[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zaśpiewała, apieśń rozbrzmiała nowym, zupełnie odmiennym niż do tej pory, dźwiękiem.Wypełniłaciemny pokoik furią szepczącą o śmierci i zniszczeniu.Napastnicy zatoczyli się do tyłu,a ich oczy i usta rozszerzyły się w zaskoczeniu i niedowierzaniu.Dłonie uniosły się,aby zakryć uszy.Zgięli się wpół z bólu, kiedy pieśń przenikała ich zmysły i wciskała sięw mózg.W wezwaniu pieśni dźwięczało szaleństwo, zaciekłe i tak bolesne, że niemalwidoczne gołym okiem.Dźwięk otaczał zbirów ze Spanning Ridge niczym duszący całun.Upadali jedenprzez drugiego, brnąc na oślep do drzwi.Z ich otwartych ust, w odpowiedzi na pieśńdziewczyny, wydobywał się wrzask, ale nie przestawała śpiewać.Jej furia była takbezgraniczna, że rozsądek nie znajdował sposobu, aby ją powstrzymać.Pieśńwzmogła się i zwierzęta w stajni zaczęły kopać i wierzgać dziko w swoich boksach,wykrzykując swój ból, kiedy chłostał je głos Brin.Napastnicy odnaleźli w końcu otwarte drzwi i wysypali się przez nie wszaleńczym pośpiechu i rozpaczy, roztrzęsieni, kulejący i zgięci wpół.Z ust, uszu inozdrzy płynęła im krew.Dłońmi zakrywali twarze, a palce zakrzywiły się w szpony.Brin ujrzała ich na nowo, kiedy znikł oślepiający ją gniew.Zobaczyła takżehandlarza Stebba, który wynurzył się z ciemności obok biegnących rzezimieszków.Najego twarzy pojawiło się przerażenie.Cofał się, wyciągając przed siebie dłonie.Wraz zpoczuciem winy powrócił dziewczynie zdrowy rozsądek.Pieśń zamilkła.- Bogowie! - wykrzyknęła cicho i osunęła się przerażona, nie mogąc uwierzyć wto, co się stało.Minęła pomoc.Handlarz ponownie zostawił ją samą i wrócił czym prędzej doswego wygodnego, spokojnego mieszkanka.W oczach miał strach, jakby zobaczyłducha.W ciemności lasu otaczającego „Centrum Handlowe Rookera” znowu zapadłacisza.Brin usiadła skulona przy żelaznym piecyku.Płonęło w nim świeże drewno,rozrzucając iskry i trzaskając w ciszy.Siedziała z kolanami podciągniętymi pod brodę,obejmując się ramionami niczym przestraszone i zagubione dziecko.Jej myśli były mroczne i pełne demonów.Rozsypane fragmenty słów Allanonaszepczące o tym, czego tak długo nie chciała słuchać.„Pieśń jest mocą, jakiej nigdy niespotkałem.Będzie cię chronić.Przeprowadzi cię bezpiecznie przez tę podróż i zniszczyIldatch”.Albo też zniszczy mnie, odpowiedziała mu w myślach.Lub tych, którzy znajdąsię koło mnie.Może zabijać i może sprawić, że ja będę zabijać.Poruszyła się w końcu, zdrętwiała i obolała, a jej ciemne oczy lśniły strachem.Wpatrywała się w okratowane drzwiczki pieca, obserwując tańczące wewnątrzczerwone płomienie.Mogła zabić tych pięciu mężczyzn, pomyślała z rozpaczą.Prawdopodobnie zabiłaby ich, gdyby nie znaleźli drzwi.Poczuła ucisk w gardle.Jak ma temu zapobiec, jeśli znowu się zdarzy, że będziezmuszona użyć pieśni?Za jej plecami Ron jęknął cicho, rzucając się pod okrywającymi go kocami.Odwróciła się powoli i pochyliła, aby pogładzić jego czoło.Skóra górala byłaśmiertelnie blada, rozpalona i sucha.Oddech miał płytki i chrapliwy, jak gdyby zakażdym razem był to wysiłek odbierający mu siły.Uklękła przy nim, potrząsając głową.Lek nie pomagał.Ron był coraz słabszy.Trucizna z każdą chwilą wnikała głębiej do organizmu i wysysała z niego życie.Jeślijej nie powstrzyma, Ron umrze.Jak Allanon.- Nie! - krzyknęła cicho i ścisnęła jego dłoń w swoich, jak gdyby mogłazatrzymać uchodzące zeń życie.W jednej chwili uświadomiła sobie, co musi uczynić.„Ta, który niszczy i ocala”- tak nazwał ją cień Bremena.Doskonale.Dla złodziejaszków ze Spanning Ridge byłazniszczeniem.Być może dla Rona będzie ocaleniem.Wciąż trzymając jego dłoń w swoich, pochyliła się nad nim i zaczęła śpiewać.Pieśń płynęła z jej ust cichym, łagodnym brzmieniem, ulatując jak niewidzialny dym iotulając ich oboje.Ostrożnie sięgnęła do Rona, badając jego rany i szukając źródłatrucizny, która go zabijała.Muszę spróbować, powtarzała sobie Brin śpiewając.Muszę! Ron nie dożyje ranka.Trucizna, atakująca nie tylko ciało, ale i ducha,rozprzestrzenia się w jego ciele.Tak powiedział Allanon.Być może magia elfówznajdzie sposób, aby go uzdrowić.Śpiewała dalej, a słodkie, przeciągłe tony spowijały górala i przywracały go jej.Powoli zniknęło drżenie.Ron uspokajał się pod kojącym dotykiem pieśni.Wśliznął siępod koce.Oddech miał spokojniejszy i równy [ Pobierz całość w formacie PDF ]