[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Czy wszyscy magowie - odezwał się - mają dziecinne korony i się z nimi obnoszą? Czy to tylko na specjalne okazje?- Czy wszystkie wilkołaki - odciąłem się, ściągając z głowy koronę - noszą okulary i nadużywają old spice’a? Czy to tylko z okazji pełni?Wyszczerzył się do mnie, raczej nie żywiąc urazy.- Szybki jesteś.Zawsze chciałem być taki - powiedział, wyciągając do mnie rękę.- Billy Borden.Uścisnąłem ostrożnie jego rękę.Usiłował mi przy tym zmiażdżyć dłoń.- Harry Dresden - przedstawiłem się.- Wygląda, że jest pan nieźle pobity, panie Dresden - stwierdził.- Czy jest pan pewien, że da pan sobie radę wieczorem?- Nie - odpowiedziałem w nagłym przypływie brutalnej szczerości.Billy pokiwał głową i poprawił sobie okulary na nosie, podsuwając je wyżej.- A zatem potrzebuje pan naszej pomocy.O wielkie nieba! Myszka Miki i przyjaciele! Młodociane wilkołaki spieszą mi na ratunek.W rolach wilkołaków: Billy, Georgia, Tommy, Cindy, Sheesh.- Nie ma mowy - powiedziałem.- Absolutnie nie.- Czemu nie?- Posłuchaj, dzieciaku.Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie potrafią być hexenwolfy.Nie wiecie, jaki potrafi być Marcone, a coś takiego jak MacFinn z całą pewnością mogliście widzieć tylko w cholernym kinie.Nawet gdybyście umieli sobie z tym poradzić, skąd wam przyszło do głowy, że macie prawo w tym uczestniczyć?Billy potraktował pytanie poważnie.- Stąd co i panu, panie Dresden - odparował.Otworzyłem usta.I znów zamknąłem.- Wiem, że w porównaniu z panem wiem niewiele - mówił Billy.- Ale nie jestem głupi.Mam oczy.Widzę rzeczy, których inni nie widzą.Albo udają, że nie widzą.Usiłują udawać, że ich nie ma.To szaleństwo wampirów ogarniające naród.Dlaczego, do cholery, nie miałyby za tym stać prawdziwe wampiry? Czy pan wie, panie Dresden, że ilość zbrodni popełnianych ze szczególnym okrucieństwem wzrosła o czterdzieści procent w ciągu ostatnich trzech lat? Liczba samych morderstw uległa podwojeniu, zwłaszcza na obszarach wysoce zurbanizowanych i na odizolowanych terenach wiejskich.Liczba uprowadzeń i zaginięć wzrosła o trzysta procent.Słuchałem tego chłopaka, mrugając oczami z niedowierzania.Właściwie nigdy nie przyglądałem się bliżej statystykom.Owszem, Murphy i inni gliniarze narzekali, że na ulicach dzieje się coraz gorzej.Sam czułem w głębi duszy, że ten świat staje się coraz bardziej mroczny.To, do cholery, jeden z powodów, dla których podejmowałem się takich idiotycznych przedsięwzięć, jak dzisiejsze.Mój osobisty wkład w rozjaśnienie mroku.- Jestem pesymistą, panie Dresden.Myślę, że ludzie nie potrafiliby sami sobie wyrządzić tyle zła.Przestępcy, nawet bardzo się starając, nie byliby w stanie doprowadzić do wzrostu swojej wydajności o trzysta procent.Słyszę, co się mówi, czasem czytam brukowce.A jeśli siły ciemności powracają? Jeśli to one przyczyniają się do tego ogromu zbrodni?- Więc jeśli tak? - odpowiedziałem pytaniem.Billy spoglądał na mnie pewnie, nie patrząc mi jednak w oczy.- Ktoś musi coś zrobić.Ja mogę.Więc powinienem.To dlatego tu jesteśmy, my, Alfa.Poznaliśmy Terę przy projekcie Drogi Północno-Zachodniej.Tera dała nam szansę czegoś pożytecznego i my z tej szansy chcemy skorzystać.Wpatrywałem się w niego.Mógłbym z nim dyskutować, ale nie miało to sensu.Znałem jego argumenty.Sam doszedłem do takich samych wniosków.Gdybym był o dziesięć lat młodszy, o głowę niższy i trochę tęższy, to jakbym słyszał siebie.Trzeba przyznać, że chłopak miał charakter.Przeobrażanie się w wilka nie jest tandetną sztuczką estradową.Ale był aspekt tej sprawy, który musiałem poruszyć.Nie chciałem mieć na sumieniu krwi tego dzieciaka.- Nie uważam, żebyś był już przygotowany do wielkiej rozgrywki, Billy.- Być może - przyznał.- Ale nikogo innego nie ma.Powinienem mu być wdzięczny.To on podjął decyzję.- Może lepiej to przeczekać, żeby przeżyć do następnej walki.Jeśli coś się nie uda, hexenwolfy rzucą się na was.Ktoś będzie musiał się zająć twoimi rannymi ludźmi, chronić ich.- Jeśli załatwią pana, to pewnie załatwią i nas.Mądrzej będzie, jeśli skupimy się w jednym miejscu.Razem z panem.Roześmiałem się.- Wszystko na jedną kartę?Pokręcił głową.- Stawiam na największą szansę wygranej.Przez dłuższą chwilę przyglądałem mu się wnikliwie.Nie wątpiłem w jego szczerość.Aż biła z niego w sposób, jaki daje tylko idealizm i brak doświadczenia.To było w nim dobre, ale zarazem przerażające.Ta jego ignorancja.Chociaż nie, żadna ignorancja.Niewinność.Nie wiedział, z czym przyjdzie mu się zmierzyć.Jeśli pozwolę mu iść z sobą, pociągnę go na dno.Nieważne, że tyle już widział tego wieczoru.Ja narażę go na zetknięcie się z nowym, okrutnym, krwawym i niebezpiecznym światem.Tak czy inaczej, jeśli pozwolę Billy’emu Bordenowi i jego kumplom pójść z sobą, te niewinne dzieci nie ujrzą już wschodu słońca.Tym niemniej, Boże miłosierny, co do jednego chłopak miał rację [ Pobierz całość w formacie PDF ]