[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Loiosh poruszył się nerwowo na moim ramieniu, a ja zmieniłem temat:- Zaczynam mieć wrażenie, że to wszystko zostało pomyślane jako test, czy coś w tym rodzaju.- Ja też.- Nie wiesz?- Nie.Ponownie rozległo się wycie.Energiczniejsze.„Loiosh, możesz określić, jak daleko od nas są?”„Tutaj, szefie? Nie mogę określić, ile jest do tamtego drzewa.Wszystko tu jest dziwaczne.I na dodatek niczego nie czuję, jakbym węch stracił.Jeszcze trochę i zacznę się bać.”„Może z góry zorientowałbyś się lepiej?”„Na pewno nie.Za to bym się zgubił.”„Jesteś pewien?”„Jestem.”„Dobra, to nigdzie się nie oddalaj.”„Nie mam zamiaru.”Z prawej dostrzegłem ruch i odruchowo sięgnąłem po broń.Morrolan też i dobyliśmy on miecz, ja rapier równocześnie.Między drzewami pojawiły się szare kształty, a moment później z mgły wypadły szare wilki i skoczyły na nas.Przez moment miałem nieodparte wrażenie, że nasza wyprawa właśnie dobiegła końca, a w następnym wilki przeniknęły przez nas niczym widma.Morrolan odetchnął z ulgą.- Nie mogą nas dosięgnąć - wyjaśnił.- Miałem nadzieję, że tak właśnie będzie.Schowałem rapier do pochwy i otarłem pot z czoła.- Jeżeli to najgorsze, co może nas spotkać, to ujdzie - oceniłem.Loiosh sykiem przyznał mi rację.Morrolan zaś uśmiechnął się i odparł:- Nie bój się, to dopiero początek.* * *Loiosh wytłumaczył mi, że mając prawie rok, jest już praktycznie w pełni rozwiniętym, dorosłym jheregiem, więc powinienem pozwolić mu sobie pomóc.Ponieważ wyraziłem wątpliwość, zasugerował sposób.Nie potrafiłem znaleźć sensownego argumentu, który wykluczałby jego pomysł, więc się zgodziłem.Następnego dnia wróciliśmy do znajomej okolicy, ale tym razem weszliśmy do lokalu i znaleźliśmy zaciszny kąt.Zamówiłem kufel miodowego wina.Wypiłem go spokojnie i wyszedłem.Loiosh został.Obszedłem budynek od tyłu i znalazłem kuchenne drzwi.Były zamknięte, więc pobawiłem się trochę z zamkiem i ostrożnie wszedłem do środka.Znalazłem się w magazynie pełnym skrzynek, baryłek i butelek.Było tego tyle, że wystarczyłoby mi na radosne pijaństwo przez dobry rok.W pomieszczeniu panował półmrok, gdyż światło przedostawało się jedynie przez niestarannie zaciągniętą zasłonę.Dotarłem do niej - dalej był magazyn zastawy stołowej oraz basen do mycia naczyń.Ten, kto go urządzał, nie zrobił tego zbyt rozsądnie, bo nie do wszystkiego istniało łatwe dojście, za to część przestrzeni marnowała się.Ponieważ nikogo nie było, rozejrzałem się dokładniej.Z pomieszczenia było tylko jedno wyjście oprócz tego, którym wszedłem, przesłonięte brązową, wełnianą zasłoną.Zza niej dobiegały odgłosy świadczące o tym, iż znajduje się tam główna sala.Przypomniałem sobie, że widziałem drugą stronę zasłony, pijąc wino, i wycofałem się do magazynu.Przestawiłem dwie beczułki i skrzynkę, tak by móc się ukryć, no i ukryłem się.* * *Pięć ścierpniętych godzin później obaj z Loioshem doszliśmy do wniosku, że Kynn się tego dnia nie pokaże.Ja zaś doszedłem do drugiego wniosku - że jak to dłużej potrwa, zacznę go nie lubić.Masowałem nogi, aż wróciło w nich czucie, i wyszedłem, zamykając za sobą starannie kuchenne drzwi.* * *Jeszcze dwa razy zostaliśmy zaatakowani.Raz przez coś małego i latającego, drugi raz przez tiassę.Żaden napastnik nie był w stanie nas dotknąć, podobnie jak my jego - przenikaliśmy się nawzajem niczym zjawy.