozie, siedział Koko - jego jasna pierś odznaczała się od ciemnej powierzchni mebla, głowa i uszy były zaś wyraźnie zarysowane na tle srebrzystej ściany.- Zadzwonię do Davida i dowiem się, o co chodzi - powiedział Qwilleran.Wybrał numer centrali i poprosił o połączenie z apartamentem Lyke'a.Czekał.- Nikt nie odbiera - westchnął.- Nie ma go czy co?- I co teraz?- Nie wiem.Myślisz, że kotu się sprzykrzyło i poszedł w odwiedziny?- Pewnie chciał dokładkę tego kurczaka.- Chyba przeskoczył po balkonach naokoło.Stuknięty kot! Być może Lyke go wpuścił, a potem wyszedł.Mówił, że ma randkę.- Co zrobisz? - spytał Bunsen.- Chyba zostawię go tam do rana.- Mogę go przyprowadzić.- Że co? Niby jak? Nie usłyszy cię, bo drzwi są zamknięte, a nawet gdyby usłyszał, jak sam otworzy drzwi balkonowe?- Chcesz się założyć? - Fotograf wskoczył na balustradę i uchwycił się narożnego słupka.- Stój! - wrzasnął Qwilleran.- Złaź natychmiast! - Bał się wykonać jakikolwiek gwałtowny ruch, bo Bunsen balansował niebezpiecznie na wąskiej poręczy.Wstrzymując oddech, zbliżył się powoli do niego.- Nie ma strachu! - krzyknął Bunsen i przeskoczył półtorametrowy rozstęp.Złapał za słupek na sąsiednim balkonie.- Jeśli kot umie coś zrobić, to stary Odd potrafi to jeszcze lepiej.- Wracaj! Odbiło ci! Nie! Nie! Zostań tam! Nie skacz więcej.- Bunsen rusza na pomoc! - ryknął fotograf.Wziął rozbieg, szykując się do drugiego skoku.Po drodze wyrwał żółtą chryzantemę z doniczki i włożył ją sobie między zęby.Qwilleran usiadł i ukrył twarz w dłoniach.- Ja-huuu, ja-huuu! - wołał Bunsen.W miarę jak pokonywał kolejne balkony, jego okrzyki wojenne cichły, zagłuszane przez wycie wiatru.Tu i ówdzie zaniepokojeni lokatorzy wystawiali głowę na zewnątrz, lecz z powodu ciemności nie widzieli akrobatycznych popisów fotografa.- Ja-huu! - dobiegło znowu z oddali.Qwilleran przypomniał sobie o trzech podwójnych kieliszkach martini i dwóch.nie, trzech kieliszkach brandy, które wlał w siebie Bunsen.Przypomniał też sobie o jego żonie i sześciorgu dzieciach, a myśl ta zmroziła mu krew w żyłach.Z drugiej strony dziedzińca doleciał głośny triumfalny okrzyk - Bunsen machał ręką z balkonu Lyke'a.Spróbował otworzyć drzwi - ustąpiły.Obwieścił głośno swój sukces, następnie wszedł do srebrzystoszarego salonu.Na jego widok Koko zeskoczył z telewizora i umknął.Mam nadzieję, pomyślał Qwilleran, że temu gamoniowi zostało jeszcze na tyle rozsądku we łbie, że wróci z kotem korytarzem, a nie po balkonach [ Pobierz całość w formacie PDF ]