[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dopiero gdy skończyłem zestaw ćwiczeń i usiadłem prosto, rozpoznałem agentkę specjalną Banger w ciemnoniebieskim stroju treningowym z logo FBI na koszulce.Natomiast nigdzie nie było widać dupka z IRS.- Incognito? - rzuciłem, ruchem głowy wskazując na jej klatkę piersiową.- Przestępcy musieliby znać alfabet, żeby panią rozszyfrować.- Wie pan, gdzie leży lądowisko w Aurorze? - zapytała Banger.- Jasne - mruknąłem.- Przy okazji, u mnie wszystko w porządku.A co u pani?- Zdąży pan tam dotrzeć na dziewiątą wieczorem?- Będę musiał odwołać gorącą randkę.- Dziewczyna na pewno jakoś to przeżyje - odparła Banger z uśmiechem.- Proszę się nie spóźnić - dodała, poklepując sztangę, po czym okręciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia.- Skąd pani wie, że kłamię? - zawołałem jeszcze za nią.Banger zawróciła w moją stronę z tym swoim uśmieszkiem podkreślającym, że prawo jest po jej stronie i pochyliła się nade mną, tak że poczułem zapach jej porannej kawy.- Z tego samego źródła, dzięki któremu dowiedziałam się, że w przeciągu ostatnich trzech dni otrzymał pan siedem telefonów: cztery od telemarketerów, jeden od kolegi z agencji, który był chory pańskiego ostatniego dnia w pracy, jeden od pańskiego księgowego i jeden od kuzyna z Sacramento, do którego zresztą pan nie oddzwonił.Wiem też, że słuchał pan ścieżki dźwiękowej z „Somewhere in Time” pomiędzy seansami „Przeminęło z wiatrem”, i że lubi pan dosyć powtórki „Nikity”.Jeszcze jakieś pytania? - rzuciła i mrugnąwszy do mnie okiem, skierowała się wreszcie do drzwi.- Ma pani później wolne? - krzyknąłem nieco zbyt głośno, ale i tak nikt mnie nie usłyszał.Wiedziałem, że tak będzie, bo we wtorkowy poranek średnia wieku klienteli tego przybytku wahała się gdzieś w okolicach siedemdziesiątki, więc nawet gdybym nasikał teraz na stojak ze sztangą, nie przyciągnęłoby to niczyjej uwagi.Lotnisko w Aurorze to kilometrowa wstążka połatanego asfaltu, z trawą wyrastającą spomiędzy pęknięć - widywałem już lepiej oświetlone przydomowe podjazdy - i dwa blaszane hangary wybudowane jeszcze w czasach Eisenhowera.Większość jednostek latających, które nazywają to miejsce domem, stanowiły samoloty służące do oprysku pół, kilka egzemplarzy Piper Cubów z podwoziem ogonowym i jeden helikopter o przeszklonej kabinie bez drzwi.Wieczór okazał się typowy dla jesieni w Oregonie - mżawka, snujące się nisko pasma mgły i tak zimno, że można było zobaczyć własny oddech.O tej porze wokół nie było już nikogo, a jedyne oświetlenie zapewniała samotna żarówka na ścianie hangaru.Idealne miejsce na potajemne spotkanie z moimi rządowymi pracodawcami.Usłyszałem samolot, zanim jeszcze go dostrzegłem - mały odrzutowiec podchodzący właśnie do lądowania.Tuman mgły unoszący się nad krańcem pasa startowego nagle zyskał nieziemską poświatę, z której wynurzało się czasami dwoje jasnych oczu schodzących coraz niżej z pełną gracji lekkością.Samolot, nadal rysujący się jedynie jako zamazana sylwetka, wykorzystał całą długość pasa, żeby zwolnić, po czym skręcił na równoległą drogę kołowania i podjechał w stronę niewielkiego placu parkingowego przy hangarach, gdzie w końcu się zatrzymał.Silniki nie przestały jeszcze pracować, a już z wnętrza opuszczono schodki.Ponieważ nikt się nie pojawił w drzwiach, uznałem, że to zaproszenie dla mnie.Skulony pod parasolem podszedłem bliżej, żałując w duchu, że nie założyłem na takie kałuże innych butów.Od razu spostrzegłem, że odrzutowiec nie ma żadnych oznaczeń, poza numerem FAA, a w kabinie panuje mrok.Dało się zauważyć jedynie zarys głowy pilota, nieodzownej kwadratowej szczęki i słuchawek, wszystko ledwie widoczne w słabym świetle przyrządów pokładowych.Sądząc z faktu, że silniki zostały wyłączone, spotkanie miało się odbyć tutaj, a nie w