[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie byle jakie drzwi, w dodatku.Moje własne drzwi.Moje własne frontowe drzwi – drzwi mojego domu.Nie mogłam w to uwierzyć.Z tego, co wiedziałam, od Jesse'a i z książek z serii Domek na prerii, w XIX wieku spędzano czas na ubijaniu masła i głośnym czytaniu przy kominku.Nie było mowy o złośliwych niewiastach wyrzucających dziewczęta z ich własnego domu.Przygnębiona, odwróciłam się i ruszyłam po schodkach prowadzących z ganku……i o mało nie padłam na twarz.Bo tam, gdzie powinny być schodki, żadnych schodków nie było.To znaczy, pewnego dnia będą.A poza światłem księżyca, które w tej chwili, na nieszczęście, nie dopisało z powodu przemieszczającej się chmury, nie było żadnego innego światła.Poważnie, panowały straszliwe ciemności.Brakowało kojącego światła latarń – nie byłam nawet pewna, czy w miejscu, gdzie powinna być ulica Sosnowego Wzgórza, w ogóle była ulica.Odwróciłam głowę w jedną i drugą stronę, ale nie dostrzegłam świateł w oknach… ponieważ z tego, co widziałam, w pobliżu nie było żadnych okien.Dom, przed którym stałam, mógł być jedynym domem w tej okolicy…I właśnie mnie z niego wyrzucono.Znajdowałam się w 1850 roku i nie miałam dokąd pójść ani jak się stamtąd wydostać.Chyba że w staroświecki sposób.Mogłam, jak sądzę, udać się do Misji.Tam prawdopodobnie wylądował Paul.Wyciągnęłam szyję, wypatrując znajomej czerwonej kopuły bazyliki, widocznej z ganku mojego domu, na Wzgórzach Carmelu.Zamiast jednak widoku Doliny Carmelu rozciągającej się u moich stóp, rozbłyskującej światełkami aż do ciemnej płaszczyzny morza, zobaczyłam tylko mrok nocy.Żadnych świateł.Żadnej czerwonej kopuły, oświetlonej na użytek turystów.Nic.Zapewne, uświadomiłam sobie, nie było świateł.Jeszcze ich nie wynaleziono.W każdym razie żarówek.Boże.Jak można było w tych warunkach gdziekolwiek trafić? Czym się kierowano, jakimiś tam gwiazdami?Podniosłam głowę, żeby sprawdzić, czy znajdę może jakąś wskazówkę na niebie i omal znowu nie zleciałam z ganku.Bo na niebie lśniło więcej gwiazd, niż widziałam w życiu.Droga Mleczna bieliła się szeroką smugą, świecąc tak mocno, że prawie zaćmiewała księżyc, który wreszcie wysunął się zza chmur.Ho, ho.Nic dziwnego, że Jesse nie wpadał w zachwyt, kiedy udawało mi się wypatrzyć Wielki Wóz.Westchnęłam.Cóż, nie mogłam nic zrobić, jak tylko ruszyć w stronę Misji z nadzieją, że wpadnę na Paula – albo Jesse'a… to znaczy, dawnego Jesse'a – gdzieś po drodze.Udało mi się zejść z ganku – po nędznych drewnianych schodkach, nie takich, jak w moim „teraz”, betonowych – kiedy to poczułam.Pierwsze ciężkie, zimne krople deszczu.Deszczu.Nie żartuję.Spojrzałam w górę, żeby się przekonać, czy to taktycznie deszcz, a nie zawartość nocnika jakiegoś lokatora z górnego piętra (fuj!), i dostrzegłam zbitą masę czarnych chmur nadciągających od strony morza.Byłam tak bardzo zajęta oglądaniem gwiazd, że ich wcześniej wcale nie zauważyłam.Wspaniale.Przemieszczam się półtora stulecia w czasie i co mnie spotyka za ten trud? Wywalenie z własnego domu i deszcz.Prawdziwa ulewa.Wysoko na niebie pojawiła się błyskawica.Parę sekund później rozległ się długi, głęboki pomruk – gdzieś uderzył piorun.Bajecznie.Burza z piorunami.Utknęłam podczas dziewiętnastowiecznej burzy, nie mogąc się nigdzie schronić.Wiatr wzmógł się, przynosząc zapach, którego początkowo nie potrafiłam rozpoznać.Po jakiejś minucie już wiedziałam.Wspomnienie odżyło w jednej chwili: parę wypadów do Central Parku, kiedy jeszcze mieszkałam w Brooklynie.Koń.W pobliżu znajdowały się konie.A zatem musiała być i stajnia.Prawdopodobnie sucha.Może nawet niestrzeżona przez kobiety w obszernych