[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.O cholera.Spojrzała na mnie, znów niepewna, przygryzając wargę.– Naprawdę? – wyszeptała.– Pan mówi poważnie, że by do tego nie dopuścił?Skrzywiłem się.– Tak, tak.Chyba tak.– Więc mi pan pomoże? Pomoże pan nam?Michael, Susan, Justine, Thomas.Niedługo będę potrzebował sekretarki, żeby spamiętać wszystkich, o których mam się troszczyć.– Tobie.Ale Thomas niech się sam troszczy o siebie.Oczy Justine wypełniły się łzami.– Panie Dresden, proszę.Jeśli jest coś, co mogłabym zrobić albo powiedzieć, żeby pana przekonać.– Niech to szlag – zakląłem, ściągając na siebie piorunujące spojrzenie Michaela.– Szlag, szlag, szlag, kobieto.Wszystkie kobiety – teraz Susan spiorunowała mnie wzrokiem.– On jest wampirem, Justine.On cię pożera.Czemu miałoby cię obchodzić, co się z nim stanie?– Jest także osobą, panie Dresden – powiedziała Justine.– Osobą, która nie zrobiła panu żadnej krzywdy.Dlaczego nie miałoby pana obchodzić, co się z nim stanie?Nie cierpię, kiedy kobieta prosi mnie o pomoc, a ja bezmyślnie postanawiam jej pomóc, nie zważając na dziesiątki powodów, dla których nie powinienem tego robić.Nie cierpię, kiedy ktoś groźbą i siłą zmusza mnie do zrobienia czegoś, co jest głupie i ryzykowne.Nie cierpię też, kiedy ktoś odwołuje się wobec mnie do argumentów natury moralnej i wygrywa.Justine zrobiła wszystkie te trzy rzeczy naraz, ale nie mogłem mieć jej tego za złe.Była taka słodka i bezradna.– Dobrze – powiedziałem wbrew rozsądkowi.– Trzymajcie się tylko blisko mnie.Mam was chronić, więc robicie co powiem i kiedy powiem, a wtedy może uda nam się wyjść z tego z życiem.Wstrząsnął nią lekki dreszcz, co wyglądało bardzo atrakcyjnie.Potem przywarła do mnie.– Dziękuję – wymamrotała, wtulając twarz w moją szyję w taki sposób, że ciarki przeszły mi po plecach.– Dziękuję, panie Dresden.Odchrząknąłem, czując się niezręcznie, i pomimo rozbudzenia popędu seksualnego, zdecydowanie odepchnąłem od siebie pomysły, żeby później wycisnąć z niej jeszcze więcej podziękowań.Prawdopodobnie jad wampirów, rozumowałem, sprawiał, że stałem się wrażliwszy na te rzeczy.Właściwie na pewno.Łagodnie odsunąłem od siebie Justine i popatrzyłem na Thomasa, który właśnie wracał po wizycie na podium, trzymając w ręku kopertę.– No i co? – powitałem go cicho.– Wygląda na to, że poszło nieźle.Uśmiechnął się do mnie raczej blado.– To.ona potrafi być dość przerażająca, kiedy zechce, prawda?– Nie pozwól, żeby cię dopadła – poradziłem mu.– Co ci dała?Thomas przygarnął ramieniem Justine, a ona przywarła do niego całym ciałem, jakby chciała stopić się z nim w jeden anielski kształt.Thomas uniósł kopertę i powiedział:– Kondominium na Hawajach.I bilet lotniczy na dzisiaj.Zasugerowała, że może zechcę opuścić Chicago.Na zawsze.– Jeden bilet – stwierdziłem, spoglądając na Justine.– Mhm.– Miło z jej strony – skomentowałem.– Słuchaj, Thomas.Obaj chcemy się stąd wydostać, więc trzymaj się mnie i rób, co mówię.Dobrze?Lekko zmarszczył brwi i posłał Justine karcące spojrzenie.– Justine, prosiłem cię, żebyś nie.– Musiałam – powiedziała z poważnym, wystraszonym wyrazem twarzy.– Musiałam coś zrobić, żeby ci pomóc.Thomas chrząknął.– Proszę wybaczyć, panie Dresden.Nie chciałem nikogo angażować w swoje problemy.Potarłem sobie dłonią kark.– Nie szkodzi.Chyba możemy sobie pomóc nawzajem.Przymknął na chwilę oczy, a potem powiedział bardzo prosto i bardzo szczerze:– Dziękuję.– Sza – syknąłem, patrząc na Biankę, która rozmawiała akurat z jednym z zakapturzonych cieni.Oba cienie znikły za kulisami podium, Bianca patrzyła za nimi, a po chwili wróciły, taszcząc coś, co musiało najwyraźniej nieźle ważyć.Umieściły koło niej, na podium, całkiem duży przedmiot okryty ciemnoczerwoną tkaniną.