Żaden atak po pierwszej próbie nie został ponowiony.Trafiliśmy też na kilka rozwidleń, a nawet skrzyżowań z innymi ścieżkami.Morrolan wybierał drogę z pewnością, która, miałem nadzieję, była uzasadniona.Doszliśmy do następnego szarego kamienia.Morrolan znów obszedł go z prawej, po dłuższym zastanowieniu zresztą.Nie mogłem się powstrzymać:- Dokładnie tak jak pamiętasz, co?Nie odpowiedział.A potem po naszej prawej wyłoniło się z mgły wielkie stare drzewo.Jeden z jego konarów zwisał nad ścieżką, jakieś dziesięć stóp nad ziemią.Siedziała na nim brązowo upierzona athyra i przyglądała nam się bacznie jednym okiem.„Żyjecie” - oznajmiła.„Skąd wiesz?” - spytałem.„Nie należycie tu.”„Co ty powiesz? Musieliśmy się zgubić, ta Undauntra to strasznie pokręcona okolica.Zaraz sobie pójdziemy.”„Możecie stąd nigdy nie odejść.”„Słuchaj no, zdecyduj się, dobrze? Najpierw mówisz, że.”- Chodźmy, Vlad - powiedział Morrolan.Podejrzewam, że odbył własną pogawędkę i właśnie ją zakończył, podczas gdy ja się dopiero rozgrzewałem.A zresztą być może nie.Przeszliśmy pod gałęzią i poszliśmy dalej.Po jakichś dziesięciu krokach obejrzałem się - drzewo i ptak zniknęły.Nieco później Morrolan kolejny raz zatrzymał się przed szarym kamieniem.Tym razem namyślał się znacznie krócej, po czym westchnął, spojrzał na mnie i obszedł go z lewej.- Prędzej, czy później i tak będziemy musieli to zrobić albo nigdy nie dotrzemy do celu - wyjaśnił.- Brzmi złowieszczo.- Zgadza się.- Możesz mi powiedzieć, czego się spodziewasz?- Nie.- Pięknie.Zaraz potem zacząłem spadać.Już miałem wrzasnąć, gdy zdałem sobie sprawę, że nadal idę obok Morrolana.Odwróciłem się do niego i potknąłem.Dokładnie w tym samym momencie on też się potknął i zbladł.Zamknął na moment oczy, potrząsnął głową i potem spojrzał na mnie.A szedł dalej jakby nigdy nic.- Nie spadałeś przez moment przed chwilką? - spytałem.- Nie.- To co ci się przytrafiło?- Nic, o czym warto byłoby rozmawiać.Uznałem, że nie ma sensu go naciskać.Krótko potem zapadłem się w lotne piaski, a równocześnie miałem świadomość, że nadal idę obok Morrolana po ścieżce.Tym razem jednak wrażenie nie ustąpiło samo z siebie.Zobaczyłem, że Morrolan także porusza się wolniej i z pewnym trudem.- Nie przerywaj marszu! - polecił.Posłuchałem go, choć wydawało mi się, że z każdym krokiem zapadam się głębiej.Co gorsza, czułem też panikę Loiosha, choć nie miałem pojęcia, co jemu się przywidywało.To mi uzmysłowiło, że Loiosh pewnie też czuje mój strach, więc spróbowałem odzyskać spokój i zapanować nad sobą, powtarzając sobie, że to jedynie iluzja, a nie żadne lotne piaski.Musiało podziałać, bo Loiosh też zaczął się uspokajać, co z kolei pomogło mnie.Iluzja ustąpiła w chwili, gdy poziom piasku dotarł do moich ust.Morrolan zatrzymał się.Ja też.Obaj głęboko oddychaliśmy i chwilę potrwało, nim się całkowicie uspokoiliśmy.Popatrzyliśmy na siebie.Morrolan potrząsnął głową, ale i tak zapytałem:- Do Przedsionka Sądu nie ma żadnej normalnej ścieżki, czy drogi?- Niektóre przewodniki zawierają przyjemniejsze trasy niż inne.- Jak wrócę, ukradnę najlepszy i zajmę się sprzedawaniem pierwszego masowego wydania - obiecałem.- Klientela będzie waliła drzwiami i oknami.- Ich nie da się skopiować.Byli tacy, którzy próbowali.- Jak to „nie da się”?! Słowa to słowa.- Nie wiem jak, wiem, że się nie da.Chodźmy dalej.Poszliśmy.Po kilkunastu krokach wyrósł nam na drodze następny szary kamień [ Pobierz całość w formacie PDF ]