[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wypatrywał swojej szansy ucieczki, starając się nie patrzeć na Pallas Ril, która rozbłysła jak słońce.Nagle padł na niego cień, słońce przestało prażyć.Głęboki, zielonkawy cień mienił się żyłkami najczystszego złota, jak słońce widziane na dnie krystalicznie czystego jeziora.Nie wyobrażał sobie, co może rzucać taki cień, dopóki nie podniósł wzroku.i nie zobaczył rzeki, która wznosiła mu się nad głową.22Najbardziej przerażający jest w tym wszystkim fakt, że Ma’elKoth wcale się nie boi.Podnosi wzrok, osłaniając oczy przed oślepiającym blaskiem nagiego ciała Pallas, i szczerzy zęby jak dzieciak bogatych rodziców na widok prezentów pod choinką.W jego głosie brzmi głębokie seksualne zadowolenie:– Chambaraya, jak rozumiem? Zawsze myślałem, że jesteś tylko mitem.Głos, który mu odpowiada, czerpie formę z ptasich treli, łoskotu przewalanych kamieni, plusku wody.Nawet z rozbrzmiewających wokół nas odgłosów bitwy.– NIE JESTEM MITEM, MAŁY BOŻKU.ODSUŃ SIĘ OD CAINE’A.ON NALEŻY DO NAS.Chambaraya? Szczęka opada mi nieco niżej.Bóg rzeki?! Ja cię.– Mam się od niego odsunąć? Proszę bardzo – odpowiada Ma’elKoth z jedwabistą uprzejmością i oddala się od miejsca, w którym leżę bezradnie.Otrzepuje ręce jak robotnik po dobrze wykonanej pracy.– Nie mogłem się doczekać, kiedy Starzy Bogowie zechcą się ze Mną zmierzyć.Liczyłem wprawdzie na kogoś bardziej.imponującego.ale na początek wystarczysz ty.Pallas zaciska pięść i wieńce kwiatów zdobiące platformę ożywają: wspinają się na Ma’elKotha, oplatają go, przyszpilają mu ręce do boków, zaciskają się na szyi; nawet sama platforma odkształca się i wije, próbując unieruchomić mu stopy.Nadludzkie mięśnie grają mu pod szatą, gdy w pierwszym odruchu przeciwstawia girlandom tylko swoją siłę fizyczną – trzeszczą, ale nie puszczają.Spogląda na kwietną dżunglę, w której tonie jego ciało, i uśmiecha się jeszcze szerzej.Wzrusza ramionami, i rozlega się grzmot.Śmieje się, i słońce przygasa.Unosi głowę, i z ciemniejącego nieba uderza piorun, przeszywając go oszczepem czystej energii.Jego ciało wybucha płomieniem, który błyskawicznie ogarnia całą platformę i w mgnieniu oka zwęgla kwiaty.Grzmot rozsadza mi uszy.Ma’elKoth triumfuje.Podnosi zaciśniętą pięść.Pamiętam ten gest z Rytuału Odrodzenia i teraz próbuję się odturlać dalej, wykrzykując nieartykułowane ostrzeżenie pod adresem Pallas.Ma’elKoth uderza pięścią.Żar jak z pieca hutniczego z ogłuszającym hukiem rozpala powietrze i słup energii trafia moją żonę prosto w pierś, ona zaś rozkłada ramiona i przyjmuje go, jak kwiat otwierający płatki do słońca.Jej śmiech tętni obcą mocą.Wskazuje wyciągniętą ręką niebo na północy, nad koroną stadionu.Wznosząca się tam pulsująca góra kryształu przesłania pół nieba; glony nadają jej szmaragdowy odcień, cała mieni się srebrzystymi błyskami przemykających w wodzie ryb.Rzeka – wbrew zdrowemu rozsądkowi – płynie do góry.Wznosi się coraz wyżej i wyżej – kropla wielka jak cała wioska, nagle rozkłada się, rozkwita, rozpościera ramiona jak rozgwiazda.To dłoń.Dłoń Chambarai spada na stadion.Wszędzie wokół nas