[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– I nie w obecności grupy.Zaczął nachylać się do przodu i musiałam krzyknąć na niego:–Idź precz, draniu!Nadal zbliżał się do mnie, tak że dalsze leżenie na piasku było niebezpieczne.–Panowie! – zwróciłam się do kosmitów.– Teraz ja zajmę się Sato, a wy rzućcie się na Matura.Jest niegroźny.–Co? Co ona mówi? – trzeba przyznać Sato, że miał diabelną intuicję.–Ona nie chce – niepewnie powiedział Matur, jak chłopczyk skarżący się mamie na koleżankę, która nie chce mu dać zabawki.–Zaraz zechce – powiedział Sato i wyciągnął zza pasa pistolet.–Łapcie Matura! – krzyknęłam do pozostałych, a sama podskoczyłam tak, by Matur znalazł się między mną a Sato.Straciwszy mnie z oczu, Sato zaczął wodzić lufą pistoletu, a wtedy – wszystko działo się w ułamku sekundy – skoczyłam na Sato tak, by wybić mu z ręki pistolet.Udało się.Sato zdołał odskoczyć i utrzymać się na nogach.A moi nadzy wspólnicy stracili rezon i zatrzymali się, chociaż Matura można było wziąć gołymi rękami.Przez tę kolejną zdradę straciłam przewagę zaskoczenia.Matur przechwycił pistolet i trzęsącą się ręką skierował go na zastygłych w rozpaczy kosmitów.Zobaczyłam jak Sato wyciąga rękę do Matura, żeby zabrać mu pistolet i zrozumiałam, że mój los jest przesądzony.Nie miałam innego wyjścia jak tylko ucieczka.Miałam do wyboru dwa kierunki – podziemny korytarz albo jezioro.Wąski korytarz z pewnością zamieni się w pułapkę, gdy będę się przez niego przedzierać, Sato zdąży zastrzelić mnie pięć razy, a jeśli nawet cudem uda mi się uniknąć postrzału, to już na pewno złapie mnie, gdy będę podnosić kamienną płytę.Jezioro także nie dawało nadziei na ratunek, ale lepsze ono, niż nic.Tak więc zanurkowałam i postarałam się jak najdłużej nie pokazywać się na powierzchni.Płynąc pod wodą zastanawiałam się, czy mam ukryć się na drugim brzegu, czy zanurkować…Wynurzyłam się na środku jeziora, żeby nabrać powietrza do płuc i natychmiast kula świsnęła mi koło ucha: Sato stał na brzegu i celował we mnie.Nie miałam żadnych szans ukryć się na drugim brzegu.A więc – w dół.Nabrałam głęboko powietrza i w myślach pożegnałam się z Anitą Kraszewską, lat trzydzieści jeden (słowo!), rozwiedzioną, piękną i zdolną.W dole porwał mnie nurt, a ja nie walczyłam z nim, by jak najdłużej zachować powietrze w płucach.Znosiło mnie coraz szybciej, ze dwa razy uderzyłam o kamienie, raz prawie ugrzęzłam na jakimś zakręcie, ale nie bardzo czułam uderzenia z zewnątrz, bo myślałam tylko o jednym – żeby nie napić się wody… Było to straszne i odpychające, w pewnej chwili moje głupie płuca pozbawiły mnie kontroli nad sobą, łyknęłam wody i zaczęłam tracić przytomność… Nie wiem, jak potok wyniósł mnie na stromy brzeg i wyrzucił na kamienie, co najprawdopodobniej uratowało mnie – na skutek uderzenia zaczęłam kaszleć, wyrzucając z płuc wodę i starając się wciągnąć nosem powietrze… Potem długo leżałam na czymś kłującym, ciesząc się z tego, że na świecie są kłujące zarośla i prawdziwe powietrze i przysięgałam, że nie zbliżę się do innej wody niż w umywalce.Leżałam tak, aż poczułam, że mam dość sił, by iść dalej.Potok, wydostający się spod skały, płynął dalej po kamieniach w dół i wpadał do Prui nieco poniżej naszego obozu.Musiałam więc przedostać się przez rzekę, ale na szczęście znalazłam szeroki bród i ruszyłam ścieżyną ku namiotom, prawie nie wierząc, że jeszcze niedawno żyłam w miniaturowym imperium strachu.Podeszłam do obozu nie zauważona przez nikogo i widziałam już przez liście bambusa plac i rozstawione na nim namioty, gdy nagle zatrzymałam się jak rażona gromem.Przypomniałam sobie, jak wyglądam!Przede mną, spokojnie spacerując po trawie, rozmawiali Wspolny i Nicholson, nieco dalej kilku żołnierzy – bez wątpienia było ich więcej niż przedtem – wsłuchiwało się w oddalony dźwięk silnika helikoptera.Nie mogłam wyjść z lasu.Nie mogłam do nich podejść.Mogę umrzeć, ale nie zrobię ani kroku dalej.Może to się wydać dziwne – mogłam zakryć się liściem bananowca, krzyknąć, żeby mężczyźni odwrócili się… Nie, stałam jak słup, cały tupet i pewność siebie, które pomogły mi przetrwać w skalnej szklance, gdzieś się ulotniły.I ani ciężki los nagich ludzi, ani niepokój o ich życie, ani litość nad tym draniem Maturem – nic nie mogło zmusić mnie, abym opuściła kryjówkę i pokazała się moim kolegom i żołnierzom jak Afrodyta, której zabrakło morskiej piany.Usiadłam i czekałam aż placyk opustoszeje.W dolinie było bezwietrznie, zaczęły mnie gryźć komary i inne latające stworzenia.Musiałam zejść nad rzekę i przez jakiś czas, męczona głodem i rozpaczą, podskakiwałam na brzegu.Na brzeg oczywiście przyszli po wodę żołnierze, więc musiałam ukryć się w najbardziej kłujących na świecie zaroślach, gdzie oprócz mnie mieszkał jeszcze gigantyczny pająk ludożerca.Zresztą niezbyt dobrze znam się na entomologii, być może był zwykłym słoniożercą.Pająk patrzył na mnie, ja na pająka, w końcu pająk doszedł chyba do wniosku, że nie jestem zdobyczą odpowiednią do jego rozmiarów i apetytu i wyruszył na prawdziwe polowanie.Gdy odzyskałam przytomność, poczołgałam się do wody, weszłam do niej i siedziałam zanurzona po szyję jakieś dziesięć minut, aż zsiniałam z zimna.Ale pomogło mi to pozbierać się, a gdy wróciłam w pobliże obozu zaczął kropić lekki deszczyk i komary odleciały do swych schronów.Ściemniało się, miałam nadzieję, że za pół godziny lub w najgorszym przypadku za godzinę uda mi się wrócić do namiotu, do miłego szlafroka i kapci.Ale nic z tego nie wyszło.Przede mną na polanie pojawił się inny gość – dyrektor Matur!Nie ukrywał nagości.Szczycił się nią jak gorący źrebak wątpliwej krwi [ Pobierz całość w formacie PDF ]