powietrzu.Poza chlupotaniem wody pod moimi wartymi dwieście dolarów mokasynami od Ecco, czego wprost nienawidzę, noc znowu pogrążyła się w zupełnej ciszy.Samolot - dwudziestoletni lear - był znacznie mniejszy niż gulfstream Scotta i pasowałby raczej do zamożnego właściciela winnicy, niż do legendy świata zaawansowanych technologii z filiami firmy wyrastającymi jak grzyby po deszczu.Zaciekawiony, wspiąłem się po schodkach.W środku czekał już na mnie jakiś mężczyzna.Poza nim i pilotem, który nie ruszył się ze swojej kabiny, w samolocie nie było dziś wieczorem nikogo, co zwiększało jeszcze wrażenie nierzeczywistości całego planu.Facet wyglądał dokładnie tak, jak można by się tego spodziewać w przypadku człowieka latającego samotnie prywatnymi odrzutowcami: chłopak z plakatu reklamującego zajęcia księgowości w Stanfordzie, wystrojony w nijaki garnitur i starannie zawiązany, mdły krawat.Typ faceta, który układanie ubrań w swojej szafie uważa za świetną zabawę.- Dziękuję, że zechciał się pan ze mną spotkać w taką paskudną noc.- Nieznajomy powitał mnie mocnym uściskiem dłoni.- Naprawdę powinniśmy płacić tym chłopakom więcej - dodał, zerkając w stronę kabiny pilota.Przytaknąłem ruchem głowy.Tylko były pilot śmigłowców bojowych albo szaleniec, co tak naprawdę oznaczało to samo, wylądowałby na tym skrawku asfaltu w podobną pogodę, korzystając jedynie ze wskazań rękawa lotniskowego.- Nazywam się Douglas Crane.Może zechce pan na to spojrzeć.- Mój gospodarz wręczył mi skórzany wizytownik.Kiedy go otworzyłem, moim oczom ukazało się coś w rodzaju odznaki, certyfikat o wytłaczanych literach, z pieczęcią IRS i imponującym tytułem: regionalny zastępca dyrektora Internal Revenue Service.Do tego jeszcze zdjęcie, na którym facet miał dokładnie ten sam krawat, co teraz.- Nie dysponuję równie wymyślnymi listami uwierzytelniającymi - powiedziałem, podnosząc wzrok i wzruszywszy lekko ramionami, oddałem mu legitymację.- Sporo o panu słyszałem, więc pozwoli pan, że będę w tej kwestii odmiennego zdania - odparł Crane z uśmiechem.Już go polubiłem, pomimo jego krawata i pracodawcy.Z drugiej jednak strony była to przecież oczekiwana reakcja.Rozsiedliśmy się obaj wygodnie, Crane najwyraźniej bardzo zadowolony ze swojej obecności tutaj.- Chciałem po prostu pana poznać - wyjaśnił - i osobiście zapewnić, że jesteśmy radzi z pańskiej decyzji udzielenia nam pomocy w tym małym dochodzeniu.Zawahałem się, niepewny, jak to rozegrać.Jak większość ludzi, którzy patrzą na świat przez zaprawione żółcią okulary, mam tendencję do zachowywania sporej rezerwy, kiedy ktoś podlizuje mi się aż tak gorliwie.- Mam nadzieję, że dzięki temu agent specjalny Short nie będzie się musiał uciekać do dalszych gróźb, żeby nakłonić mnie do współpracy.- Short panu groził? - Zadowolona mina natychmiast zniknęła z twarzy Crane’a.- Naprawdę przykro mi to słyszeć.- Podejrzewam, że w jego przypadku to raczej wina kompleksów z powodu małego członka - rzuciłem, unosząc brwi.Crane przygryzł dolną wargę, a ja bardzo chciałem wierzyć, że po prostu stara się stłumić śmiech, co zresztą było pewnie prawdą, jeśli znał Shorta.- Rzeczywiście w podobnych sytuacjach często przywołuje się statystyczne prawdopodobieństwo kontroli skarbowej.Lekka perswazja, owszem, ale groźby.Mam nadzieję, że nie jest to odbierane w ten sposób.- Moim zdaniem, to jedynie kwestia semantyki.W każdym razie już się zdecydowałem.Pod warunkiem, że reszta ich opowieści też będzie się trzymać kupy.- Nie ma obawy.Właśnie dlatego tu jestem.Aby przypieczętować naszą umowę, że tak powiem.Uwiarygodnić swoją osobą tę propozycję.- A ja myślałem, że chce pan udzielić mi jakichś informacji.Wymienić parę historyjek na temat Nelsona Scotta.Ledwie dostrzegalna iskierka rozbawienia błysnęła ponownie w jego oczach [ Pobierz całość w formacie PDF ]