[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Niestety, nie znajdowało się tam nic prócz zapleśniałych koców, gnijącej słomy i śmierdzącego nocnika.Smród zawierał w sobie coś więcej niż tylko urynę, coś słodkawego i kojarzącego się z rozkładem, ale Hegel nie potrafił rozpoznać tego zapachu.Manfried najpierw był zajęty lepieniem śnieżki z kamieniem w środku, żeby cisnąć nią w niespodziewającego się niczego brata, a usłyszawszy nad wyraz satysfakcjonujący krzyk, kiedy pocisk trafił w cel, nabrał śniegu do kociołka, wrzucił resztę mięsa i powiesił go nad ogniem.Przyciągnął dwie ławy i ułożył się wygodnie, krzywiąc się z powodu przeciągu, gdy weszli trzej pozostali mężczyźni.Brat bez wątpienia napędził mu niezłego stracha, ale Manfried nie zamierzał się nad tym zastanawiać.Ostatecznie, jeśli się dostaje darmowy napitek i dach nad głową, to nie należy w to za bardzo wnikać.Woźnica i jego pomocnicy stłoczyli się przy ogniu.Kałuże rozlały się wokół ich butów na zniszczonej podłodze.Hegel zszedł ze strychu i usiadł obok brata.Żaden się nie odezwał; wszyscy gapili się w płomienie, czekając aż wróci im czucie w kończynach.– Coś tu jest bardzo nie w porządku – powiedział woźnica, wstając i wyciągając sztylet spod płaszcza.– Tak myślisz? – Manfried odchylił się, przyjemnie grzejąc sobie buty.– A ty nie? – Woźnica się rozejrzał i zdjął z półki niezapaloną świeczkę.– On ma rację – powiedział Hegel, chociaż ciepło nieco ukoiło mu nerwy.– Zatem, kiedyście przejeżdżali tędy pierwej, byli tu ludzie, co? – Manfried nie dawał wytrącić się z równowagi.W końcu walczył już z demonami i czarownicami.– Mnóstwo – odpowiedział woźnica, rozglądając się nerwowo.– Wielkie miasteczko jak na tak wysoko położone.Dużo dzieci bawiło się na śniegu.Wąsacz powiedział coś w ich południowym języku i woźnica z drugim mężczyzną pokiwali głowami.Woźnica odpowiedział w tym samym języku i zerknął z powrotem na drzwi.Te machlojki nie przypadły do gustu braciom, zwłaszcza podejrzliwemu Heglowi.– Mówcie jak ludzie, ale to już! – krzyknął, zrywając się ze stołka.– Koniec tego zwierzęcego gadania, słyszycie? Wszyscy gadamy tak samo, a jak ktoś nie nadąży, to jego problem.– Ludzie bynajmniej – odezwał się Wąsacz, wstając z ławki – mogli pójść do.do.– Klasztoru – podpowiedział mu woźnica.– Tylko nie bardzo wiadomo, po co wszyscy mieliby się tam udać.Domy wyglądają na opuszczone co najmniej kilka dni temu.– A pewnie – przytaknął Manfried.– Widziałżem parę z oknami zabitymi deskami, jak ten tutaj.– I nie ma tu nikogo innego? – zapytał woźnica.– Ani na tyłach, ani od frontu?– No cóż – odezwał się Hegel – front mamy tutaj i nikogo tu nie ma, aleśmy nie sprawdzili na tyłach.Nie było światła.Woźnica zacmokał z dezaprobatą i zapalił knot z sitowia.– Chodźmy więc.– Jak chcesz sprawdzić, to śmiało.– Manfried spróbował potrawki.– A jak znajdziesz jakieś mięso albo rzepę, to przynieś je tutaj.– Ja pójdę.– Hegel wyciągnął oskard.Aż się rwał, żeby wbić jego koniec w źródło swojego niepokoju.Żaden z dwóch pozostałych mężczyzn się nie ruszył, bo kałuże u ich stóp nagle wydały im się wielce interesujące.Woźnica splunął wiązanką ostrych słów obcego pochodzenia, ale tym razem Hegel uśmiechnął się na ich dźwięk.Przymówki do tchórzostwa rozpoznawał niezależnie od języka.– Jestem Ennio – przedstawił się Heglowi woźnica.Manfried wybuchł śmiechem.– Że niby co on jest?!– To jest imię tam, skąd pochodzisz? – spytał Hegel.– Tak – warknął Ennio.– Niech mnie diabli – odpowiedział Hegel.– A jak mam zwracać się do ciebie? – zapytał Ennio.