żołnierze, wytrawni wojownicy, weterani dziesiątek bitew upuszczają broń i rzucają się na ziemię, zakrywając oczy i krzycząc jak dzieci.Cywile padają sobie w ramiona i zawodzą płaczliwie.A ja.Ja nie mogę oderwać wzroku od Pallas.Czym ona się stała, że potrafi robić takie rzeczy?Dłoń ma rozmiary okrętu wojennego, pieprzonego lotniskowca – i zaciska się na nas.Syczy i gotuje się w zetknięciu z ogniem trawiącym platformę, pęcherzyki powietrza ulatują pod niebo.Przez długą, absolutnie niewiarygodną chwilę znajduję się pod wodą, twarzą w twarz z równie jak ja zaskoczonym karpiem, który jest chyba większy od mojej głowy, a potem fala odpływa i leżę na ociekających wodą zgliszczach platformy – przemoczony na wylot, z udem pulsującym ogniem trucizny.Dłoń wznosi się wysoko, tak wysoko, że słońce prześwieca ją na wylot.Trzyma Ma’elKotha.Cesarz tkwi w kuli wody o średnicy stu metrów; ledwie dostrzegam jego sylwetkę, kiedy rozpościera ręce i zaczyna płonąć.Woda wrze.Buchają kłęby pary.Nie poddał się jeszcze, a ja wcale nie jestem pewien, czy Pallas – albo Chambaraya, to bez znaczenia – jest w stanie go pokonać.Nie jestem pewien, czy w ogóle ktokolwiek by to potrafił.Przetaczam się na brzuch, wykasłuję gęstą, zielonkawą wodę – i spoglądam prosto w okaleczoną twarz Lamoraka.Trzeba przyznać, że przez ostatnie parę dni trochę się chłopak przez nas nacierpiał: złamana noga, strzaskana szczęka, rozmazany kinol, oczy zapuchnięte tak, że ledwo co widzi.I te właśnie oczy najpierw spoglądają w moje, a potem przygniecione poczuciem beznadziei powoli się zamykają.Wie, że jeżeli postanowię go teraz zabić, nie będzie w stanie nic na to poradzić.Woli odpłynąć w mrok, niż tracić energię na próby przebłagania mnie.– Nie mdlej mi tu, ty bezużyteczna kupo gówna! – warczę, szarpiąc go za bandaż na szczęce.Płótno wrzyna mu się w opuchliznę i nagły ból przywraca mu świadomość.Przewraca oczami jak przestraszony koń.– Nie mdlej! – powtarzam.– Musisz być przytomny.– Ale.jak.dlaczego, Caine.Chętnie poleżałbym tak sobie dzień albo dwa, ale dźwigam się na nogi.Zatrute udo zdrętwiało mi wokół rany; pełznąca fala żaru pomału zalewa mi miednicę.Zostało mi jakieś pięć minut życia.Potykam się o nieprzytomnego Toa-Sytella; mam nadzieję, że podstępny kutafon się utopił.Z trudem docieram do krzyża, na którym wisiała Pallas.Unosi się teraz wysoko nad moją głową, jasna jak słońce.Jest jedynym źródłem światła na stadionie.Nie wiadomo skąd nadciągnęły burzowe chmury: wyglądają jak olbrzymie bloki czarnego granitu i przewalają się po niebie, oblizując je jęzorami błyskawic.Wystarczy, że jej dosięgnę, dotknę, i oboje będziemy uratowani ale jest daleko poza moim zasięgiem.Unosi się w powietrzu.Wołam ją po imieniu, raz za razem, ale zerwał się wiatr, prawdziwy huragan, który porywa słowa z moich ust i beztrosko rozrzuca je po okolicy.Pallas mnie nie słyszy, nie ma prawa mnie usłyszeć.Może gdybym wspiął się na krzyż, stanął na czubku, nie stracił równowagi i skoczył.Obie nogi rwą mnie jak diabli: naruszone prawe kolano i zatrute lewe udo.Jęczę z bólu, podciągając się na krzyżu [ Pobierz całość w formacie PDF ]