[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W tamtych czasach pełno było zaklęć czarnej magii, gdyż Szary Płaszcz, Raveline i Archontowie eksplorowali głębiny, w które mało kto odważył się zapuszczać od czasów starożytnych.A w środku tego tkwił, chcąc nie chcąc, Amalryk.Potem pojawiłaś się ty i oto znów ktoś z rodu Antero pozostaje w bezpośredniej bliskości potężnych, aktywnych mocy.Już w Likancie, gdy Jinnah nie był w stanie utrzymać w dłoni kości, a tym bardziej nimi rzucić, wiedziałem, że przemówią tylko do ciebie i do nikogo więcej.Potem zabiłaś jednego z Archontów, potwierdzając ich najgorsze obawy dotyczące rodu Antero.W końcu, gdy ostatni Archont przeklął cię w chwili śmierci, a potem oszukał samą śmierć, umykając w etery - klątwa stworzyła najmocniejszą z tych wszystkich więzi.- Tak więc, droga przyjaciółko, odpowiedź na twoje pytanie brzmi: owszem, możesz zrobić wiele rzeczy, których ja nie potrafię, a przynajmniej modlę się, żeby tak było.Może właśnie Rali Emilie Antero trzyma w dłoni klucz do zamkniętych drzwi.- Co mam zatem zrobić?- Znajdź Archonta - odparł i wyciągnął puzdro, zawierające serce— talizman.Nie sprzeciwiałam mu się, lecz moje przerażenie zmieniło się w uczucie potężnego, pulsującego nacisku.- Weź to w dłonie i skoncentruj się, najsilniej, jak potrafisz.Nie odzywaj się, nie szukaj słów zaklęcia.Wypowiem je za ciebie.Przełknęłam ślinę.- Daj mi minutę na przygotowanie.Zaczęłam oddychać głęboko, starając się opróżnić umysł.Poruszyłam ramionami, by je rozluźnić, pokręciłam głową w obie strony, by uaktywnić mięśnie.Potem mocno schwyciłam puzdro i głęboko wciągnęłam w płuca ostatni oddech, po czym wypuściłam powietrze.- Gotowa - zameldowałam.I Gamelan zaczął: - Rozsnuwaj sieci Matko losu.Rzuć połów na brzeg, Córka twa już czeka Na wschód od bramy Starodawnych Bogów.Wydaj wyrok na istotę Pełną nienawiści.Uderzył grom i w kajucie pociemniało.Powietrze stało się ciężkie i gorące.Uderzył mnie w nozdrza aromat drzewa sandałowego - zapach mej matki, silniejszy niż kiedykolwiek.„Rali” szepnął mi do ucha głos matki.Zebrało mi się na płacz… tak bardzo ją kochałam i tak za nią tęskniłam.Ponownie szepnęła me imię i poczułam przy uchu oddech, delikatny jak skrzydło motyla.Zadrżałam.Puzdro gwałtownie szarpnęło się w mych dłoniach.Chwyciłam je silniej.Przez wieko zaczął prześwitywać czerwonawy blask, w kształcie dwugłowego lwa, godła Archontów.Lew obnażył kły i jednym skokiem znalazł się na ścianie kabiny.Jakiś zwierz zasyczał i oto pod lwem prężyła się potężna czarna pantera.Warczała, obnażając kły i dziko biła ogonem.Ogniste lwie głowy urosły, a za nimi pojawiło się potężne cielsko.Głowy zaryczały, potężna szyja wygięła się jak u węża, lecz wszystko to tylko bardziej rozdrażniło panterę.Znów prychnęła i przypadła niżej do pokładu.Wysunęła pazury podobne sierpom i napięła mięśnie tylnych łap, gotowa do skoku.Znów uderzył grom i za bestią Archonta otworzyła się czarna dziura.Obie lwie głowy zaryczały i stwór rzucił się w głąb.Pantera skoczyła za nim.Głos matki szepnął mi do ucha: - Idź za nią.Wir pochłonął mnie bez ostrzeżenia.Spadałam z wielkiej wysokości w czerń, pośród migających świateł.Uszy wypełniało wycie, jazgot i skrzek istot, pogrążonych w nieskończonym bólu.Czułam zapach siarki, krwi i odchodów, wydalanych ze strachu.Ogarnęło mnie zimno, wielkie zimno, jak cios nożem na zimowych morzach.Albo jak deszcz Czarnego Łowcy, który przychodzi raz na sto lat i zabija lasy, pola i ludzi.Nagle przestałam spadać.Biegłam przez poczerniały od ognia las.Ścieżka była wąska i skalista.O mało się nie przewróciłam, gdy nastąpiłam na wielkiego białego robaka, który pełznął w poprzek.Bałam się, lecz wiedziałam, że to ja prowadzę pościg, a nie mnie ścigają.Ujrzałam przed sobą panterę na zakręcie i przyśpieszyłam kroku.Widziałam, jak demony plotkują na bezlistnych drzewach.Widziałam, jak kruki ucztują na ciałach rannych żołnierzy, którzy rozpaczliwie wołali o pomoc, gdy ich mijałam.Lecz ja nie mogłam się zatrzymać… nie miałam odwagi, więc tylko pędziłam po ścieżce w ślad za panterą.Wybiegłam z umarłego lasu na ośnieżoną równinę, oświetloną księżycowym blaskiem.Ścieżka zmieniła się w zaniedbaną drogę, więc musiałam przeskakiwać pokruszone kamienie i stosy gruzu.Na równinie toczyła się bitwa.Wojownicy pojedynkowali się na topory i miecze.Śnieg był pokryty zwłokami i splamiony czerwoną krwią.W dali widziałam panterę, a przed nią - dwugłową bestię Archonta.W tle majaczył zarys czarnej góry, w którą biły pioruny.Droga wiodła pod tę górę.Była stroma, oblodzona, a ja zaczęłam słabnąć.U mego boku a pojawiła się pantera i zmuszała mnie do dalszego wysiłku.Ruszyłam przed siebie i wkrótce znalazłyśmy się za przełęczą.Na końcu drogi wznosił się czarny, stalowy zamek Archonta, podobny do czaszki demona; wieżyczki przypominały rogi, blanki - brwi, a oświetlona pochodniami brama wyglądała jak paszcza.Bestia Archonta przemknęła przez bramę, która powoli zaczęła się zatrzaskiwać.Pantera skoczyła jej śladem, lecz spóźniła się i brama się zamknęła.Zwierz wrzasnął i rzucił się na kraty.Jego furia i mnie doprowadziła do szału, więc i ja również zaczęłam szarpać żelazo, wykrzykując przy tym okrzyk wojenny.Ujrzałam Archonta.Przechadzał się po dziedzińcu, z dwugłową bestią u nogi.Tym razem nie pojawił się jako olbrzymia postać w chmurze, lecz przypominał zwykłego człowieka.Był jednak równie przerażający [ Pobierz całość w formacie PDF ]