[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Widać się wam na wspominki zebrało – odparł flegmatycznie.– Gadajcie se do woli, ale nam żelazo trza wyładować.– Tam.– Narzazek pokazał niewielką szopę po drugiej stronie placu.– Tylko że kowala dziś nie ma, do wioski czmychnął, zaprzaniec.Ponoć baba mu rodzi, ale zda mnie się, że kłamie.Stary ma warsztat przy trakcie, chce dorobić przed zimą.Jednak majster nie słuchał.Przymrużył oczy i przez chwilę przypatrywał się drzwiom szopy, kołyszącym się na wyłamanym zawiasie, i dwóm kurom, które łaziły po niskim zadaszeniu i pilnie dziobały w przegniłej strzesze.– To ma być kuźnia? – rzekł wreszcie z pogardą.– A bodajby was szlag trafił! – Odwrócił się na pięcie i ruszył ku wozom.Jego towarzysz popatrzał na zbójcę z taką pretensją, jakby to wszystko była wina Twardokęska.– Oj, coś mnie się zdaje, że nic z nas tutaj nie będzie – mruknął na odchodnym.– Jedno marnotrawstwo.Trzeci tylko głębiej wcisnął na czoło cechowy kapelusz i także odszedł, przeklinając plugawo pod nosem.Żalnicka szlachta milczała, ogarnięta czystą zgrozą.W lipnickim obozowisku nie oglądano jeszcze podobnej bezczelności.– Hej, dokąd, ścierwa?! – rozdarł się piskliwie Kostropatka.– Książę pan odejść nie pozwolił.Wracajcie, kurwie syny, bo wybatożyć każę.Słyszycie? Bo klątwą obłożę!Na tę ostatnią groźbę najstarszy z wiergowskich majstrów zwolnił nieco kroku.Obrócił głowę, splunął przez ramię i powiedział coś z cicha.Wszyscy trzej zarechotali szyderczo.Ci z wilczojarskiej szlachty, którzy stali z kraja i dobrze usłyszeli, co prędzej pochylili głowy, kryjąc uśmiechy.Nawet zbójca uśmiechnął się półgębkiem.– Co on powiedział? Co ten cham powiedział? – gorączkował się kapłan.– Żebyście się dali wydudkać, bo są innej wiary – podpowiedział usłużnie Szydło.– A jak czym nie macie, mogą wam wyrychtować stosowne narzędzie.– Że co? – Mały sługa Bad Bidmone aż podskoczył.– Że jak?– A zwyczajnie – wtrącił nie bez satysfakcji zbójca.– Zapewne słyszeliście, że ludzikowie z Książęcych Wiergów własnym się rządzą obrządkiem.– Znaczy się heretyków sprowadzasz? – Blizny na policzkach Kostropatki nabrzmiały krwią.– Nie mówiłem – obrócił się ku Koźlarzowi – że z tego spoufalenia z pospólstwem nic dobrego nie będzie?Dopiero teraz zbójca przyjrzał się baczniej żalnickiemu wywołańcowi, który podczas całego rozgardiaszu stał oparty o belkę wspierającą ganek.Książę niedawno musiał wrócić z podjazdu, nie zmienił jeszcze koszuli, poznaczonej rdzawymi zaciekami od zbroi i rozdartej na boku.Znużonym gestem odgarnął włosy z czoła i zbójca zobaczył świeżą, ledwie zabliźnioną szramę.I pierwszy raz Koźlarz wydał mu się niemal ludzki.– Mieliście o niej jakieś wieści? – burknął zbójca, przełamując niechęć.– Tyle, ile gadają w tawernach po obu stronach Wewnętrznego Morza.Zwajcy wymknęli się chytrze pomorckiej pogoni i przepłynęli szczęśliwie między Żebrami Morza, a ona śpiewem wygładziła fale.W zwajeckim dworze znów mieszka Iskra.– Zbójcy wydało się, że słyszy w jego głosie cień goryczy.– Ale nie wiem nic więcej.Nie przysłała posłańca.A wam? – zapytał po chwili.Twardokęsek aż zamrugał ze zdumienia na myśl, że Szarka miałaby się przed nim opowiadać.I nagle ogarnęło go dziwne poczucie wspólnoty z żalnickim wywołańcem.Obaj nie mieli pojęcia, jakie nowe szaleństwo uknują wiedźma z Szarką pośrodku Wewnętrznego Morza.Mogli tylko czekać.– Też nic nie wiem – rzekł posępnie.– Co, nie spodziewaliście się, że wrócę? – Spojrzał prosto w szare oczy księcia.– Ani dudu – odparł z powagą Koźlarz.– Pierwej bym się tutaj Wężymorda spodziewał.Normalny człek by nie wrócił.– A bo to można zostać normalnym, jak się ktoś trochę z wami powałęsa? – prychnął zbójca.Książę tylko uniósł brew [ Pobierz całość w formacie PDF ]