[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Jesteś wąskim gardłem dla ambicji ślepego boga, który poprzezciebie będzie stale usiłował zatruwać nasz świat.Skazuję cię na nieustanne stawianie mu oporu i na codzienny trud naprawy szkód wyrządzonych za twoim pośrednictwem.– Ale jak mam.? – To niemożliwe.Dlatego będziesz toczył z nim codzienną walkę, bez wytchnienia, wiedząc, że jesteś z góry skazany na porażkę.Będziesz żył ze świadomością, że jeśli się poddasz, w tej samej chwili wszystko, co kochasz, zacznie umierać.Długo jeszcze klęczał przede mną ze spuszczoną głową, aż w końcu bez słowa ujął w dłoń rąbek swojej szaty i wytarł kałużę oleju.Skłonił się nisko, musnął czołem plamę na stopniu i wycofał się z sali tronowej.W milczeniu odprowadziłem go wzrokiem.– Ostro go potraktowałeś.Za Dębowym Tronem jest mała wnęka, w której stoi krzesło.Siedząc na nim, można dyskretnie obserwować salę przez ozdobny otwór w ścianie.Właśnie z tego otworu dobiegł ten mroczny, kąśliwy głos.– Tak uważasz? Zamiast kary, otrzymał dar – odparłem półgłosem.– Nadałem sens jego życiu.– Niezły prezent.Co szykujesz na następne święta? Kartkę z życzeniami? Parsknąłem cichym śmiechem.– Nadal nie mogę odżałować, że nie chciałeś przyjąć żadnego tytułu.– Daj sobie siana.Mam inne plany.Przez cały poprzedni dzień Hari rzucał zawoalowane aluzje, że doszedł z bogiem do jakiegoś porozumienia.„Nasze interesy bywają zbieżne”, przyznał.– Hari.– Mówię ci, Kris, odpuść.Pamiętasz, co ci powiedziałem? Proponowałem mu różne tytuły, od Księcia Porządku Publicznego, po – jak to sam nazwał – barona Zadupia Większego.– Że jeśli przyjmę tytuł z twoich rąk, będą tacy, którzy zechcą obarczyć cesarstwo odpowiedzialnością za to, co robię.A możesz mi wierzyć, Kris, że tego byś nie chciał.Poważnie.Złapałem się na tym, że naprawdę mu wierzę.– Co zamierzasz? – spytałem.W jego głosie usłyszałem znajomy szelmowski uśmiech.– Trochę narozrabiać.12Godziny przechodziły w dni, dni w tygodnie.Znalazłem sobie zajęcie, które pochłaniało mnie bez reszty: poszukiwanie wśród arystokratów ludzi godnych zaufania, którym mógłbym powierzyć zarządzanie sprawami cesarstwa.Pomogłem również lady Avery i lady Faith urządzić się w nowym domu.Francis Rossi, nieszczęsny Aktor, którego jakiś czas temu uprowadziliśmy do spółki z Kier, został prawą ręką lady Faith.Caine mu ufa, a nowa margrabina potrzebuje kogoś, kto mógłby nie tylko ją ochronić, ale także tłumaczyć jej słowa z angielskiego na westerling.Lady Avery sama zwerbowała liczne grono byłych Aktorów do roli służących i pomocników.W tym okresie rzadko widywałem Caine’a.To była moja decyzja.Nie potrafiłem mu spojrzeć w oczy.Popełniłem fatalny błąd, który od tamtej pory nieustannie mnie prześladował, zatruwał każdą chwilę, aż tylko praca pozwalała mi o nim zapomnieć.Zajrzałem w otchłań.Oto jak do tego doszło.– Muszę wiedzieć, Hari – powiedziałem pewnego dnia.– Skąd wiedziałeś, że to się uda, kiedy zabijałeś Ma’elKotha? Skąd wiedziałeś, że ślepy bóg nie owładnął nim całkowicie? Że Ma’elKoth zwróci się przeciw swojemu panu, kiedy połączysz go z rzeką? Że nie sprezentujesz mu triumfu, do którego z takim zapałem dążył? – I na koniec dotarłem do prawdziwego pytania, najważniejszego, które ledwo odważyłem się zadać: – Skąd wiedziałeś, że ocalisz świat, a nie zniszczysz? – Ma’elKoth też mnie o to pytał.– I co? Wzruszył ramionami.– Nie wiedziałem.Wytrzeszczyłem oczy.Odebrało mi mowę.– Myślałem, że już jestem trupem, Kris.Kollberg i Policja Społeczna nie daliby mu ujść z życiem.Mogłem co najwyżej ratować Faith.Rozdziawiłem usta.We wnętrznościach zalągł mi się lodowaty wąż.– Mogłeś.– Nie miałem pojęcia, że zabicie Ma’elKotha Kosallem połączy go z rzeką.Nie wiedziałem, bo i skąd? Wiedziałem tylko, że to on ma Faith w garści.Ona była jego łącznikiem z rzeką, ale on był łącznikiem z nią.Dlatego go zabiłem.Ma’elKoth umiera, Faith jest wolna, jakiś pospoł odstrzeliwuje mi głowę przy samej dupie i jest po wszystkim.Ślepy bóg dostaje miecz; Faith nie jest mu już potrzebna.Raithe zostawiłby ją u elfów, one by się nią zaopiekowały, uleczyły, na ile by się dało.Miałaby szansę na w miarę normalne życie.– Znowu wzruszył ramionami.– Nic więcej nie mogłem dla niej zrobić.– Czyli.twój plan.– jąkałem się osłupiały.– To wszystko.nie planowałeś.– To był mój cały plan.Jedyny, jaki miałem.– Od samego początku.– wymamrotałem.– Zgadza się.Odkąd tylko wykombinowałem, co się naprawdę dzieje.– Czyli to wszystko.więźniowie, Twarze, Klasztorni.zniszczenie miasta, potem Raithe.i ja.Wykorzystałeś nas wszystkich.– Mhm.– Wszystko po to, żeby uratować jedno małe dziecko.Pokiwał głową.– No i żeby pochlastać Ma’elKotha – dodał.– Żeby świat mnie zapamiętał.– Rozłożył ręce, jakby chciał mnie przytulić i ukoić wyzierający z moich oczu lęk.– Hej, co mam powiedzieć? Jestem, kim jestem.– To prawda – przytaknąłem tępo.– Jesteś, kim jesteś.– Nigdy nie wiadomo, jak się potoczą sprawy.Nikt tego nie wie.Wszechświat tak nie działa.– Wyszczerzył zęby w uśmiechu.– Więc się rozchmurz, smutasie jeden! – Nie, ja.bo.– Pokręciłem głową.To wszystko nie mieściło się w mojej rzeczywistości.– Stanąłeś po ciemku na skraju przepaści i.skoczyłeś.– Codziennie tak skaczę, Kris.Dzień w dzień.Wyglądało na to, że jest z tym szczęśliwy.Ja nie jestem [ Pobierz całość w formacie PDF ]