[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Ziąb siarczysty, po skórze psiajucha kąsa – rzucił, a potem podetknął jej do ust flaszkę z resztkami trunku.Pochwyciła naczynie i jęła pić zachłannie.Waligóra przyglądał się temu nieledwie z tkliwością, gładząc ją po nagiej skórze.–Nie lękaj się, dziewczyno – powiedział miękko.– Nie zginiesz ty ze mną, nie.A będzie znów stara gębą kłapać i baby na cię judzić, to jeszcze lepiej pysk jej obiję, piekielnicy.Bo po prawdzie ani z niej w łożu pociecha, ani w gospodarstwie wyręka.I zanadto też wrzaskliwa, żeby się miała długo uchować.Ot, przyjdzie zima, wnet zacznie niewiasta od wichrów i mrozów słabować, a że stara, tedy się nikt dziwić nie będzie.Niech mi jeno rzeknie, gdzie ten skarb Betki zakopany, a potem…Gronostaj miała przymknięte oczy, zrazu więc posłyszała tylko, że Waligóra zatchnął się dziwnie w pół słowa, zaciskając boleśnie palce na jej ramionach.–A bodajby cię nagła niemoc sparła! – rozległ się nad nimi piekielny wrzask młynarzowej.Wioskowa ladacznica w jednej chwili otrzeźwiała ze szczętem i jęła się szamotać, usiłując wypełznąć spod na wpół obnażonego chłopa.–Bodajbyś zdechł i sczerniał! – pomstowała Kordelia, a każdemu słowu towarzyszył cios łopaty do wygarniania chlebów z pieca.Razy spadały gęsto na obnażone plecy i zadek Waligóry, który wydał się ogłuszony pierwszym potężnym ciosem w czerep.Jego twarz wyrażała jedynie bezgraniczne zdumienie.Strużka krwi spływała ciemną wąską nitką wzdłuż jego skroni, potem skrajem ucha, by wreszcie zniknąć w gęstwinie czarniawej brody.Obejrzał się przez ramię na rozsierdzoną połowicę i kolejny cios ugodził go prosto w czoło.Waligóra jęknął i całym ciężarem runął na ladacznicę, która ponad jego plecami dostrzegła co najmniej pół tuzina wilżyńskich gospodyń.Stały kręgiem wokół grobu dziada młynarzowej, w pasiastych fartuchach i z włosami skromnie przysłoniętymi białymi podwikami.Krzepkie, czerwone na gębach wieśniaczki, które po roku dobrobytu zaczynały się z wolna zaokrąglać i nabierać ciała pod obszernymi, suto marszczonymi sukniami.Przypatrywały się jej z zaciekłością, a twarz niejednej z nich nosiła ślady porachunków ze świeżo poślubionym zbójeckim małżonkiem.–Dam ja ci skarb Betki, kurwi synu! – darła się młynarzowa, każdym zamachem żylastego ramienia zadając kłam małżonkowym supozycjom o słabujących zimą starowinach.– Pokażę łajdactwa na dziadusiowej mogiłce!Waligóra dźwignął się z wysiłkiem na łokciach, pochwycił kraj łopaty i szarpnął, obalając młynarzowa, która z impetem klapnęła rozłożystym zadem na zmarznięte grudy.Jej spódnica podwinęła się na poznaczonych sinymi zaciekami łydkach, a wysoki kornet zsunął się, odsłoniwszy siwawe kosmyki zebrane w ciasny warkocz.Gronostaj, która dobrze pamiętała, jak młynarzowa w szumnym przyodziewku i z farbowanym warkoczem przygnała z obozowiska grasantów, poczuła przemożną ochotę, aby roześmiać się głośno, nie dbając o nabożną grozę w twarzach pozostałych kumoszek.Jednak to Waligóra zarechotał pierwszy, wymierzając połowicy niemal dobrotliwego kuksańca trzonkiem zdobycznej łopaty.Kordelia zwinęła się w sobie i poczerwieniała na twarzy, oburącz zasłoniła kałdun, ale w tejże samej chwili reszta bab rzuciła się na jej ślubnego małżonka z grackami, kijankami, pogrzebaczami