[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Metz i Takkata-Jim nie mogli jeszcze dotrzeć na mostek - pomyślała.Wysłała impuls soniczny uruchamiający łącze.Prawie natychmiast pojawiło się przed nią oblicze młodego, błękitnopłetwego delfina.- Centrala łączności.Czym mogę sssłużyć?- Akki? Tak, dziecko, tu doktor Makanee.Czy masz jakieś plany co do lunchu? Wiesz, myślę, że zostało mi jeszcze trochę tej ośmiornicy na sssłodko.Masz wolne.Jakże mi miło.No, to na razie.Aha, i niech nasza randka pozossstanie naszą słodką tajemnicą.Dobrze?Grzeczny chłopiec.Gdy opuszczała oddział intensywnej terapii, w jej umyśle formował się już pewien plan.40.CreideikiW łagodnym półmroku pojemnika antygrawitacyjnego rozległ się cichy, jękliwy okrzyk.Zrozpaczony, pływa Miotany szarymi wichrami, co wyją:Utoniesz! Utoniesz! *41.Tom OrleyPośród spienionego oceanu ryczała rozwścieczona góra.Jakiś czas temu przestało padać.Wulkan pomrukiwał i pluł ogniem na nisko wiszące chmury, rzucając pomarańczowy blask na ich podbrzusza.Cienkie, wijące się smugi popiołu wylatywały w niebo.Gdy opadały gorącym żużlem, nie gasiła ich czysta, morska woda.Lądowały w błocie, na dywanie okopconych łodyg, które wydawały się ciągnąć bez końca.Thomas Orley zakaszlał w wilgotnym, cuchnącym powietrzu.Wdrapał się na kupkę śliskich, splątanych roślin.Ciężar prymitywnych sań zaciskał pętlę wokół jego lewej ręki.Prawą złapał grubą łodygę tuż pod szczytem kopca roślinności.Nogi nieustannie obsuwały mu się, gdy wspinał się wyżej.Nawet kiedy udało mu się wklinować je w szczeliny w błotnistej mazi, stopy często grzęzły w mule chlupoczącym między łodygami.Kiedy niezdarnie je wyciągał, bagienny muł wypuszczał je niechętnie z obrzydliwym, ssącym odgłosem.Czasami natrafiał nogami na „coś”, co odrywało się od nich i wijąc wślizgiwało z powrotem w cuchnące, słone błocko.Ciasno skręcony rzemień wrzynał mu się w lewą dłoń, gdy Tom ciągnął za sobą prowizoryczne sanie - mizerną pozostałość po gliderze i ekwipunku.To cud, że udało mu się uratować choć tyle z katastrofy.Wulkan rzucał pomarańczowe błyski na roślinny dywan.Jak okiem sięgnąć, rośliny były pokryte tęczowymi plamkami metalicznego pyłu.Było późne popołudnie; minęła prawie cała kithrupiańska doba od chwili, gdy szukając bezpiecznego lądowiska skierował glider ku wyspie.Podniósł głowę i spojrzał tępo na porośniętą roślinami równinę.Te twarde, sprężyste wodorosty pokrzyżowały mu cały starannie obmyślony plan.Liczył na to, że znajdzie schronienie na nawietrznej stronie wulkanu, a jeśli nie, to miał nadzieję wylądować na morzu i przekształcić glider w wygodną, nieźle spisującą się na fali tratwę, na której pokładzie mógłby przeprowadzić swój eksperyment.Powinienem był przewidzieć taką ewentualność - pomyślał.Katastrofa, szaleńcze, słabo zapamiętane minuty nurkowania po narzędzia i wiązania prowizorycznych sań podczas siekącego sztormu, a potem całe godziny przebijania się przez śmierdzące łodygi w kierunku pojedynczej kępy roślinności - tego wszystkiego można było uniknąć.Próbował iść dalej, ale drżenie prawego ramienia groziło ostrym skurczem.Naciągnął je sobie w czasie katastrofy, kiedy od skrzydeł odpadły pływaki i kadłub zaczął koziołkować w bagnie, aby wreszcie z pluskiem zatrzymać się na niewielkim obszarze wolnej od roślinności wody.W tych pierwszych, krytycznych