[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Widocznie musiało mu się coś przewidzieć.Biegł dalej.Znowu myślał o Paladynie, błędnym rycerzu tej krainy.Przeczuwał, że to Paladyn musi być kluczem do rozwiązania problemów trapiących Landover.Zbiegnięcie się w czasie śmierci starego władcy i zniknięcia Paladyna nie było na pewno dziełem przypadku.Od tamtej chwili w królestwie zaczęło się dziać coraz gorzej.Pomiędzy królem i Paladynem istniała jakaś więź, którą musiał koniecznie zrozumieć.Być może jemu właśnie powinno się to udać, skoro - o ile Questor mówił prawdę - ponowne, dwukrotne pojawienie się Paladyna miało związek z przybyciem Bena do Landover.Może w jakiś sposób zdoła sprowadzić Paladyna po raz trzeci i wtedy sprawdzi, czy jest on faktycznie tylko duchem.Ben biegł, a słońce powoli wznosiło się na niebie.Gdy zawrócił, kierując się w dół, ku przystani łodzipromu, poranek był już w pełni.Jeszcze dwókrotnie dostrzegł jakieś cienie poruszające się wśród drzew lasu, lecz za każdym razem, po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdzał, że niczego tam nie ma.Przypomniał sobie ostrzeżenia Abernathy’ego, ale w końcu machnął na nie ręką.Ludzie zawsze mówią ci, żebyś nie chodził po ulicach Chicago, lecz przecież nie możesz spędzić życia zamknięty w mieszkaniu.Rozmyślał o tym wszystkim, płynąc z powrotem na wyspę.Człowiek musi czasami ryzykować swym życiem.Gdyby tego nie czynił, to jakiż by ono w ogóle miało sens? Rozsądna ocena ryzyka jest bardzo ważna, lecz doświadczanie go - równie istotne, jeśli chce się żyć pełnią życia.To właśnie do tego zawsze próbował przekonać Milesa.Czasami robisz różne rzeczy tylko dlatego, że inni uważają je za stosowne.Czasami jednak robisz coś, bo.Nagle przypomniał sobie twarze owych rolników i pasterzy z rodzinami, owych myśliwych i żebraka, którzy przybyli do Serca na jego koronację.Wyrażały one jakąś rozpaczliwą nadzieję, jak gdyby ludzie ci chcieli wierzyć, że Ben zdoła stać się ich prawdziwym królem.Było to wprawdzie tylko kilka osób, wobec których nie czuł się w zasadzie odpowiedzialny, lecz.Łódź dobiła do brzegu wyspy na wprost głównego wejścia zamku.Pogrążony w myślach Ben podniósł się wolno.Niewiele brakowało, a nie zauważyłby ukrytego w cieniu bramy Abernathy’ego.- Śniadanie, panie?- Co?! - wzdrygnął się Ben.- Ach, tak.Oczywiście, z przyjemnością coś bym zjadł.- Wygramolił się z łodzi i ruszył szybko do zamku.-1 przyślij do mnie Questora.- Tak, panie.- Pies podążał za nim, stukając pazurami o kamienną posadzkę.- Czy przyjemnie się biegało?- Tak, bardzo.Przepraszam, że nie czekałem.Pomyślałem, że nie warto nikogo trudzić tylko po to.Nastąpiła chwila ciszy.Ben poczuł spojrzenie psa na plecach i się odwrócił.- Sądzę, że powinienem ci jednak powiedzieć, panie, że Bunion nie odstępował cię na krok.Wysłałem go, by mieć pewność, że jesteś odpowiednio chroniony.Ben uśmiechnął się.- Tak, zdawało mi się, że kogoś widziałem.Czy rzeczywiście musiał za mną biec?Abernathy wzruszył ramionami.- To zależy od tego, czy potrafiłbyś poradzić sobie z szarym wilkiem, jaskinnikiem i chwyćcem bagiennym, które Bunion unieszkodliwił, gdy się czaiły, by upolować cię na śniadanie.- Odwrócił się i skręcił w boczny korytarz.- A co do śniadania, to twoje czeka w komnacie jadalnej, panie.Pójdę po maga.Ben odprowadził Abernathy’ego wzrokiem.Chwyciec bagienny? Jaskinnik? Na jego czole pojawiły się nagle krople potu.Na litość boską! Przecież niczego takiego tam nie widział! Czyżby to był jakiś makabryczny dowcip Abernathy’ego?!Zawahał się, po czym pospieszył do komnaty.Nie, Abernathy nie żartowałby sobie z takich rzeczy.Rzeczywiście musiało mu zagrażać niebezpieczeństwo, o którym nie miał nawet pojęcia.Samotnie zjadł śniadanie.Parsnip przyniósł mu je i odszedł.Abernathy się nie pojawił.Gdzieś w połowie posiłku dostrzegł cień Buniona stojącego przed wejściem po przeciwnej stronie komnaty.Kobold błysnął w mroku rzędami ostrych, białych zębów i zniknął.Ben nie odwzajemnił uśmiechu.Niemal już kończył, gdy w końcu w drzwiach pojawił się Questor.Ben odstawił talerz i kazał magowi siąść obok siebie.