[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ta starsza już od dawna marzy o przejściu na emeryturę.Gdy powiedziałem im, jak poradziłaś sobie z założeniem szkoły w Żołędziu i że w niej uczysz, prawie zaczęli wiwatować.– Powiedziałeś im też, że wprawdzie dużo czytałam i przetestowałam parę kursów na komputerze taty, ale mam tylko średnie wykształcenie?– Powiedziałem, a oni na to, że nic nie szkodzi.Jeżeli będziesz w stanie nauczyć ich dzieci tyle, by zdołały eksternistycznie zaliczyć ogólniak, zapracujesz na swoją pensję.A propos pensji: mówią, że właściwie nie stać ich na płacenie ci w twardej walucie, ale chętnie się zgodzą, żebyś dalej mieszkała w domu i korzystała ze wszystkich upraw w ogrodzie nawet po mojej śmierci.Przytuliłam się do męża, lecz milczałam.Nie cierpię uporczywego nawiązywania do śmierci.– Poza tą starszą nauczycielką – ciągnął dalej – nikt tutaj nie ma kwalifikacji pedagogicznych.Starsi mieszkańcy z dyplomami college’u po prostu nie chcą uczyć się drugiego czy nawet trzeciego zawodu, by podjąć pracę w szkole.Wystarczy, że wtłoczysz ich dzieciakom do łepetyn trochę umiejętności czytania i pisania, trochę matematyki, historii i wiedzy o nauce, a wszyscy będą uszczęśliwieni.Po harówce, jaką przeszłaś w Żołędziu, to będzie dla ciebie małe piwo.– Małe piwo, mówisz – wtrąciłam.– Brzmi to raczej jak kolejna droga przez mękę.Cofnął rękę z mojego brzucha.– Tu jest cudownie – oświadczyłam.– I kocham cię za to, jak starasz się dla mnie i dla dziecka.Ale w Halstead czeka nas tylko szara, zwykła egzystencja.Nie mogę wyrzec się Żołędzia i Nasion Ziemi po to tylko, aby zamieszkać tutaj i ładować jakąś szczyptę wiedzy do głów dzieciarni, która spokojnie obejdzie się beze mnie.– Twoje dziecko nie obejdzie się bez ciebie.– Wiem.Nie powiedział nic więcej.Przekręcił się na drugi bok i leżał, odwrócony plecami.Jakiś czas potem zasnęłam.Nie wiem, czy on też.* * *Później, już w domu, niewiele rozmawialiśmy.Bankole był zły i daleki od wyrozumiałości.Do tej pory nie powiedział jeszcze twardo „nie” mieszkańcom Halstead, co mnie niepokoi.Kocham go i dotąd wierzyłam, że on mnie też, jednak coś mi się zdaje, że mógłby przenieść się do Halstead beze mnie.Jest samowystarczalny, w dodatku głęboko przekonany o swojej racji.Powtarza, że jestem dziecinna i uparta.Nawiasem mówiąc, Marc stoi po jego stronie.Nie żeby którekolwiek z nas pytało go o zdanie, lecz przecież wciąż mieszka z nami i po prostu nie mógł nie słyszeć przynajmniej części naszych dyskusji.Jakoś chyba nie przyszło mu do głowy, że mógłby się nie wtrącać.– Co ty wyprawiasz? – spytał z pretensją w głosie dziś rano, tuż przed zgromadzeniem.– Czemu uparłaś się urodzić dziecko na tym zadupiu? Zastanów się, możesz mieszkać w prawdziwym domu w prawdziwym mieście.W jednej chwili doprowadził mnie do takiej wściekłości, że jedyne, co mogłam zrobić, to albo nawrzeszczeć na niego, albo zachować kompletne, wymuszone milczenie.Ze wszystkich ludzi akurat on ma najmniejsze prawo wygadywać coś takiego.Stąd, z tego „zadupia”, wzięliśmy się my i nasze pieniądze, a myśmy go odnaleźli i kupili mu wolność.Gdyby nie my, mieszkańcy tego „zadupia”, wciąż byłby niewolnikiem i męską dziwką!– Chodźmy na zgromadzenie – wykrztusiłam niemal szeptem i nie czekając na niego, wyszłam z domu.Ruszył za mną bez jednego słowa przeprosin.Chyba w ogóle nie zdawał sobie sprawy, jak podłe było to, co powiedział.Już po zgromadzeniu podszedł do mnie Gray Mora.