chwilach omal nie doznał wstrząsu pod wpływem rany na lewej stronie twarzy.Rozcięcie ciągnęło się od szczęki prawie do neurołącza nad jego lewym uchem.Plastykowa pokrywa zasłaniająca łącze delikatnych nerwów odpadła w nocy i gdzieś się zapodziała.W tej chwili jednak najmniej martwił się możliwością złapania jakiejś infekcji.Ramię drżało mu coraz silniej.Próbował zwalczyć zmęczenie, kładąc się na cuchnących, sprężystych roślinach.Szorstkie błoto drapało go boleśnie w prawy policzek i czoło, ilekroć zakaszlał.Musiał jakoś znaleźć siły.Nie miał czasu na subtelności autohipnozy, dzięki której mógłby znów nakłonić swoje ciało do posłuszeństwa.Całą siłą woli nakazał obolałym mięśniom, aby podjęły jeszcze jeden wysiłek.Niewiele mógł poradzić na to, co rzucał przeciw niemu wszechświat, ale - do diabła! - po trzydziestogodzinnej walce nie podda się, pokonany przez własne zbuntowane ciało kilka metrów od celu! Jego wyschniętym gardłem targnął kolejny atak kaszlu.Tom zadrżał i jego palce niemal wypuściły suchy korzeń, którego się trzymał.Kaszel ustąpił, gdy już zaczął myśleć, że pękną mu płuca.Leżał w błocie, wyczerpany, z zamkniętymi oczami.Wyliczyć ci korzyści ruchu? - Pierwszą z nich jest:Brak Nudy *Brakło mu tchu, aby zagwizdać to haiku w troistym, ale bez końca powtarzał je w myślach i pozwolił sobie na krótki, oszczędny uśmiech, który wykrzywił mu popękane, pokryte zaschniętym błotem wargi.Znalazł gdzieś jednak ostatnie rezerwy sił na jeszcze jeden wysiłek.Zacisnął zęby i podciągnął się ostatni raz.Omal nie wyłamał sobie przy tym prawego barku, ale nie puścił, dopóki nie udało mu się unieść głowy nad wierzchołek niewielkiego pagórka.Zamrugał strząsając popiół z powiek i spojrzał na wzgórza.Jak okiem sięgnąć, nic tylko to zielsko.Z wierzchołka skromnego pagórka wystawała gruba pętla kłącza.Tom z trudem podciągnął sanie do góry i owiązał luźną linę wokół sterczącego korzenia.Powoli wracało mu czucie w zdrętwniałej lewej ręce; otworzył usta, krzywiąc się z bólu.Opadł na pagórek, oddychając szybko i płytko.Skurcze powróciły ze zdwojoną siłą, zginając go w pół.Miał ochotę szarpać te tysiące kłów wbijających się w jego ręce i nogi, lecz dłonie miał sztywne jak szpony.Zwinął się z bólu, przyciskając je do brzucha.W jakiś sposób część jego umysłu pozostała niewrażliwa na tę udrękę.Nadal planowała, obliczała i usiłowała wyliczyć potrzebny czas.Przecież przybył tu w pewnym określonym celu.Był powód, dla którego przechodził przez to wszystko.Gdybyż tylko mógł sobie przypomnieć, dlaczego leżał tu w smrodzie, obolały, pokryty kurzem i błotem.Nie był w stanie sformować tej kojącej myśli.Czuł, że zaczyna tracić przytomność.Nagle wydało mu się, że patrząc zwężonymi z bólu oczami widzi przed sobą twarz Gillian.Za nią chwiały się liściaste gałęzie.Jej szare oczy spojrzały w jego stronę, jakby szukając czegoś, co znajdowało się poza horyzontem.Zdawało się, iż dwukrotnie go ominęły, drżącego, nie mogącego się ruszyć.W końcu napotkały go i wtedy ona się uśmiechnęła!Jej słowa, słyszane jak we śnie, tonęły w szumie ulewy bólu.Wysłałam * * * * na dobre * * * *choć * * * sceptykiem, kochany.* * * choć mógł * * * usłyszećWszechświat cały.Usiłował skupić się na treści przesłania - które najpewniej było złudzeniem.Nie dbał jednak o to, czym było [ Pobierz całość w formacie PDF ]