- Questorze! Chcę wiedzieć dokładnie o wszystkim, co zmieniło się po śmierci starego króla.Chcę wiedzieć, jak było w tamtych czasach.Muszę dojść do tego, co należy zrobić, by przywrócić tamten stan rzeczy.Questor Thews wolno pokiwał głową.Brwi nad jego bystrymi oczami się zmarszczyły.Położył dłonie na stole.- Spróbuję, panie, choć niektóre sprawy mogły umknąć mej pamięci.O niektórych już wiesz.Istniała królewska armia - teraz jej nie ma.Istniał dwór z najemną służbą.Z niego pozostaliśmy tylko my: Abernathy, Bunion, Parsnip i ja.Był skarbiec.Teraz świeci pustkami.Istniał system podatków i corocznych danin.Załamał się.Mieliśmy program robót publicznych, reform społecznych i ochrony dóbr natury.Upadł.Obowiązywały prawa, których przestrzegano.Teraz wszyscy je ignorują.Funkcjonowały traktaty i niepisane umowy między mieszkańcami tej krainy.Zapomniano o nich.Niektórzy otwarcie je łamią.- Poczekaj! - Ben potarł policzek.- Czy pomiędzy poddanymi istnieją w tej chwili jakieś umowy?- Nie, wszyscy idą swoimi drogami.Ludzie, istoty półludzkie i czarodziejskie - nikt nie ufa już nikomu.Ben zmarszczył czoło.- I osoba króla dla nikogo nie ma wielkiego znaczenia?Nie, nie odpowiadaj.Sam potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie.- Przerwał.- Czy wśród nich jest ktoś tak silny, by stawie czoło Markowi?Mag zawahał się.- Może Nocny Cień.Ma wielką moc magiczną.Ale i dla niej pojedynek z Markiem byłby wielkim ryzykiem.Tylko Paladyn był wystarczająco silny, by pokonać demona.- A jeżeli wszyscy by się przeciw niemu sprzymierzyli?Tym razem wahanie Questora trwało trochę dłużej.- Owszem, wtedy można by pokonać Marka i jego armię.- Ale najpierw trzeba by było znaleźć kogoś, kto ich zjednoczy.- Tak, trzeba by było.- I kimś takim mógłby być król Landover.- Tak, mógłby.- Ale na razie król Landover nie może zgromadzić tłumów nawet na swej koronacji.Questor milczał.Wpatrywali się w siebie ponad stołem.- Questorze, co to jest chwyciec bagienny? - spytał w końcu Ben.Mag zmarszczył brwi.- Chwyciec bagienny, panie?Ben skinął głową.- Chwyciec bagienny to rodzaj stworzenia leśnego, które gnieździ się na moczarach i paraliżuje swe ofiary językiem.- Czy poluje rankiem?- Owszem.- Czy poluje na ludzi?- Owszem, na ludzi również.Panie.- A Bunion.czy on potrafiłby sobie poradzić z takim chwyćcem?Questor zamknął usta, rezygnując z tego, co zapewne chciał powiedzieć.Zmarszczył brwi.- Kobold potrafi stawić czoło niemal wszystkiemu, co żyje.Koboldy są w walce bardzo zaciekłe.- Dlaczego Parsnip i Bunion pozostali w zamku, podczas gdy opuściła go cała służba?Teraz twarz Questora stanowiła jedną wielką zmarszczkę.- Są tu, ponieważ przysięgli wierną służbę tronowi i władcy.Koboldy nie rzucają słów na wiatr.Nigdy nie łamią złożonych obietnic.Bunion i Prsnip pozostaną tu tak długo, jak długo istnieje król Landover.- Czy podobnie jest z Abernathym?- Tak.Sam wybrał tę służbę.Pauza trwała dłuższą chwilę.- Ja również, panie.Ben rozparł się w krześle.Milczał przez moment, ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, wpatrując się w Questora.W ciszy słuchał szeptu myśli maga i snuł swe własne.W końcu słabo się uśmiechnął.- Zdecydowałem się pozostać.Questor odwzajemnił jego uśmiech.- Rozumiem.- Wyglądał na niezmiernie zadowolonego.- Tak przypuszczałem [ Pobierz całość w formacie PDF ]