– Słyszałem, że wyjeżdżasz – zagaił.Zaskoczyło mnie to, a chyba nie powinno.Wprawdzie Bankole i ja nie krzyczymy na siebie i nie nagłaśniamy naszych sprzeczek, jak to mają w zwyczaju na przykład Figueroa czy Fairclothowie, lecz bez wątpienia wszyscy musieli zauważyć, że coś między nami zaczęło się nie układać.Możliwe też, że Marc rozgadał ludziom – ot tak, chociażby żeby czuć się ważny.O, mojego brata z pewnością aż zżera potrzeba ważności, potwierdzenia własnej męskości.– Nigdzie się nie wybieram – odpowiedziałam Grayowi.– Zmarszczył brwi.– Jesteś pewna? Słyszałem, że przenosisz się do Halstead.– Nic z tych rzeczy.Wciągnął głęboki haust powietrza.– To dobrze.Bo bez ciebie nasza osada pewnie zeszłaby na Psy – stwierdził, odwrócił się i odszedł.Cały Gray.Na początku, gdy do nas dołączył, podejrzewałam, że mogą być z nim kłopoty – albo że w ogóle nie zechce zostać na stałe.Zamiast tego okazało się, że sam stał się dla nas ostoją niezawodności – o ile tylko nie wymagało się od niego gadaniny czy wylewanego okazywania uczuć.Jeśli jesteś lojalny wobec Graya i jego rodziny, na pewno odpłaci ci tym samym.Później, po kolacji, Zahra Balter wyciągnęła mnie z wieczorka dramatycznego, na którym troje starszych dzieci czytało swoje własne albo ulubione, powszechnie znane utwory.Z przyjemnością słuchałam, jak pasierbica Graya, Tori Mora, czyta komiczne wierszyki własnego autorstwa.Im więcej śmiechu rozbrzmiewa w Żołędziu, tym lepiej.Sama w tym czasie szkicowałam jej portret.Wysoka, szczupła i kanciasta Tori nie jest ładną dziewczynką – co najwyżej można nazwać ją niebrzydką.Jakiś czas temu odkryłam, że rysowanie działa na mnie odprężająco, jednocześnie wprawiając w stan jakiejś raźnej gotowości zupełnie nowego rodzaju.Zaczęłam postrzegać koloryt i fakturę, linię i kształt, światło i cień – wszystko z całkiem nową intensywnością.Popadam w przypominające trans stany skupienia uwagi i ostrości widzenia, których efektem są przeróżne, naprawdę okropne bohomazy.Przyjaciele śmieją się z tych rysunków, ale mówią, że robią się coraz lepsze, bo coś już w nich można rozpoznać.Nie dalej jak parę tygodni temu Zahra stwierdziła, że mój portret Harry’ego prawie przypomina człowieka.Jednak tym razem Zahra nie przyszła rozmawiać o rysunkach.– Więc się wynosisz! – syknęła do mnie, gdy tylko zostałyśmy same.Była zła i pełna goryczy.Tu i tam dokoła nas ludzie oddawali się własnym prywatnym rozrywkom Dnia Zgromadzenia.May uczyła Mercy Noyer wyplatać koszyczek z kory.Mimo chłodu, grupka starszych dzieci i dorosłych rozgrywała mecz piłki nożnej.Wśród nich, po przeciwnych stronach, byli Marc i Jorge; obaj najwyraźniej świetnie się bawili, uganiając się po boisku, brudząc się i zbierając większą niż reszta kolekcję siniaków.– Ci dwaj gotowi się pozabijać, byle tylko strzelić gola – skwitował Travis, który też kocha piłkę nożną.Byłoby dobrze, gdyby Marc pozostał przy wyżywaniu się wyłącznie w tej dziedzinie.Naturalnie po Grayu odezwanie Zahry już mnie nie zdziwiło.– Nigdzie nie jadę, Zee – odparłam.Podobnie jak Gray, nie od razu mi uwierzyła.– Słyszałam co innego.Twój brat mówił, że.Lauren, powiedz mi prawdę!– Bankole chce, byśmy przenieśli się do Halstead.To już wiesz.Ale ja się nie zgadzam [ Pobierz całość w formacie PDF ]