– Harry Dresdenie – wymruczała Bianca – stary i poważany znajomy magu z Białej Rady.Proszę, podejdź, bym mogła obdarzyć cię częścią tego, za czym sama od dawna tęskniłam.Przełknąłem ślinę i zerknąłem do tyłu na Michaela i Susan.– Zapowiada się ostro – mruknąłem.– Jeśli ma zamiar coś zrobić, to chyba właśnie teraz, kiedy musimy się rozdzielić.Michael położył dłoń na ramieniu Susan i powiedział:– Niech cię Bóg prowadzi, Harry.Poczułem na skórze uderzenie energii, a stojące najbliżej wampiry niespokojnie przestąpiły z nogi na nogę i odsunęły się o parę kroków.Michael dostrzegł, że to zauważyłem, i uśmiechnął się do mnie zawstydzony.– Proszę uważać na siebie, panie Dresden – powiedziała Susan.Poruszyłem brwiami, skinąłem głową Thomasowi i Justine i zacząłem iść.W ręce trzymałem laskę, moja tandetna peleryna powiewała za mną w nocnym powietrzu, kiedy wspinałem się po stopniach podium.Strużka potu ściekła mi w kącik oka, rujnując prawdopodobnie mój makijaż, ale co tam! Stanąłem na wprost Bianki i spotkałem się z nią wzrokiem.Wampiry nie mają duszy.Bianca nigdy nie musiała obawiać się mojego wzroku.Nie była też na tyle dobra, żeby jej oczy potrafiły mnie oszukać.Przynajmniej jeszcze dwa lata temu nie była.Niewzruszenie patrzyła mi w twarz swoimi ciemnymi oczami, które były śliczne i bardzo, bardzo głębokie.Stać mnie było na tyle męstwa, by utkwić wzrok w czubku jej doskonałego, zadartego nosa.Zobaczyłem, jak pierś jej faluje z rozkoszy pod ognistą suknią, kiedy wydała pomruk satysfakcji.– Och, Harry Dresden.Czekałam, by cię dziś ujrzeć.Jesteś bardzo przystojny, poza wszystkim.Jednak wyglądasz nieskończenie śmiesznie.– Dzięki – powiedziałem.Nikt, z wyjątkiem może dwóch służących w długich szatach stojących za nią na podium, nie mógł nas słyszeć.– Jak wpadłaś na to, żeby mnie zabić?Przez chwilę milczała, namyślając się.Potem oficjalnie skłoniła głowę, co było gestem przeznaczonym dla publiczności i spytała:– Pamiętasz Rachel, panie Dresden?Odkłoniłem się, tylko nie tak głęboko, chcąc by miało to nieco obraźliwy wydźwięk.– Pamiętam.Śliczna, uprzejma.Ale właściwie nie miałem okazji często jej widywać.– Nie.W godzinę po tym, jak twoja noga stanęła w moim domu, już nie żyła.– Myślałem, że może tak skończyć.– Chcesz powiedzieć, że ty mogłeś ją zabić?– To nie moja wina, że nie potrafiłaś się opanować i ją pożarłaś, Bianko.Uśmiechnęła się, ukazując oślepiającą biel zębów.– Och, to była twoja wina, panie Dresden.Przyszedłeś do mojego domu.Doprowadziłeś mnie bez mała do szaleństwa.Zmusiłeś mnie do współpracy pod groźbą unicestwienia.– Pochyliła się tak, że mogłem jej zajrzeć w dekolt sukni z płomieni.Pod spodem była naga.– Teraz mogę ci się odwdzięczyć.Nie jestem kimś, kogo możesz traktować w ten sposób, kim możesz poniewierać, kiedy ci się tylko spodoba.Już nie.Przerwała na chwilę, po czym kontynuowała:– W pewien sposób jestem ci wdzięczna, Dresden.Gdybym tak bardzo nie chciała cię zabić, nigdy nie zgromadziłabym takiej mocy, nie nawiązałabym takich kontaktów, jakie posiadam.Nigdy nie zostałabym wyniesiona do dworskiej godności.– Ogarnęła gestem zgromadzone wampiry, dziedziniec, ciemność.– W pewien sposób wszystko to jest twoją zasługą.– To kłamstwo – powiedziałem cicho.– Nie ja sprawiłem, że ściągnęłaś Mavrę, żeby dla ciebie pracowała.Nie ja sprawiłem, że kazałaś jej dręczyć te biedne upiory, podburzyć Nigdynigdy i sprowadzić demona Kravosa, żeby go nasłać na Bogu ducha winnych, podczas kiedy chodziło ci o mnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]