[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–I podnosząc głos mówił dalej:–Ale ja będę panu towarzyszył, będę stał u boku pana, konsulu Buddenbrook! Niechaj rozszarpie mnie wściekłość rozpętanych niewolników…–Ach, cóż to za dzień! Co za wieczór! – rzekł, gdy wyszli z sali.Na pewno nigdy jeszcze nie czuł się tak szczęśliwy.– Ha, panie konsulu! Oto lud!Przeszli przez korytarz i wyszli przed drzwi zatrzymując się na najwyższym z trzech wąskich schodów prowadzących na chodnik.Ulica przedstawiała dziwny widok.Była jakby wymarła, a w otwartych, już oświetlonych oknach widać było mnóstwo ciekawych, którzy spoglądali w dół na ciemny tłum demonstrantów, tłoczących się przed domem, gdzie odbywało się posiedzenie Komitetu Obywatelskiego.Tłum ów nie był o wiele liczniejszy od zgromadzenia w sali, a składał się z młodocianych robotników portowych, służących, uczniów szkół ludowych, kilku marynarzy z kupieckich okrętów oraz innych ludzi zamieszkujących uboższe dzielnice, zaułki i przedmieścia.Znajdowały się tam również dwie lub trzy kobiety, obiecujące sobie zapewne podobne korzyści jak kucharka Buddenbrooków.Była już prawie szósta, a choć zapadł głęboki zmrok, nie zapalono dotąd olejnych lamp zawieszonych na łańcuchach nad ulicą.Ten fakt, to widoczne i niesłychane uchybienie wobec przepisów było pierwszą rzeczą, jaka rozgniewała konsula Buddenbrooka i sprawiła, że zaczął mówić ostro i gniewnie:–Ludzie, co wy tu wyrabiacie za głupstwa!»*Paru demonstrantów, zmęczonych długim staniem usiadło na chodniku, z nogami w rynsztoku, i jadło chleb z masłem.Ci, którzy spożywali podwieczorek, porwali się z chodnika na równe nogi.Stojący najdalej po drugiej stronie jezdni podnieśli się na palce.Kilku robotników portowych, będących w służbie u konsula, zdjęło czapki.Zaczęli bacznie słuchać i szturchać się łokciami, mówiąc przyciszonym głosem:–To konsul Buddenbrook!Konsul Buddenbrook będzie miał mowę! Stul gębę, Chrystian, on potrafi gadać!–To makler Gosch, patrzaj!Spójrz na tę małpę! On chyba jest zalany?–Karolu Smolt! – zaczął znów konsul zwracając swe małe, głęboko osadzone oczy na mniej więcej dwudziestodwuletniego robotnika ze składów, stojącego na swych krzywych nogach tuż obok schodów, z czapką w ręku i ustami pełnymi chleba.– Gadaj no, Karolu Smolt! Najwyższy czas! Straciłem tu całe popołudnie…Cała poniższa rozmowa prowadzona jest w oryginale dialektem „platt”.Nie wydawało mi się wskazane zastosować tu któregokolwiek z polskich narzeczy (przyp.tłum.).–A to, panie konsulu – powiedział Karol Smolt żując chleb.– To tylko taka heca, ale, to się już tak stało.Robimy rewolucję.–Cóż to znów za głupstwa, Smolt?–A to, panie konsulu, to pan tak mówi, ale to już doszło do tego… jesteśmy niezadowoleni… Żądamy innego porządku i żeby już więcej tak nie było, jak jest…–Słuchaj, Smolt, i wy wszyscy ludzie! Kto z was jest rozumny chłopak, ten pójdzie do domu i nie będzie sobie zawracał głowy rewolucją ani zakłócał tu porządku…–Świętego porządku – przerwał z sykiem pan Gosch.–Porządku, mówię! – zakończył konsul Buddenbrook.– Nawet lamp nie pozapalano.Do tego już doszło z tą rewolucją!Ale Karol Smolt połknął już swój kawałek chleba i stojąc na szeroko rozstawionych nogach, na samym przedzie, wykładać począł swoje racje:–A to, panie konsulu, to pan tak mówi! Ale my tu wedle tej ogólnej zasady o wyborach…–Wielki Boże, co za głupiec!–zawołał konsul porzucając z gniewu dialekt.– Przecież gadasz same głupstwa.–A to, panie konsulu – powiedział Karol Smolt nieco zbity z tropu – wszystko jest, jak jest.Ale rewolucja musi być, to wiemy na pewno.Rewolucja jest wszędzie, w Berlinie i w Paryżu…–Smolt, a czegóż wy właściwie chcecie? Gadajcie wreszcie!–A to, panie konsulu, ja gadam: chcemy republiki, toć gadam.–Ach, ty głupcze.Toć już ją macie!–A to, panie konsulu, to chcemy jeszcze jednej.Niektórzy ze stojących bliżej, lepiej rozumiejący się na rzeczy, zaczęli się śmiać serdecznie i ociężale, a choć tylko nieliczni dosłyszeli odpowiedź Karola Smolta, wesołość szerzyła się wokoło, tak że wreszcie ogólny dobroduszny śmiech ogarnął cały tłum republikanów.W oknach sali posiedzeń ukazało się kilku zaciekawionych jegomościów z kuflami piwa w ręku… Jedynie Zygmunt Gosch był rozczarowany i zawiedziony takim obrotem sprawy.–No to, moi ludzie – rzekł w końcu konsul Buddenbrook – zdaje mi się, że najlepiej będzie, jak sobie wszyscy pójdziecie do domu!Karol Smolt zupełnie zdumiony wynikami swej przemowy, odrzekł:–A to, panie konsulu, niech już tak będzie, to my już damy spokój z tą hecą, a ja też się cieszę, że mi pan konsul za złe nie wziął, no to adieu, panie konsulu.Tłum rozchodził się wnajlepszym humorze.–Smolt, zaczekaj no chwilę! – zawołał konsul.– Powiedz no, a nie widziałeś gdzie kr~ogerowskiej karety, tej karety z willi?–Tak jest, panie konsulu!Zajechała.Czeka na pana konsula na podwórku.–Dobrze, no to idź, Smolt, powiedz stangretowi, niech zajeżdża, jego pan chce wracać do domu.–Dobrze, panie konsulu! – I nacisnąwszy na głowę czapkę, nasuwając skórzany daszek na oczy, Karol Smolt szerokimi, kołyszącymi się krokami pobiegł w dół ulicy.Rozdział czwartyGdy konsul Buddenbrook powrócił wraz z Zygmuntem Goschem na zgromadzenie, sala przedstawiała przyjemniejszy widok niż przed kwadransem.Oświetlona była dwiema parafinowymi lampami, stojącymi na stole prezydialnym; w żółtym ich świetle obywatele stojąc lub siedząc napełniali sobie piwem błyszczące kufle; trącali się przy tym i rozmawiali wszyscy w jak najlepszym nastroju [ Pobierz całość w formacie PDF ]