[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.O tym tez tam jest.Nie odpowiedziala.Po drugiej stronie nie slyszal nawet jej oddechu.–Jane?–Jasne, jasne.Ma sie rozumiec.Cholera, co sie z wami dzieje? Jakie to wielkie niebezpieczenstwo grozi Sophie? Dlaczego mowisz takie straszne rzeczy? I dlaczego nie zadzwoniles wczesniej, skurwielu?–Cala noc nie spalem i robilem rozne rzeczy.Potem wzialem dwa proszki nasenne, ktore mi dalas.I nagle minelo dwanascie godzin.–Wziales dwa? Nigdy nie bierz dwoch.–Tak, dzieki – odparl.– Tak czy owak, na pewno nic mi sie nie stanie, ale gdyby z jakiegos powodu sie stalo, musisz zabrac Sophie i na jakis czas wyjechac z miasta.Na przyklad, w gory Sierra.Wyslalem ci tez list, w ktorym wszystko wyjasniam, przynajmniej tyle, ile wiem.Otworz go tylko pod warunkiem, ze cos sie stanie, dobra?–Lepiej, zeby nic sie nie dzialo, ty fiucie.Dopiero stracilam mame i… dlaczego, do diabla, tak mowisz, Charlie? W jakie klopoty sie wpakowales?–Nie moge ci powiedziec.Musisz mi uwierzyc, ze nie mialem wyboru.–Jak moge ci pomoc?–Robiac dokladnie to, co robisz.Opiekuj sie Sophie, dbaj o jej bezpieczenstwo i zawsze trzymaj przy niej ogary.–Dobra, ale lepiej, zeby nic ci sie nie stalo.Cassie i ja bierzemy slub i chce, zebys mnie poprowadzil.I chce pozyczyc twoj smoking.To Armani, tak?–Nie, Jane.–Nie zaprowadzisz mnie?–Nie, nie o to chodzi, zaplacilbym jej, zeby cie zabrala, nie w tym rzecz.–Czyli uwazasz, ze osoby homoseksualne nie powinny miec prawa do slubow, mam racje? Nareszcie wyszlo szydlo z worka.Wiedzialam, w koncu…–Po prostu nie uwazam, ze osoby homoseksualne powinny brac slub w moim smokingu.–Aha – powiedziala Jane.–Ty wlozysz moj smoking od Armaniego, a ja bede musial wypozyczyc jakis szajs albo kupic cos nowego i taniego.A potem do konca swiata bede wygladal na tych slubnych zdjeciach jak dupek.Wiem, jak wy lubicie pokazywac slubne zdjecia.To jakas choroba.–"Wy", czyli lesbijki? – spytala Jane glosem, ktory bardzo kojarzyl sie z prokuratorem.–Tak, lesbijki, idiotko – odparl Charlie glosem, ktory bardzo kojarzyl sie z wrogo nastawionym swiadkiem.–No dobra – powiedziala.– To moj slub, wiec chyba moge sobie kupic smoking.–Byloby milo – odparl Charlie.–I tak ostatnio musze przerabiac spodnie, zeby byly luzniejsze w tylku – dodala.–Dobra dziewczynka.–Wiec bedziesz bezpieczny i mozesz mnie zaprowadzic.–Na pewno sprobuje.Myslisz, ze Cassandra pozwoli mi przyprowadzic zydowska dziewczynke?Jane parsknela smiechem.–Dzwon co godzine – powiedziala.–Nic z tego.–To dzwon, kiedy bedziesz mogl:–Tak – odparl Charlie.– Pa.Usmiechnal sie do siebie i sturlal z lozka, zastanawiajac sie, czy przypadkiem nie jest to jego ostatni usmiech.Wzial prysznic, zjadl kanapke z maslem orzechowym i dzemem, po czym wlozyl garnitur za tysiac dolarow, za ktory zaplacic czterdziesci.Przez kilka chwil kustykal po sypialni, by w koncu stwierdzic, ze noga ma sie calkiem niezle i ze da sobie rade bez gipsu, wiec zostawil go na podlodze przy lozku.Zaparzyl kawe i zadzwonil do inspektora Rivery.–To byl popieprzony dzien – stwierdzil Rivera.– Charlie, musisz zabrac corke i wyjechac z miasta.–Nie moge.Tu chodzi o mnie.Bedzie mnie pan informowal na biezaco, prawda?–Obiecujesz, ze nie zrobisz nic glupiego ani bohaterskiego?–Nie mam tego w genach, inspektorze.Zadzwonie, jesli cos sie pojawi.Charlie rozlaczyl sie, nie majac pojecia co ma robic, ale czul, ze cos zrobic musi.Zatelefonowal do domu Jane, zeby powiedziec Sophie "dobranoc".–Chcialem ci tylko powiedziec, ze cie bardzo kocham, skarbie.–Ja ciebie tez, tato.Czemu zadzwoniles?–A co, macie jakies spotkanie?–Jemy lody.–Fajnie.Sluchaj, Sophie, tata musi zalatwic pare spraw.Chce, zebys zostala u cioci Jane przez pare dni, dobrze?–Dobrze.Potrzebujesz jakiejs pomocy? Jestem wolna.–Nie, skarbie, ale dziekuje.–Dobrze, tato.Alvin patrzy na mojego loda.Jest chyba glodny jak niedzwiedz.Musze konczyc.–Kocham cie, skarbie.–Kocham cie, tato.–Przepros ciocie Case, ze nazwalas ja antysernitka.–Dobra.– Trzask.Rozlaczyla sie.Jego oczko w glowie, swiatlo jego zycia, jego duma i radosc rozlaczyla sie.Westchnal, ale poczul sie lepiej.Rozczarowanie to srodowisko naturalne samca beta.Poszedl do kuchni i przez kilka minut ostrzyl klinge swojego miecza w lasce o elektryczny otwieracz do konserw, ktory dostali z Rachel w prezencie slubnym.Potem wrocil do sklepu.Kiedy otworzyl drzwna tylne schody, uslyszal dobiegajace ze sklepu dziwne, wierzece odglosy.Zdawalo sie, ze dochodza z zaplecza.Swiatla nie byly zapalone, ze sklepu jednak saczyl sie blask.Co to bylo? Kwestia, co ma teraz robic, zostala w pewnyr sensie rozwiazana.Wyciagnal miecz z lad i zaczal sie skradac po schodach na dol, w przysiadzie, b stopnie za bardzo nie skrzypialy.W polowie schodow zoaczyl zrodlo zwierzecych dzwiekow, wzdrygnal sie i poskoczyl o pare stopni w gore.–Na milosc boska!–Trzeba to bylo zrobic – powiedziala Lily.Siedziala okrakiem na Rayu Macym.Jej plisowana spodnica przykrywala na szczescie te fragmenty Raya, na widok ktorych Charlie musialby wydrapac sobie oczy.Zreszta i tak rozwazal ten pomysl.–To prawda – przyznal bez tchu Ray.Charlie niesmialo zajrzal na zaplecze – ciagle to robili, Lily ujezdzala Raya jak mechanicznego byka.Naga piers, uwolniona z kucharskiego fartucha, rytmicznie podskakiwala.–Byl przybity – powiedziala [ Pobierz całość w formacie PDF ]