[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Będziemy jechać wolniej niż reszta.- Właściwie o tej porze na bocznych drogach nie ma zbyt dużego ruchu.Flagi wypożyczył nam dom pogrzebowy braci Dingleberry.Wiesz, że podczas pogrzebów w mieście nie używa się już flag? Kondukt pędzi na cmentarz normalną prędkością z policyjną eskortą.Wydaje mi się to trochę mało uroczyste, ale jestem tylko wsiowym chłopakiem z Horseradish.Podążając zgodnie ze wskazaniami mapy, zjeździli boczne drogi wzdłuż i wszerz.Z punktów kontrolnych dzwonili do operatora z meldunkiem „teren czysty".Rzeczywiście, ruch na drogach był niewielki, jeżeli nie liczyć jego półgodzinnego nasilenia po zamknięciu barów.Raz Pogodny Jimmy zatrzymał się i poświecił światłami w stronę nowego budynku, wyglądającego jak dom w stylu alpejskim.- Nowy Klub Curlingowy - oznajmił.- Ja nie uprawiam curlingu, ale należę do klubu i przychodzę się tu zrelaksować.Powinniśmy się tu kiedyś razem wybrać.- Co się tam znajduje? - spytał Qwilleran.- Trzy lodowiska, trybuny, sala z barem, gdzie można się ogrzać, szatnia.- Widziałem zdjęcia zawodników na lodzie z dużymi kamieniami i małymi miotełkami.O co chodzi w tej grze? Masz maksimum dwadzieścia pięć słów.- Będziesz liczył? - nie dowierzał Pogodny Jimmy.- No cóż, gra polega na tym, że przesuwa się kamień po lodzie w stronę tarczy.Zręczny gracz potrafi zmusić kamień do najróżniejszych sztuczek: ominięcia innego kamienia, wypchnięcia kamienia przeciwnika.To naprawdę fascynujące!- Ile waży taki kamień?- Dwadzieścia kilogramów i jest wykonany ze szkockiego granitu.- Czy gracze mają własne kamienie, które zabierają do domu, jak kule do kręgli?- Nie.Kamienie trzeba przechowywać w lodówce, w przeciwnym razie stopią lód.Pomijając rozmowę, wyprawa okazała się nieciekawa.W przeciągu dwudziestu czterech godzin wydarzył się tylko jeden pożar, gdy na skutek wypadku ciężarówka przerwała linię wysokiego napięcia.W żadnej z czterech patrolowanych stref nic się nie tliło, nie było też widać czarnego dymu.Dla jednostek ochotniczej straży pożarnej zapowiadał się spokojny dyżur.Ale noc jeszcze się nie skończyła.Dziennikarz pożegnał się z sąsiadem, otworzył drzwi wejściowe do swojego domu i ujrzał istne pobojowisko.Lampka stołowa wisiała na kablu do góry nogami.Dywan był pozwijany.Czerwone poduszki, drewniane jabłka, czasopisma i znajdujące się wcześniej na biurku papiery leżały teraz na podłodze, a pelargonie wylądowały w kuchennym zlewie.To oznaczało tylko jedną rzecz: atak kociego szału! Zwiastun kłopotów, prawdopodobnie Wielkiej Zamieci.Przekazawszy ostrzeżenie, Koko leżał wyczerpany na gzymsie kominka, a Yum Yum ukrywała się.Krok po kroku Qwilleran zaczął przywracać mieszkanie do porządku.Przerwał nagle w połowie sprzątania i zaczął nasłuchiwać.Rozległ się huk niczym strzał armatni! Wybiegł na zewnątrz.W niespełna kilka minut rozległy się syreny wozów strażackich, pędzących z różnych stron ku Pickax.Przyszła mu do głowy okropna myśl: znów płonie „Mackintosh Inn"! Rok wcześniej, kiedy mieścił się tam hotel „Pickax", jakiś psychopata z Nizin podłożył w nim bombę.Na tle czarnego nieba rozjarzyła się czerwona łuna.Chwycił kurtkę, kluczyki i pobiegł do samochodu.Rozdział szóstyCentrum miasteczka tonęło w powodzi błyskających świateł i reflektorów, a trzy kwartały wyłączono z ruchu.Słup gęstego dymu wznosił się w miejscu, gdzie ugaszono płomienie.Qwilleran zaparkował i podszedł bliżej.Nie hotel, więc może poczta? Legitymacja prasowa umożliwiła mu podejście aż do żółtej taśmy, gdzie zagadnął funkcjonariusza:- Co się pali? Budynek poczty?- Nie, panie Q.Budynek za pocztą.Niebywałe! - pomyślał Qwilleran.Okrążył żółtą taśmę, kierując się ku północnemu krańcowi Book Alley.Z antykwariatu pozostał pozbawiony dachu szkielet, buchający kłębami dymu.Strażacy polewali wodą dachy pobliskich budynków.Widoczne na chodniku refleksy światła pochodziły z roztrzaskanego szkła.- Co się stało? - Qwilleran zapytał strażaka o twarzy pokrytej sadzą, który zrobił sobie krótką przerwę.- Wybuch, panie Q.Zerwało dach.Książki poszły z dymem w jednej sekundzie.Nic nie zostało, tylko gołe ściany.Głos wydawał się znajomy.- Pan jest.pan jest.- Terence Ogilvie.Ochotnicza Straż Pożarna z Black Creek.- Tak, racja - Qwilleran przypomniał sobie odwiedziny na tyłach księgarni, gdzie Eddington mieszkał i gdzie zajmował się introligatorstwem.Piec na naftę do ogrzewania.Butla z propanem do gotowania.Duże pudełko zapałek.I Winston! - Tam był kot! - zawołał przerażony.- Nie ma mowy, żeby ocalał.Dwa wozy strażackie z dalej położonych wiosek zbierały się do odjazdu.- Terence, jak długo pan tu zostanie?- Niektórzy z nas zostaną na całą noc, żeby pilnować niebezpiecznych miejsc [ Pobierz całość w formacie PDF ]