[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zyskał uznanie swoimi badaniami nad zachowaniem się węglowodanów i lipidów w środowisku morskim, które doprowadziły do opracowania nowych zasad postępowania z zabytkami wydobytymi z wraków.Wychował się na Hawajach i stąd być może brały się jego morskie zainteresowania.W Fogg Art Museum działała skrupulatna ochrona, co było zresztą zupełnie zrozumiałe, bo mieściła się tam najcenniejsza w Stanach kolekcja impresjonistów i postimpresjonistów, a do tego kilka cudownych dzieł Picassa.Karta dla odwiedzających zawierała mikroprocesor pozwalający na precyzyjne śledzenie każdego kroku.Raz zszedł po mnie i osobiście podpisał moją kartę wstępu.Należał do tych awangardowych istot ludzkich o nieokreślonej narodowości, zadziwiających mieszańców, którymi – mam nadzieję -staniemy się w nowym tysiącleciu.Skórę o intensywnej barwie pekanowego orzecha odziedziczył po ojcu, który był po części Afroamerykaninem, a po części rdzennym Hawajczy-kiem.Włosy – proste i kruczoczarne – a także migdałowy wykrój oczu miał po babce Japonce, ale ich stalowobłękitny kolor po matce, szwedzkiej mistrzyni windsurfingu.Kiedy oboje byliśmy na studiach podyplomowych, zawojował moje serce, bo relacje z nim układały się zawsze tak, jak lubię -lekko, łatwo, zabawnie, bez zobowiązań.Gdy wybierał się gdzieś w długi rejs, by zbierać materiały do dysertacji, po powrocie mogliśmy wrócić do starego układu albo nie, w zależności od aktualnego nastroju.Nie było mowy o żadnych pretensjach, gdyby któreś zaangażowało się tymczasem w inny związek.Po tych harvardzkich czasach nie widywaliśmy się często, ale pozostawaliśmy w kontakcie, co prawda dość luźnym.Kiedy się ożenił z pewną poetką, wysłałam im piękny dziewiętnastowieczny drzeworyt wyobrażający wraki statków.W zamian dostałam rodzinną fotografię ze ślubu.To było coś! Żona Rażą okazała się córką irańskiej Kurdyjki i amerykańskiego Pakistańczyka.Nie mogłam się doczekać zdjęcia dzieci -będą chyba wyglądać jak z reklamy Benettona.Uścisnęliśmy się z pewnym zakłopotaniem – jak to w pracy, nie wiedząc, czy cmoknąć się raz, czy dwa razy.Zderzyliśmy się przy tym niezgrabnie czołami.Lepiej byłoby po prostu uścisnąć sobie dłonie.Przeszliśmy przez zalane światłem atrium i wspięliśmy po schodach na górę, mijając wejścia do galerii.Przed ostatnią kondygnacją, gdzie pracowalikonserwatorzy, zamontowano metalową bramkę.Centrum Konserwacji im.Strausa było dziwną placówką.Najnowsze urządzenia sąsiadowały tu z kolekcjami wyglądającymi jak rupiecie ze strychu, zebranymi przez założyciela Edwarda Forbesa.Na początku XIX wieku Forbes dużo podróżował po świecie, starając się gromadzić wszelkie pigmenty używane w sztuce.W oszklonych szafach umieszczono wszystko, co znalazł – od lapisu-lazuli i malachitów po autentyczne rzadkości, takie jak indyjska żółcień, otrzymywana z moczu krów karmionych wyłącznie liśćmi mangowca.Tego cudownego, trwałego cytrynowożółtego pigmentu już się nie produkuje, Brytyjczycy zakazali bowiem jego wyrobu w czasach swego radźu, uważając, że taka pasza jest zbyt uciążliwa dla bydła.W głębi długiej pracowni ktoś pracował nad torsem z brązu.–Porównuje odlew zrobiony za życia rzeźbiarza z innym, młodszym odlewem, by znaleźć różnice w wykończeniu – wyjaśnił Raz.Na drugim końcu stołu stał spektrometr.–A więc jaką masz do mnie sprawę? – spytał.–Mam próbki, które pobrałam z poplamionego pergaminu.Założę się, że to wino…Wyciągnęłam fotografię poplamionej stronicy.Na kremowym tle rozkwitała rdzawobrunatna plama.Zaznaczyłam na zdjęciu miejsca, skąd pobrałam próbki.Miałam nadzieję, że materiał jest wystarczający.Wręczyłam Razowi plastikowe saszetki.Wziął zakrzywiony skalpel i za jego pomocą przeniósł substancję z torebki na tarczę z diamentowym pryzmatem pośrodku.Docisnął próbkę przezroczystym krążkiem, tak żeby mogły przez nią przechodzić promienie podczerwone.Wpatrywał się w okular urządzenia, by sprawdzić, czy próbka jest należycie oświetlona przez lampy w obrotowej karuzeli [ Pobierz całość w formacie PDF ]