[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kiedyś ulica Daguerre wydawała się Ann zbyt nędzna dla de Permontów! Chuchając w ręce, przechadzała się tam i z powrotem, bezskutecznie usiłując się rozgrzać.Po półgodzinie w korytarzyku rozległy się kroki.Na tle otwartych drzwi zarysowała się wysoka kobieca postać.Spore niemowlę i ciężki, niezgrabny czarny płaszcz sprawiały, że głowa kobiety, owinięta w chustkę, wydawała się nieproporcjonalnie mała.– Gilberte? – upewniła się Ann półgłosem, ni stąd, ni zowąd czując się, jakby popełniła jakieś przestępstwo.– Kto tam? – Gilberte wzdrygnęła się zaskoczona.– To ja, Ann.Gilberte weszła do środka.Zbliżyła się do Ann.Na jej twarzy malował się dobrze znany wyraz chłodnej ironii.Niemowlę krzyknęło gniewnie, jakby przycisnęła je do siebie za mocno.– Oto jeden z naszych szlachetnych wybawców – powiedziała.– Napawasz wzrok urokami Montmartre’u czy może zwiedzasz tutejsze piwnice?– Było otwarte, więc weszłam.Kiedy Gilberte, otwierając drzwi, spostrzegła kobiecą postać w mundurze, poczuła w ustach metaliczny smak.W przeszłości udało jej się wyzbyć najlżejszych oznak tchórzostwa, teraz jednak, kiedy była jedyną opiekunką Michela, strach stał się oswojonym zwierzęciem, które stale czaiło się u jej nóg.Kolaboranci znikali jeden po drugim, niektórzy zapewne przenieśli się na tamten świat, inni zostali aresztowani.Co za różnica – kula czy więzienie?Dla Michela jedno i drugie równało się wyrokowi śmierci.Kto w mieście pełnym głodujących dzieci brałby sobie na głowę poniemieckiego bękarta?Kiedy nieznajoma przemówiła łagodnym głosem Ann Blakely, Gilberte poczuła niewysłowioną ulgę, której miejsce zajął natychmiast piekący wstyd.Dlaczego właśnie Ann musiała ją znaleźć w piwnicy burdelu, w łachmanach odziedziczonych po służących, w których wyglądała jak strach na wróble? Przycisnęła mocniej Michela i z wymuszonym uśmiechem na ustach podeszła do gościa.Ann, której drobna figurka tonęła w płaszczu koloru khaki, straciła gdzieś młodzieńczą niezdarność.Miedziane włosy wiły się w naturalnych niesfornych kędziorach.Gilberte uznała, że przyjaciółka nigdy jeszcze nie wyglądała tak pięknie.– To twoje dziecko? – spytała Ann.– Droga przyjaciółko, czy to miejsce wygląda jak przytułek dla podrzutków?– Jak ma na imię?– Michel.Czy interesują cię jeszcze jakieś dane dotyczące dziecka? – Zrzuciła z głowy chustkę.Czarne gęste włosy były tak króciutkie, jakby na modłę amerykańską przystrzygła je na jeża.– Jest jednym z Hochererów.To syn feldmarszałka hrabiego Bernda von Hocherer.Ann nie poczuła się zaskoczona ani ogoloną głową, ani łachmanami Gilberte.Nie spodziewała się jednak twardego spojrzenia, które dodatkowo zaostrzało wychudzone rysy przyjaciółki, przydając im chłodnej doskonałości.Zaskoczył ją wyraz zwężonych złocistych oczu Gilberte, z których zniknęły iskierki humoru; ich miejsce zajęło zimne wyrachowanie zwierzęcia schwytanego w potrzask.Gilberte, co z tobą zrobili w Santé? Co te potwory z tobą zrobiły? Popatrzyła na dziecko.Niemowlę przyglądało jej się badawczo.Twarz dziecka miała dojrzały wyraz nieulękłej powagi.Ann zaśmiała się.– Michel, jak się masz, bobasku? – zwróciła się do niego po angielsku.– Czy wasi zaprzyjaźnieni szpicle wytropili nas aż tutaj?– Larry Porter pomógł mi w poszukiwaniach.Nosisz teraz nazwisko matki?Moje prawdziwe nazwisko – odpowiedziała w myślach – nazwisko bękarta.– A kim jest, jeśli wolno spytać, Larry Porter?– Twój kuzyn, Quent Dejong, przyprowadził go kiedyś do was.– Schyliła głowę, wymawiając imię Quenta.Zapomniałam o jej bziku na punkcie gwiazdorów – pomyślała Gilberte.– Chyba miała ochotę na Ouenta.Która by zresztą nie miała? W końcu jest przystojnym milionerem.–Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo zmienił się jej tryb rozumowania.Na rue Daguerre nigdy nie odczuwała wyższości z powodu młodzieńczego pociągu Ann do świata fantazji, teraz potrzebowała lekceważenia, żeby zachować poczucie własnej wartości.– Rzeczywiście – oświadczyła nieco cieplejszym tonem – przypominam sobie, że za Ouentem ciągnął się jakiś Amerykanin.Blondyn, troszkę w typie Tomka Sawyera.– To był właśnie Larry.Wtedy pracował jako korespondent zagraniczny, teraz jest w wojsku.Michel zaczął się wiercić niespokojnie.Chciał zejść z rąk.Gilberte nie mogła się na to zdobyć, żeby włożyć go do skrzynki, chociaż Ann z pewnością zdążyła się domyślić jej przeznaczenia.– Michel, a kuku! – Ann zasłoniła twarz furażerką i odsłoniła z powrotem.– A kuku!Chłopczyk przestał wierzgać i obdarzył ją bacznym spojrzeniem.Kiedy Ann powtórzyła gest kilka razy, posłał jej niepewny uśmiech.– Moje słodkie maleństwo! Gilberte, dasz mi go na ręce?Gilberte przytuliła mocniej Michela.Od urodzenia nie dawała go na ręce nikomu [ Pobierz całość w formacie PDF ]