[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Od wyjazdu Yardleya Roddy prawie się nie odzywał do Lucy.Zachowywał się wobec niej grzecznie, ale z rezerwą, jakiej nigdy dotąd u niego nie zauważyła.Kiedy ze sobą rozmawiali, unikał jej wzroku - było to zupełnie do niego niepodobne! Nie zapytał jej o przebieg rozmowy z bratem.Wieść o tym, że udadzą się w innym kierunku, niż planowali, skwitował sztywnym skinieniem głowy.Lucy miała wrażenie, że wyrósł między nimi mur; nie miała pojęcia, jak się przez niego przebić.Co prawda nie miało to już znaczenia: za dzień czy dwa będzie daleko od tej wyspy, daleko od Roddy’ego.Powóz dojechał po brukowanej dróżce do kościoła i oboje wysiedli.Z tyłu widać było smutne pozostałości dawnej wioski; kilka kobiet gawędziło ze sobą, stojąc w drzwiach ocalałych domostw.Nieco dalej, na lewo od kościoła, widniał niewielki cmentarzyk.Większość zwietrzałych nagrobków była porośnięta bluszczem.- Co teraz? - spytał Roddy i przechyliwszy na bok głowę, przyglądał się ponurej fasadzie wypalonego kościoła.- Coś mi się wydaje, że twój brat wyprowadził cię w pole.Chyba niewiele zyskałaś na tym układzie!- Jakim układzie? - spytała, udając zdziwienie.- Skąd ci przyszło do głowy, że zawarłam z Yardleyem jakiś układ?Kempthorne roześmiał się z przymusem.- Sama mi mówiłaś, że manipulowanie ludźmi to jego specjalność.Nie mogę sobie jakoś wyobrazić Yardleya Abbotta spieszącego do Ballabragh tylko po to, by uraczyć cię cennymi informacjami! Z pewnością zażądał od ciebie funta żywego mięsa!Lucy zdumiała ta szekspirowska aluzja w ustach Roddy’ego*[*W komedii Szekspira „Kupiec wenecki” lichwiarz Shylock pożycza pieniądze swemu klientowi pod warunkiem, że w razie jego niewypłacalności będzie miał prawo wyciąć mu funt ciała.].Powiedziała jednak tylko:- Może odezwało się w nim wreszcie sumienie?- Jasne! A ja jestem szachem perskim! - odburknął młodzieniec i ruszył w stronę kościoła.Poły jego płaszcza trzepotały na wietrze, a jego gniew wyczuć można było na odległość, podobnie jak żar bijący od rozpalonego dachu.O Boże! - pomyślała Lucy.- On wie o wszystkim! Albo Consuelo się wygadała, albo sam się domyślił, jakie warunki postawił Yardley.Szła za Roddym, ogarnięta nagłym uczuciem osamotnienia.Wczoraj miała w nim sprzymierzeńca; zdawało jej się, że wspólnymi siłami zdołają rozwikłać każdą zagadkę, rozwiązać każdy problem.Teraz Roddy odsunął się od niej; dotknęło ją to wyjątkowo boleśnie.Mogła jednak mieć pretensję wyłącznie do siebie.Kiedy dziś rano pospieszył jej z pomocą, odtrąciła go - i to w obecności swojego brata i hrabiego.- Roddy! - zawołała za oddalającą się postacią.Młodzieniec minął już kościół i zmierzał w stronę niskiego kamiennego ogrodzenia cmentarza.- Wracaj do powozu - rzucił jej przez ramię - i czekaj tam, aż wrócę!Na dźwięk jego głosu Lucy aż dreszcz przebiegł po grzbiecie.- Dlaczego?! - zawołała.Kempthorne przesadził już murek.Kiedy odwrócił się do niej, jego błękitne oczy miotały iskry.- Chociaż raz nie wykłócaj się ze mną, Lucy! Wracaj do powozu.Nogi jej wrosły w ziemię.Jeszcze nigdy Roddy nie odezwał się do niej w ten sposób! Jego młodzieńcza wesołość znikła bez śladu.Przemawiał władczym, pewnym siebie tonem.Kiedy dziewczyna nie zrobiła tego, o co prosił, wzruszył ramionami i zmarszczył czoło.Mruknął coś pod nosem - zapewne jakieś przekleństwo - i skierował się ku rozrzuconym bezładnie nagrobkom.Nie zwracał uwagi na najstarsze, spowite całkowicie bluszczem.Raz czy drugi przyklęknął, by zetrzeć z kamiennej tablicy mech.Serce Lucy rozszalało się w jej piersi.Wiedziała już, czemu Yardley polecił jej udać się właśnie tutaj.Nie do kościoła czy na plebanię, których nie było we wsi od pięciu lat, tylko na ten zapuszczony cmentarzyk.