[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kilku robotników nakrywało brezentem wyciągniętą na zewnątrz prasę.Jeden z nich zapytał, kogo szukam.Odpowiedziałem, że majora Tilwi.Robotnik powiedział, że major pojechał na lotnisko, znajdujące się jakieś dwie mile za miastem.Podziękowałem i ruszyłem dalej.Kilka razy mijały mnie wózki wyładowane domowymi skarbami.Domy na przedmieściach wyglądały dziwnie, jakby wszyscy mieszkańcy wyjechali na działki: rzeczy stały na zewnątrz, w ogródkach -szafy, łóżka, walizki, ale same domy były puste.Na dachu jednego z nich siedział człowiek i zdejmował dachówki.Dwóch innych łapało je i układało je starannie w stos.Na maleńkim lotnisku powiedziano mi, że major dopiero co tu był, a jakiś oficer z naciągniętą na rękaw opaską Czerwonego Krzyża wtrącił się i sprostował:–To on.Spojrzałem na płytę lotniska i zobaczyłem, że major Tilwi, którego poznałem z daleka po temblaku, idzie w stronę helikoptera stojącego na skraju pasa startowego.Domyśliłem się, że major zamierza udać się do Moszi i rzuciłem się na przełaj do helikoptera.Gdy dobiegłem, śmigło już się kręciło unosząc w górę kurz i suchą trawę.Zacząłem rozpaczliwie machać rękami, aby zwrócić uwagę pilota.Helikopter zawisł w powietrzu, jakby zastanawiał się, w którą stronę ma polecieć, drzwiczki otworzyły się i wypadła z nich drabinka sznurkowa, zapraszając mnie do środka.Podbiegłem do drabinki i zatrzymałem się.Błyszczący brzuch helikoptera wisiał nade mną, a gdy uchwyciwszy się z całej siły za boki drabinki postawiłem nogę na szczeblu, który ugiął się pod moim ciężarem, od razu zwiało mnie jakoś w bok, straciłem równowagę i wywinąwszy fikołka w powietrzu, zwaliłem się na ziemię.Ale natychmiast wstałem, myśląc, że na moim poranionym ciele pojawi się jeszcze jeden siniak i znowu ruszyłem w stronę drabinki.Przez luk wyjrzał sam major Tilwi i gestem pokazał mi, żebym się cofnął.Helikopter miękko opuścił się na ziemię, a po chwili jego śmigła przestały się kręcić i opadły w dół, jak uszy zająca.–Niech pan wchodzi! – krzyknął do mnie major Tilwi.– Tracimy czas.Pan co, nigdy nie wchodził po drabinie?–Przepraszam – powiedziałem – profesor Kotrikadze niepokoi się o los towarzysza Li…–Powiedziałem, proszę wchodzić! Podporządkowałem się.Major Tilwi jest przedstawicielem rządu, powinienem więc szanować jego prośby.Okazało się, że wnętrze helikoptera jest dość przestronne.Nigdy dotąd nie podróżowałem helikopterami i dlatego ich nie doceniałem.Wzdłuż bocznych ścian ciągnęły się ławeczki, na których siedzieli żołnierze.Jeden z nich usiadł na podłodze, a Tilwi wskazał mi zwolnione przez niego miejsce.Chciałem wyjaśnić wszystko majorowi, ale wtedy silnik zaczął pracować z ogłuszającym hukiem, więc jakakolwiek rozmowa była niemożliwa.TELEGRAM…Tangi hotel „Excelsior” do dyrektora Matura z Ligonu 12:50Zapoznałem się z warunkami ubezpieczenia fabryki zapałek i kina szkody spowodowane trzęsieniem ziemi nie są pokrywane z polisy weź to pod uwagę zawarcie innych umów przekaż telegramem potwierdzenie zaleceń dalszych działań w przeciwnym przypadku pozwę cię do sądu za poniesione stratykochający brat Saad…Dlaczego do tej pory nie można ubezpieczyć się od trzęsienia ziemi? Przecież można ubezpieczyć się od huraganu i w takich sytuacjach firmy ubezpieczeniowe są gotowe trzeźwo ocenić ryzyko.Niestety, trzęsienia ziemi traktowane są inaczej.Warunki ubezpieczenia oraz jego kwotę można będzie określić tylko wtedy, gdy zebrane dane statystyczne umożliwią dokładną, ilościową ocenę prawdopodobieństwa poniesienia straty.Co do ubezpieczenia na życie, to wszyscy wiedzą, jak dokładne są dane statystyczne na ten temat.Gdy jednak trzeba się ubezpieczyć od trzęsienia ziemi, wszystkie obliczenia okazują się niewystarczające.Oto dlaczego w roku 1906 firmy ubezpieczeniowe, które zgodziły się zrekompensować straty związane z trzęsieniem ziemi w San Francisco, nadziały się na rafę.To samo zdarzyło się w roku 1925, gdy musiały wypłacić 6662650 dolarów po katastrofie w Santa Barbara.Nietrudno zgadnąć, że pożary będące wynikiem trzęsienia ziemi, nie są pokrywane przez standardowe ubezpieczenie od pożaru.Pierre Rousseau, Trzęsienia ziemi.Paryż, 1961Władimir Kimowicz LiZ krzaków wyszli i znieruchomieli z zaskoczenia książę Urao i kapitan Boro, trzymający w ręku grubą teczkę.W pierwszej chwili zdziwił mnie przede wszystkim strój księcia: purpurowy szlafrok przepasany złotym sznurem i podarte od chodzenia po kamieniach kapcie.Za kapitanem Boro szła gruba, smutna, niegdyś piękna kobieta, która niosła na ręku dziecko, za nią, trzymając się z całej siły jej spódnicy, szło drugie, siedmioletnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]