– Jestem Hegel, a to mój brat, Manfried, my obaj są Grossbartowie.– Bynajmniej nie kłamią.– Wąsacz się uśmiechnął.– A to co niby miało znaczyć, mysi wąsiku? – Manfried spiorunował wzrokiem mężczyznę, który odpowiedział mu pustym spojrzeniem.– To jest Alphonse – powiedział Ennio – a jego kuzyn nazywa się Giacomo.Kuzyni spojrzeli na braci z większym chłodem niż dotąd.– Alfons? – Manfried w uśmiechu wyszczerzył zęby do Hegla.– Od razu mi wyglądał na alfonsa, jak tylko żem na niego spojrzał.Zapytaj Hegla, od razu żem mu to powiedział.– Fakt – przytaknął brat, będąc myślami gdzie indziej.Grossbart i woźnica podeszli do drzwi prowadzących na tyły.Ennio je pchnął i wsunął świeczkę w ciemność.Hegel szedł za nim, pocąc się nie tylko z powodu miłego ciepła.Przeszli wąskim korytarzem i znaleźli na jego końcu kilka worków ziarna i beczek z rzepą.Kolejne zamknięte na zasuwę drzwi prowadziły w śnieżną pustkę, więc po otwarciu szybko zamknęli je z powrotem.Trzy zasłonięte kotarami otwory wejściowe wzdłuż korytarza prowadziły do pustych pomieszczeń z materacami ze słomy, i niczym więcej.Alphonse i Giacomo zauważyli półkę, na której zostało tylko kilka butelek, i każdy siadł z jedną przy ogniu.Manfried rozważał morderstwo, a potem zbeształ się, że nie schował tego, co nie zmieściło mu się do torby.Z tych dwóch Alphonse’a nie cierpiał trochę bardziej z powodu gęstej, czarnej czupryny, wąsów i policzków z dołeczkami kontrastującymi z potężną sylwetką.Chociaż wyraziste rysy twarzy, umięśnione ramiona oraz ciemna karnacja Giacomo także mu zgrzytały.Jak większość mężczyzn, którzy są brzydcy po obu stronach skóry, Manfried z zasady pogardzał przystojnymi ludźmi.– Znalazłem nam dobre miejsce na nocleg – powiedział Hegel, wracając z korytarza na tyłach.– Tutaj, Grossbartowie – oznajmił stanowczo Ennio.– A to co znowu? – Hegel przystanął i odwrócił do mężczyzny, nadal wymachując oskardem.– My w pięciu będziemy spać tutaj, a ona będzie spała w tamtych pokojach – powiedział Ennio, odwracając się z powrotem do korytarza.Dodał coś jeszcze w rodzimym języku do Alphonse’a i Giacomo i z trzaskającym ogarkiem zniknął na tyłach.– Ona? – powtórzyli jak echo Grossbartowie.Giacomo pobladł i wypił spory łyk z butelki, a Alphonse mruknął coś pod nosem.– Gadaj, Alfonsie – powiedział Manfried.– Nie twój interes.– Strażnik przysunął się do ognia.But Manfrieda wywrócił do góry nogami stołek, zwalając Alphonse’a na podłogę.Mężczyzna zaczął się podnosić, ale Manfried od niechcenia załadował kuszę, przyciskając jej koniec do saczka Alphonse’a.Ręka zdumionego Giacomo wylądowała na głowni miecza, ale mężczyzna zamarł, kiedy zdał sobie sprawę, że oskard Hegla trafił pod jego podbródek – ostrze było zimne, kiedy uciskało mu jabłko Adama.– Gadaj, Alfonsie.– Manfried się uśmiechnął.Alphonse spojrzał na Giacomo, który zaczął na niego krzyczeć, żeby robił to, co mu każą ci obłąkani bandyci.Grossbartowie nie aprobowali rozmów w nieznanym im języku, więc Hegel docisnął swoje narzędzie na tyle mocno, żeby nakłuć gardło Giacomo.To natychmiast go uciszyło; teraz tylko wwiercał się wzrokiem w kuzyna.Jeszcze będziemy mieli okazję załatwić tych dwóch cudzoziemskich łajdaków, pomyślał Alphonse, i zrobił, co mu Manfried kazał.– Ta kobieta to.To kobieta Alexiusa Barousse’a – powiedział Alphonse, mając nadzieję, że to wystarczy.Nie wystarczyło.– A kim on jest? – naciskał Manfried werbalnie i dosłownie, celując teraz bełtem w kaftan Alphonse’a.– To capo, ehm, kapitan żaglowca – wydukał Alphonse.– W Wenecji [ Pobierz całość w formacie PDF ]