[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Patrzał na jednorożca.Podszedł o kilka kroków do przodu, rzucił krótkie spojrzenie w stronę Willow i Abernathy’ego, potem znowu na jednorożca, i zatrzymał się.Jednorożec poruszał się nerwowo i drżał, jak gdyby już był schwytany.Jednak nadal nie rzucał się do ucieczki.– Willow, co tu się dzieje? – nagląco warknął Abernathy.Sylfida ledwie trzymała się na nogach.Nieprzytomnie potrząsała głową, a jej słowa były ledwie słyszalne.– Widziałam.– powtarzała – obrazy.widziałam wszystko.Lecz było ich tyle.nie potrafię.Mówiła od rzeczy – zdawało się, że nadal jest w szoku.Abernathy podtrzymał ją i powoli posadził na ukwieconej trawie.Potem odwrócił się do Meeksa.– Ona nie może ci niczego zrobić! – krzyknął, natychmiast ściągając na siebie spojrzenie czarnoksiężnika.– Dlaczego nie pozwolisz jej odejść? Jednorożec należy do ciebie, jeśli go chcesz; swoją drogą, nie mam pojęcia, do czego mógłby ci się przydać.Wszystkim, którzy z nim się zetknęli, przynosił pecha!Meeks patrzał na niego bez słowa.– Za chwilę pojawią się tutaj inni! – rzekł Abernathy.– Lepiej stąd zmykaj!Meeks uśmiechnął się chłodno.– Chodź tu do mnie, skrybo – poprosił cicho.– Może powinniśmy o czymś porozmawiać.Abernathy zawahał się, rzucił krótkie spojrzenie ku Willow, wziął głęboki oddech i ruszył przez polanę.Był sparaliżowany strachem.Spotkanie z Meeksem i jego ulubionym demonem było chyba ostatnią rzeczą, jaką chciałby w życiu zrobić – a teraz właśnie to czynił.Wyprostował się odważnie zdecydowany, by poznać prawdę.W zasadzie i tak nie miał wyboru.Musiał zrobić coś, żeby uratować dziewczynę, a to co robił, wydawało mu się w tej chwili jedyną możliwością.Dzień był ciepły i spokojny: byłby to piękny dzień na zajęcie się czymkolwiek innym niż to, co robił teraz Abernathy.Szedł tak wolno, jak to tylko było możliwe i modlił się, by jego przyjaciele pojawili się tutaj, zanim czarnoksiężnik zamieni go w kolejną całopalną ofiarę.Zatrzymał się o kilkanaście kroków od Meeksa.Pomarszczona twarz maga była zwodniczą maską fałszywego ciepła.– Podejdź bliżej – szepnął.Abernathy wiedział, że już po nim.Nie było już żadnej drogi ucieczki.Być może mógł opóźnić to, co miało się stać o parę chwil – lecz to było wszystko, co był w stanie zrobić.Jednak nawet te parę chwil mogło uratować Willow.Podszedł jeszcze o kilka kroków.– O czym mamy rozmawiać? – zapytał ostro.Chłodny uśmiech zniknął z twarzy maga.– Czemu nie o twoich przyjaciołach i ich przybyciu? Wykonał krótki ruch księgami i z otaczających ich drzew wyłonił się krąg wykoślawionych postaci.Były wszędzie, otaczając ich.Okropne, świńskie twarzyczki o ostrych zębach i wężowych języczkach.Pochrząkiwały i pokwikiwały zapalczywie.Abernathy poczuł, jak włos jeży mu się na grzbiecie.Tuzin małych potworków popychał przed sobą Questora Thewsa, Buniona, Parsnipa, gnomy-dodomy.Wszyscy byli zakneblowani i zakuci w łańcuchy.Meeks odwrócił się, a na jego twarz powrócił uśmiech.– Zdaje się, że twoi przyjaciele na niewiele by ci się zdali.Ale dobrze, że poczekałeś, aż się tutaj pojawią.Abernathy postradał ostatnią nadzieję na ratunek.– Uciekaj, Willow! – krzyknął i wściekle ujadając, rzucił się na Meeksa.Robiąc to, miał bladą nadzieję, że zdoła zaskoczyć maga i wytrącić mu z ręki owe cenne księgi.I niemal udało mu się to uczynić.Meeks był tak zajęty dyrygowaniem swoją małą armią potworków, że nawet nie przypuszczał, że pies zdecyduje się go zaatakować.Abernathy siedział na nim, zanim czarownik zorientował się, co się dzieje.Lecz magia, którą władał Meeks, była szybsza niż myśl i mag użył jej bezzwłocznie.Z ksiąg wydobył się zielony płomień i uderzył jak młot w Abernathy’ego.Pokryty miękką sierścią biały wheaten terier wyleciał w powietrze i spadł na łeb na szyję.Leżał bez ruchu, a dym unosił się z jego osmalonego futra.Chroniąca Meeksa ściana ognia zniknęła.Księgi zajaśniały i zgasły.Czarnoksiężnik spojrzał przez polanę w kierunku miejsca, w którym na trawie, obok czekającego jednorożca, bezwładnie siedziała na ziemi Willow.– Wreszcie – wyszeptał niskim głosem.Skinął lekko na demoniczne skrzaty i ich krąg zaczął się zacieśniać.Na małej polanie zapanowała martwa cisza – zupełnie jakby przyroda położyła palec na swych ustach, mówiąc całemu światu „szaaa”.Czas zdał się biec wolniej.Meeks czekał niecierpliwie, obserwując zawężający się krąg demonicznych skrzatów.Latający demon parskał, a z jego nozdrzy unosiła się para.Willow siedziała z pochyloną głową, ciągle jeszcze oszołomiona.Długie włosy opadały jej na ramiona niczym welon.Czarny jednorożec – cień wyrwany boleśnie z ciemności na światło dnia – zbliżył się do niej i tylko co jakiś czas przestępował z nogi na nogę.Opuścił pysk i delikatnie pocierał nim ramię Willow.Magiczny, biały blask jego rogu obrócił się w czerń.Nagły podmuch wiatru przemknął ponad górskimi szczytami i zagwizdał pomiędzy drzewami.Jednorożec gwałtownie wzniósł głowę i nastawił uszy.Jego róg zajaśniał mocniej, niż słońce.Słyszał dźwięki, których nikt inny nie mógł usłyszeć – dźwięki, na które czekał od stuleci [ Pobierz całość w formacie PDF ]