Żeby przyjrzała się nagrobkom.Poczuła, że w głowie jej się kręci.Chciała zawrócić, ale powóz był tak daleko!.Jak nogi zdołają ją tam donieść?.Gdzie twoja odwaga, Lucy? Musisz przecież dotrzeć do celu bez względu na konsekwencje, bez względu na straszliwe rozczarowanie.Ten cel jest tuż-tuż.Nie będziesz przecież mdleć ani biadolić jak rozkapryszone dziecko!Zdecydowanym krokiem przecięła kościelny dziedziniec i sforsowała nierówny mur.Roddy stał na drugim końcu cmentarza, odwrócony do niej plecami.Większość napisów nagrobnych była zatarta przez wichry i deszcze.Kilka tablic w pierwszym szeregu runęło; po wyżłobionych na nich literach nie pozostał najmniejszy ślad.Lucy szukała przejścia między nierównymi rzędami.Niektóre mogiły - sądząc po datach - pochodziły sprzed dwustu lat.Zbliżając się do Roddy’ego, spostrzegła, że nagrobki są coraz nowsze.Kempthorne usłyszał jej kroki i odwrócił się do niej.Spodziewała się ujrzeć twarz wykrzywioną grymasem wściekłości, tymczasem pozostawała ona kamienna i nieodgadniona jak zatarte nagrobki w najstarszej części cmentarza.- Lucy - powiedział cicho - chciałem ci tego oszczędzić.Podeszła do niego i stanęła obok.Myślała w tej chwili tylko o nim, o bólu w jego głosie.Potem jednak spojrzała w dół, na niewielką brunatną tablicę.Przebiegła wzrokiem wyryte na nagrobku litery.Odczytała je raz, drugi, trzeci.- O Boże!.- szepnęła bezradnie.Nogi ugięły się pod nią.Uklękła w bujnej trawie.Roddy dotknął jej ramienia i przykucnął obok niej.- Już po wszystkim, Luce.To już skończone.Wyciągnęła ramię i powiodła palcem po wykutych w kamieniu literach.Susanne Lansdale Parnell.Kamień był zimny, a brzegi liter wygładzone ręką czasu.Pod imieniem i nazwiskiem widniały dwie daty - niby klamra spinająca krótkie życie Susanne.Ale pomiędzy imieniem siostry a datami jej urodzin i śmierci Lucy ujrzała coś jeszcze: drobniejszymi literkami wyryto trzy krótkie słowa.I jej dziecko.Poczuła, że łzy podchodzą jej do gardła.Zaraz poleją się niepowstrzymanym potokiem.Jęknęła rozdzierająco i upadła na trawę.Roddy chwycił ją w ramiona i przygarnął do piersi.Rozwiązał wstążki kapelusza i zdjąwszy go z głowy dziewczyny, zaczął gładzić ją po włosach, kiedy wypłakiwała swój gorzki ból i gniew.- Cierpisz teraz, boś się o tym dowiedziała - mówił śpiewnym głosem, z ustami przy jej policzku.- Jednak dzięki temu rana będzie się mogła zabliźnić, najmilsza.- Ale mój sen?.- popłakiwała cichutko.- Co on miał znaczyć?.- Wysunęła się z jego ramion i odgarnęła włosy z twarzy.- Widać muszę być szalona.Jestem szalona! Tak samo jak moja matka.Tylko wariaci miewają takie sny.Roddy znów przytulił ją do siebie.- Nie jesteś wariatką, Lucy.Jesteś najzdrowszą kobietą, jaką spotkałem.tyle że najsmutniejszą.Ale może teraz ten smutek powoli minie?.Twoja siostra poszła własną drogą, ty nie miałaś z tym nic wspólnego.To nie twoja wina, że Susanne uciekła.- Właśnie że tak! - łkała Lucy.- To moja, moja wina!Roddy otoczył dłońmi jej ramiona i ścisnął je lekko.- Jak to, Lucy? Opowiedz mi o tym! Chlipnęła jeszcze kilka razy, nim zaczęła mówić.Kempthorne wyjął z kieszeni chustkę i łagodnie otarł jej mokre policzki.- Wspomniałam ci, że pokłóciłyśmy się z Su-sanne na tydzień przed jej ucieczką.To było okropne.Powiedziałyśmy sobie nawzajem niewybaczalne rzeczy!.- Sprzeczki między rodzeństwem to nic nadzwyczajnego.Opowiadałem ci, jak wiecznie braliśmy się z braćmi za łby, pamiętasz?- To nie była zwykła sprzeczka! - wybuchnęła Lucy.- Widzisz.chodziło o pewnego mężczyznę.Wyjątkowo zdolnego młodego naukowca, który wykładał w Oksfordzie [ Pobierz całość w formacie PDF ]