spódnicach, które traktują człowieka jak wyrzutka.Kuląc się przed deszczem, który padał coraz mocniej, pobiegłam w tamtym kierunku i wkrótce znalazłam się na tyłach domu, przed ogromną stodołą, w miejscu, gdzie Andy zamierzał zrobić basen, kiedy pokończymy szkoły i będzie go na to stać.Drzwi stodoły były zamknięte.Zbliżałam się do nich, modląc, żeby dały się otworzyć…Dały się.Odsunęłam jedno skrzydło i wślizgnęłam się do środka, w chwili kiedy niebo przecięła kolejna błyskawica i odezwał się, tym razem głośniej, piorun.W stodole było przynajmniej sucho.Ciemno jak w grobie, ale sucho.Zapach koni przybrał na sile – słyszałam, jak wiercą się niespokojnie w swoich boksach, przestraszone hałasem na zewnątrz – ale tłumił go jakiś inny zapach.To chyba siano.Jako dziewczyna mająca niewiele wspólnego z wsią, nie mogłam tego stwierdzić z całą pewnością.Ale wydawało mi się, że to coś, co chrzęści pod moimi butami, może być sianem.No, wszystko szło znakomicie.Przybyłam, żeby uratować życie mojemu chłopakowi – a raczej, żeby przeszkodzić komuś innemu w uratowaniu go – a, jak dotąd, udało mi się tylko wprawić we wściekłość gospodynię.Och, i zmokłam na deszczu.I znalazłam stodołę.Świetnie.Doktor Slaski nie żartował, kiedy ostrzegał mnie przed podróżami w czasie.Piknik to z pewnością nie był.A kiedy w sekundę później wyciągnęłam rękę, żeby wyżąć wodę z włosów, poczułam ciężką dłoń na ramieniu…Cóż, miałam serdecznie dosyć lat pięćdziesiątych XIX wieku.Na szczęście dla mnie, odgłos pioruna stłumił mój krzyk.Inaczej gospodyni albo, co gorsza, jej mąż, jeśli go miała, zjawiliby się tutaj w mgnieniu oka.I nie skończyłoby się pewnie tylko na strachu.–Zamknij się! – szepnął Paul.– Chcesz, żeby zastrzelili nas oboje?Obróciłam się na pięcie.W ciemności widziałam zaledwie zarys postaci.Ale wystarczyło, żeby mój puls, przed chwilą galopujący, niemal zamarł.–Co ty tu robisz? – zapytałam z nadzieją, że nie wyczuje mojego zmieszania.Wzbudzał we mnie mieszaninę uczuć: złość, że dotarł tu przede mną; strach, że w ogóle tu był; oraz ulgę na widok znajomej twarzy.–A jak myślisz? – Paul rzucił mi coś szorstkiego i ciężkiego.Złapałam to niezręcznie.–Co to?–Koc.Wytrzyj się.Z wdzięcznością zarzuciłam koc na ramiona.Mimo że nadal miałam na sobie skórzaną kurtkę, dygotałam z zimna.Nie sądzę, żeby tylko z powodu deszczu.Koc pachniał silnie końmi.Ale wcale nie było tak źle.–A zatem – powiedział Paul, przesuwając się w obręb światła, wpadającego przez półotwarte drzwi stodoły, tak żebym mogła zobaczyć jego twarz.– Udało ci się.Pociągnęłam żałośnie nosem.Starałam się nie pamiętać, że jestem przemarznięta, przemoczona i w stodole.W 1850 roku.–Naprawdę sądziłeś, że ci się powiedzie? – spytałam, zadowolona, że udało mi się wreszcie zapanować nad drżeniem głosu.Szczękanie zębami to odrębna sprawa.– Myślałeś, że na to pozwolę?Paul wzruszył ramionami.–Uznałem, że warto spróbować.Wiesz, Suze, nadal są szanse, że mi się uda.Jeszcze go tu nie ma.–Kogo? – zapytałam głupio.Ciągle zastanawiałam się, jak się pozbyć Paula i odnaleźć Jesse'a bez uprzedzania go o tym.–Jesse'a – powtórzył Paul tonem, jakby mówił do osoby niedorozwiniętej umysłowo.I wiecie co? Chyba rzeczywiście tak jest.– Zjawiliśmy się o dzień za wcześnie.On będzie tu jutro.–Skąd wiesz? – zapytałam, ocierając cieknący nos wierzchem dłoni.–Rozmawiałem z tą damą.Panią O'Neil.Właścicielką twojego domu.–Rozmawiała z tobą? – zdziwiłam się.– Ze mną nie chciała rozmawiać.Wyrzuciła mnie.–A co zrobiłaś, zmaterializowałaś się na jej oczach? – zapytał Paul drwiąco.–Nie – odparłam.– No, niezupełnie na jej oczach.Paul potrząsnął głową [ Pobierz całość w formacie PDF ]