i co tam jeszcze która trzymała w garści.Dawny herszt zbójecki lewą ręką pochwycił Gronostaj wpół i bardzo zgrabnie postawił na nogi, w prawej zaś dzierżył wciąż łopatę do wygarniania chleba.Niespodziewana napaść widać wprawiła go w dobry humor, bez gniewu bowiem oganiał się łopatą przed babińcem, raczej zresztą płazując niźli wymierzając ciosy.Jedynie Kordelię młócił siarczyście i obalał za każdym razem, gdy próbowała stanąć na nogi.Bezpiecznie przytulona do jego pleców ladacznica patrzyła przez moment, jak młynarzowa, kobieta słusznej postury i gruba niczym beczka śledzi, grzebie się w stosie nakrochmalonych spódnic i zapiera nogami o zamarzniętą ziemię, daremnie usiłując się podźwignąć.Waligóra ciaśniej przygarnął Gronostaj, uniósł na ręku tak, że zamajtała nogami w powietrzu, i pocałował mocno w usta.–Uciekaj, dziewczyno! – Odwrócił się, zasłaniając dziwkę przed kamieniem, ciśniętym przez jakąś wyjątkowo krewką gospodynię.– No już! – Wcisnął jej w garść tobołek i kłąb ubrań, po czym klepnął w tyłek z taką mocą, że prawie przewróciła się obok Kordelii.Ponieważ kamienie sypały się coraz gęściej, Gronostaj pomknęła niczym zając pomiędzy jałowcami, nie zważając na bolesne pokwikiwanie Kordelii, zapalczywe okrzyki kobiet i rechot Waligóry, górujący ponad wrzawą czynioną przez babiniec.Kiedy wreszcie zasapana odważyła się zatrzymać i przysiąść na zwalonym pniu nieopodal strumienia, za opłotkami wioski, wcale jej nie było do śmiechu.O ile łajdaczenie małżonka Kordelia mogła jeszcze puścić płazem, bo wszyscy wiedzieli, że Waligóra nie darzy zbytnią estymą podstarzałej połowicy i zdążył się spoufalić z tuzinem okolicznych niewiast, o tyle figle na dziadusiowej mogiłce nie pójdą łatwo w zapomnienie.Przez dobrych kilka dni nie miała po co pokazywać się w Wilżyńskiej Dolinie.A może nawet kilka tygodni.Ze złością kopnęła kępę pożółkłej, wyschniętej trawy, otarła krew z rozbitego nosa.Ramiona jej drżały od chłodu, bo wełnianą chustkę zgubiła gdzieś na wioskowym cmentarzyku, a w sakwie Waligóry znalazła tylko kilka podpłomyków, gomółkę sera i pół bochenka czerstwego chleba.Zaklęła szpetnie.Że też to musiało się przytrafić właśnie jej.Że też zawsze przytrafiały się jej podobne rzeczy.Że też musiała być to akurat mogiłka dziadunia Kordelii, baby w całej Wilżyńskiej Dolinie najbardziej mściwej i zaciekłej.Nieopodal stadko wron przysiadło na zamarzniętej bruździe.Gronostaj przymrużyła oczy, by dostrzec, ku czemu przyskakują z chrapliwym krakaniem, i ostrożnie podeszła bliżej.Nie lubiła posępnych ptaszysk i innego dnia nie sięgnęłaby po ich zdobycz, ale dziś była głodna i wiedziała, że podarunek Waligóry nie starczy na długo.Ślina napłynęła jej do ust na myśl o zajączku albo chociaż jakimś zabłąkanym kaczęciu.To wciąż mógł być jeszcze całkiem niezły dzień.Nie dobry, ale naprawdę wcale niezły dzień.Jednak na dnie bruzdy nie było nic, prócz wychudzonego szarawego szczura, który leżał na boku, dysząc ciężko przez uchylony pyszczek i niemrawo przebierając łapkami.Gronostaj rozryczała się głośno na ten widok.Najbliższa z wron przekrzywiła głowę i przypatrywała się jej oczyma jak szklane paciorki.Nastroszyła się, musnęła dziobem czarne, oleiste pióra, a potem zakrakała krótko, z szyderstwem [ Pobierz całość w formacie PDF ]