[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W moich koszmarach sennych przewijała się wizja wszechmocnej, niezbadanej siły, drzemiącej w skorupie ziemskiej i wyciągającej ku nam macki swoich snów, w których przymierza nas jak maski właśnie.Jak pacynki.Jak lustrzane hełmy pospołów.Dużo myślałem o tej istocie.Z początku uważałem, że to tylko metafora, mit, który wymyśliłem, żeby nadać konkretną formę swoim odczuciom.Teraz nie jestem już tego taki pewny.Wydaje mi się, że przez pewien czas bestia nosiła także moją twarz; mam przeczucie, że kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się z Harim w siłowni, zobaczył w moich oczach tę samą abstrakcyjną, bezosobową żądzę.Podejrzewam, że właśnie dlatego z miejsca mnie znienawidził.A potem wybił mi ją z głowy, jak najbardziej dosłownie – co jednak wcale nie powstrzymało mnie przed wykorzystaniem Ballingera w równie bezlitosny, opanowany i obojętny sposób, jak Chandra wykorzystał mnie.Wyssałem go i porzuciłem.To chyba przyzwyczajenie.Tak to już jest na tym świecie.Tak musi być, żeby tryby cywilizacji mogły się kręcić.Tymczasem Hari.W nim nie było cienia obojętności; nienawidził Ballingera całym sercem i całą duszą.I może właśnie w tym tkwi jego sekret, może Hari i ten uśpiony potwór są naturalnymi wrogami.Bo dla Hariego to zawsze jest sprawa osobista.Ja teraz ucieknę i się schowam.On tego nie zrobi.Widzę to, ilekroć na niego spoglądam.Wejdzie w to bagno po kolana i będzie tłukł bestię gołymi pięściami.Dziwnie mi się to pisze; dziwnie się czuję, kiedy muszę przyznać – chociażby przed samym sobą – że taki zwykły Robotnik, taki dzikus, taki aspołeczny bandzior jest lepszym człowiekiem ode mnie.No i proszę, znowu uciekam się do stereotypu.Hari wcale nie jest dzikusem ani aspołecznym bandziorem.To znaczy, jest, ale jest także kimś więcej.Chyba nie znam odpowiednich słów, żeby go opisać.Hari jest Harim, to wszystko.To bardzo dużo.Próbowałem być jego nauczycielem, ale nauczyłem się od niego więcej niż on ode mnie.Powiedziałem mu, że aktorstwo byłoby dla mnie jak codzienny powrót do tamtej łazienki.Przemilczałem jednak co innego: że jako Biznesmen z urodzenia i wychowania wracam do niej codziennie, kiedy tylko rano wstaję z łóżka.Taka jest nieunikniona natura życia na Ziemi.Możesz wykorzystywać albo być wykorzystywany, do czasu, aż przestaniesz być użyteczny.Taki jest świat.Przynajmniej ten nasz.Mój wyostrzony elficki słuch wychwytuje odgłos kroków Hariego na dziedzińcu dormitorium.Z nim też chcę się dziś w nocy pożegnać.Najważniejsze pożegnania zawsze zostawiamy na koniec.Pożegnam najlepszego przyjaciela, którego nigdy nie lubiłem.Dziwny jest ten świat.Jutro znajdę się w innym, jeszcze dziwniejszym.I będę cię tam wypatrywał, Hari.Może pewnego dnia, za dwadzieścia lat, w jakiejś nadświatowej tawernie znajomo wyglądający elficki mag postawi ci drinka.Nie umiem inaczej podziękować za to, co dla mnie zrobiłeś.Za to, że ocaliłeś moją duszę.Żałuję, że ja nie mogę ocalić twojej.Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak wiele będzie cię kosztowało życie, które wybrałeś.Chyba najlepsze, na co możesz liczyć, to to, że nie zwrócisz na siebie uwagi.?Była boginią tylko na pół etatu, ale uwielbiała tę robotę.Kiedy zstępowała na ziemię, wszędzie, gdzie stąpnęła, zakwitały kwiaty i kiełkowało zboże; gdzie powiodła ręką, zima była łagodna, a plony obfite; letnie burze niosły deszcze ciepłe i słodkie jak rozsłoneczniony staw, a wiosna śpiewała o wszystkim co świeże i zielone.Pierwszy Lud nazywał ją Eyyallarann, Umysłem w Przepływie.Dla skalników była Thukulg’n, Topicielką.Drzewinki znały ją pod imieniem Ketinnasi, Przewoźnik.Ludzie używali miana Chambaraya, Ojciec Wód.Ale naprawdę nazywała się Pallas Ril.Powiadano, że w jakimś odległym kraju ma ludzkiego kochanka; że na pół roku przybiera tam postać śmiertelniczki i żyje ze swoim ukochanym i córką.Mówiło się i o tym, że jej kochanek sam jest bogiem, mrocznym aniołem rzezi i zniszczenia; podobno te sześć miesięcy, które musiała spędzać u jego boku, to był okup za spokój świata.Płaciła ciałem za to, żeby utrzymać go poza murami czasu i zapewnić pokój dobrej krainie.Jak to często bywa z takimi historiami, obie były zarazem prawdziwe i fałszywe.W jednakowym stopniu.Bogini na pół etatu nie miała Kościoła, własnego kultu ani wiernych.Nie można jej było przebłagać ofiarą ani przywołać inwokacją.Kroczyła tam, gdzie chciała, podążając śladami kaprysów swojego serca jakby były meandrami jej koryta.Kochała tę krainę i wszystko, co w niej żyło, a kraina rozkwitała pod jej dotknięciem.Jedyną modlitwą, która mogła zwrócić jej uwagę, był szloch matki opłakującej chore lub zranione dziecko, bez względu na to, czy była człowiekiem czy pierwotną, sokołem czy rysiem, jeleniem czy królikiem – ale tylko dlatego, że jej ludzka cząstka pamiętała, co to znaczy być matką.I chyba to właśnie był prawdziwy powód, dla którego oboje – ona i jej ukochany – musieli umrzeć [ Pobierz całość w formacie PDF ]