[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Był.– Ale przeżył.– Lekarze ze szpitala Cook County twierdzą, że to prawdziwy cud.Ja oczywiście od razu pomyślałem o panu.Potarłem w zadumie brodę.– Co jeszcze powiedział?– Nic.Nie pamięta nic z tego, co wydarzyło się po przyjeździe karetki.– Czyli chcesz, żebym porozmawiał z ratownikami.Dlaczego sam się tym nie zajmiesz?– Ależ panie Dresden.– zdziwił się Marcone.– Proszę nie zapominać, że jestem przestępcą.Z niewiadomych przyczyn pracownicy rozmaitych służb niechętnie otwierają przede mną swoje serca.Zgrzytnąłem zębami, gdy okrutny ból po raz kolejny przeszył mi nogę.– Fakt.– Wróćmy więc może do mojego pierwszego pytania: czy to poważna rana?– Wyliżę się.– Nie sądzi pan, że powinien iść do lekarza? Jeżeli skaleczenie jest nazbyt powierzchowne, z przyjemnością polecę pannie Gard, by przydała mu autentyzmu.Spojrzałem na niego.– Czy tego chcę, czy nie, za chwilę wyląduję na oddziale ratunkowym.Dobrze rozumiem?– Tak się szczęśliwie składa, że mamy niedaleko do szpitala.Konkretnie do Cook County.– Tak, to dość głębokie rozcięcie.– Rzuciłem okiem na otrzymaną od Marcone’a kartkę i schowałem ją do kieszeni.– Na oddziale na pewno znajdę jakiegoś ratownika albo dwóch.Podrzućcie mnie na izbę przyjęć.Uśmiech Marcone’a nie sięgał jego oczu.– Dobrze, panie Dresden.Proszę przyjąć wyrazy najszczerszego współczucia.Rozdział dziewiętnastyMarcone i spółka wysadzili mnie sto jardów od izby przyjęć.Musiałem o własnych siłach doczłapać do wejścia – było mi ciężko, byłem wykończony, ale w przeszłości bywałem już poważniej ranny.Nie znaczy to, że chciałbym coś takiego przeżywać codziennie, lecz po przekroczeniu pewnego poziomu absurdalnego dyskomfortu wszelki ból dokucza właściwie tak samo.Za to na izbie przyjęć zrobiłem furorę.Kiedy człowiek wchodzi do szpitala, dysząc ciężko i zostawiając za sobą krwawy trop, robi to niejakie wrażenie.W kilka sekund sanitariusz i pielęgniarka pomogli mi położyć się na brzuchu na wózku i ta druga zaczęła oglądać ranę.– Nie zagraża życiu – orzekła, rozciąwszy mi nogawkę spodni i obejrzawszy skaleczenie.– Chociaż, jak na pana patrzyłam, kiedy pan wchodził, to sprawiał pan wrażenie bliskiego śmierci.– Cóż.– mruknąłem.– Mięczak ze mnie.– Paskudnie wygląda.– orzekł barczysty sanitariusz.Podał mi długopis i tabliczkę z przypiętym plikiem formularzy.– Będą musieli to wyciąć.– O tym zdecyduje lekarz – zaoponowała pielęgniarka.– Co się właściwie stało, proszę pana?– Pojęcia nie mam.Szedłem ulicą i nagle poczułem, że noga pali mnie żywym ogniem.– I przyszedł pan piechotą aż tutaj?– Trafiłem na uczynnego skauta.Pomógł mi tu dotrzeć.Pielęgniarka westchnęła.– Mamy mały ruch.Niedługo ktoś powinien tu zajrzeć.– Dobrze by było, bo boli jak diabli.– Mogę panu podać tylenol – odparła sztywno.– Nie skarżę się na ból głowy, tylko na czterocalowy kawał żelastwa wbity w nogę.Podała mi papierowy kubek i dwie białe pigułki.Z westchnieniem przyjąłem jedno i drugie.– Proszę się nie martwić – odezwał się sanitariusz, kiedy pielęgniarka zniknęła nam z oczu.– Dadzą panu coś lepszego, tylko najpierw musi pana obejrzeć lekarz.– Przy tak czułej opiece nie będę potrzebował niczego lepszego.– Nie powinien jej pan tak surowo oceniać.Nie ma pan pojęcia, co ludzie potrafią wymyślić, byle tylko dostać jakiś środek przeciwbólowy: vicodin, morfinę, takie rzeczy.– Pewnie tak.Mogę mieć do pana prośbę?– Słucham.– Sanitariusz przyniósł woreczek z lodem.Pakował go do foliowych torebek, którymi następnie obkładał mi nogę.– To powinno przynieść ulgę i zmniejszyć opuchliznę.Nie jest to znieczulenie miejscowe, ale nic lepszego nie mam.O dziwo, lód nie buchnął kłębami pary w zetknięciu z moim ciałem, chociaż miałem silne wrażenie, że tak właśnie powinno się stać.Ból nie zelżał, ale przynajmniej stał się jakby bardziej odległy.– Dziękuję.Wie pan, skoro już tu jestem, miałem nadzieję, że uda mi się pogadać ze znajomkami.To ratownicy: Gary Simmons i Jason Lamar.Sanitariusz uniósł brwi.– Simmons i Lamar, znam gości.Jeżdżą karetką.– No właśnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]