[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Rozdrażniona wiedźma obmyśliła własne stworzenie, nazwane przez nią rubakiem, które wspólnie zamieniły z niewinnego pędraka w groźnego drapieżnika.Tym razem Mistaya otwarcie się sprzeciwiła, mówiąc, że zmęczyły ją już potwory, że jest znużona takim stosowaniem magii i chciałaby spróbować czegoś innego.Nocny Cień oddaliła jej skargę chłoszczącym spojrzeniem, przypominając jej, że obiecała robić to, co jej się każe, w zamian za przywilej uczenia się.Mistayę korciło, żeby powiedzieć, iż owa wymiana stała się nadmiernie jednostronna, ale nie odezwała się słowem.Prawdę powiedziawszy, nie rozumiała, co się dzieje.Pomimo różnic wciąż traktowała Nocny Cień jak przyjaciółkę.Istniała między nimi bliskość, która była silniejsza od obecnego niezadowolenia, i powoli odkrywała, że bierze się ona ze wspólnych dla nich obu mocy i coraz bardziej przypomina pewną formę intensywnego współzawodnictwa, jak gdyby obie wiedziały, że bardziej niż przyjaciółkami los każe im zostać rywalkami.Każdego dnia było coraz więcej szarpania i sprzeczek między nimi, a powstały wyłom nieubłaganie stawał się szerszy.Mistaya nie chciała, żeby tak się działo, ale zauważyła, że nie ma siły temu zapobiec.Nocny Cień nie chciała jej słuchać; ani myślała o kompromisie czy pojednaniu.Chciała, aby Mistaya robiła to, co jej nakazywała, aby nie zadawała pytań i aby poskromiła wszelkie sprzeciwy.Coraz częściej Mistaya zauważała, że nie może tego zrobić.Tego ranka była zatem sama i wciągnięte do płuc powietrze wydawało jej się nowe i świeże.Ostrożność nie pozwalała jej zbyt szybko cieszyć się nieoczekiwaną wolnością i kazała najpierw rzucić proste zaklęcie, aby sprawdzić, czy Nocny Cień nie próbuje czasem jej oszukać.Nie było jednak ani śladu wiedźmy, wezwała więc Gwizdka.Salamandra natychmiast przybyła, wyłaniając się z mroku, i dziewczynka ujrzała rozmarzone oczy, nieco nastawione uszy i merdający ogonek.- Stary, dobry Gwizdek - przywitała zwierzątko uśmiechem.- Witaj, mała.Gwizdek usiadła na tylnych łapkach i zaczęła uderzać ogonkiem o ziemię.- Może byśmy coś zrobiły? - zapytała czworonożną przyjaciółkę.- Tylko my dwie.Rozejrzała się po polanie, jakby odpowiedź miała się sama pojawić.Znajome opary mgły oplatały wszystko dokoła.Drzewa i zarośla tonęły w półmroku, niebo było niewidoczne, a świat spowijał kokon ciszy.Zmęczyło ją zamknięcie w tak małej przestrzeni.Pragnęła widzieć coś więcej niż ścianę mgły.Pamiętała, jak wyglądał świat na zewnątrz, i chciała na niego popatrzeć - na słońce, zieleń traw, błękit nieba, jeziora, lasy, góry i żywe stworzenia.Ostatnio sporo myślała o rodzicach, pierwszy raz od dłuższego czasu.Zastanawiała się, dlaczego nie przyszli zobaczyć się z nią lub nie napisali albo nie zapytali w jakiś inny sposób o to, jak się czuje.A co z jej przyjaciółmi ze Sterling Silver? Dlaczego nie miała żadnych wieści od Questora Thewsa? Byli najlepszymi przyjaciółmi.Co się z nimi stało?Nie zapytała o to Nocnego Cienia.Wiedziała, co wiedźma odpowie.Byli ostrożni, ponieważ Rydall jej szukał.Chcieli mieć pewność, że jest bezpieczna.Odpowiedź ta nie zadowalała jej jednak tak, jak powinna.Wydawała jej się niewystarczająca.Powinien być jakiś sposób, aby jej rodzice i przyjaciele mogli się z nią kontaktować, nawet tutaj.Tak czy inaczej, Mistaya zaczęła tęsknić za domem.- No więc? - zapytała z niecierpliwością.- Wystarczy tego stania.Chodźmy na spacer.Ruszyła pewnie, nie zastanawiając się dłużej.Wiedziała, że dużo ryzykuje.Zamierzała pójść tam, gdzie mogła widzieć dalej niż na kilkanaście metrów, gdzie było światło i ciepło, gdzie były żywe istoty.Zamierzała opuścić Wielką Czeluść, a to oznaczało złamanie zasad ustalonych przez Nocny Cień.Dziwne, lecz nie martwiła się tym zbytnio.Wyczarowała łodygę Bonnie Blue do żucia, bo nagle zatęskniła za czymś, czego już dawno nie widziała.Droga była łatwa.Kiedyś nie byłaby w stanie znaleźć wyjścia z Wielkiej Czeluści.Teraz wykorzystała w tym celu magię, prawie w ogóle się nad tym nie zastanawiając, i nie upłynęło wiele czasu, a już była u podnóża stoku prowadzącego na krawędź.Znalazła ścieżkę i zaczęła się wspinać w stronę światła.Gwizdek posuwała się za nią równym krokiem.W chwilę później wynurzyła się z gęstej mgły i oblały ją promienie słońca oraz otoczyły wonie lata.Uśmiechnęła się, czując słońce na twarzy i ramionach.Zmrużyła oczy i spojrzała najpierw w lewo, na zalesione wzgórza z ich ciemnozielonymi plamami, a następnie w prawo, na dolinę usianą niebieskimi i żółtymi kwiatami polnymi.Daleko na horyzoncie wznosiły się przyćmione szarością purpurowe góry, których szczyty pruły chmurom podbrzusza.Pośród pobliskich drzew fruwały ptaki, a spłoszony leśny królik rzucił się do ucieczki przez wysokie trawy doliny.- Cóż zatem, w którą stronę pójdziemy? - zapytała Gwizdka ze szczerym, pewnym siebie uśmiechem.Ponieważ salamandrze najwyraźniej było wszystko jedno, Mistaya wybrała sama.Skierowały się na wschód, do lasu, mijając doliny i polany, wyszukując małe strumienie i spokojne stawy, obserwując leśne zwierzęta i wdychając woń orzechów i jagód [ Pobierz całość w formacie PDF ]