[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.We czwórkę zetknęliśmy się plecami i barkami,ustawiwszy się tak przeciwko niedźwiedziom, zbliżającym się susami.- Następnym razem je uśpij - powiedział do mnie Luis, mając na myśli kuguary.- Boinaczej znowu rzucą na nas te zwierzęta, kiedy tylko je puścisz.Miał rację.Kuguar, którego oswobodziłam, nagle zawrócił i znów puścił się w nasząstronę biegiem.Po chwili zwolnił nieco i kroczył już tylko powoli, z lśniącymi oczamiwbitymi we mnie.Jego wielkie łapy stąpały po trawie niemal bezszelestnie, ale słyszałamciche warczenie w chłodnym powietrzu.Zwierzęta zapoznały się już z moją mocą.Spróbowały jej.Nie mogłam już okazać imStrona 190 z 246PDF stworzony przez wersję demonstracyjną pdfFactory Pro www.pdffactory.pl/2010-08-15 20:15:41litości bez szkody dla siebie.Zabiłyby mnie, gdyby mogły.Mnie, Luisa i tych dwóchpolicjantów.Tylko po co? Z powodu Isabel? Po co?- Cassiel - odezwał się Luis i wyciągnął rękę.Nie dawałam sobie sprawy, żewyczerpują mi się zapasy mocy, ale on o tym pomyślał.Potrzebny mi był świeży jej zastrzyk.I złocistym strumieniem wlała się we mnie, wzbudzając miłe dreszcze; odcięłam jej dopływtak szybko, jak to tylko możliwe, aby skoncentrować uwagę na tym, co działo się wokół.-Uśpij je.Pozbaw je przytomności, gdy będzie trzeba.Przytaknęłam.Obaj policjanci wyciągnęli rewolwery, ale wątpiłam, czy zdołalibyzabić zwierzęta, nim te rozerwałyby ich na strzępy - chyba że naprawdę świetnie strzelali.Niedźwiedzie nacierały, jeden od strony Luisa a drugi - Stylesa.- Uwaga! - wrzasnął Luis i puścił mnie.Odwróciłam się od niego, stawiając czołonajbliższemu zagrożeniu.Był nim kuguar, a właściwie samica kuguara, która już wyskoczyław powietrze.Rozwierała paszczę, ukazując przerażająco ostre zębiska, a jej ryk miał sprawić,bym znieruchomiała ze strachu.Zamiast tego wyczekałam do ostatniej chwili, a wtedy odstąpiłam w bok iwskoczyłam jej na plecy, by trzepnąć ją z tyłu w łeb, kiedy znalazła się znowu na ziemi.Ryknęła ponownie i zakręciła się w kółko, jednak wymacałam już odpowiednie naczyniakrwionośne i ucisnęłam je.Łapska się pod nią ugięły.Wciąż dyszała, ale wolniej.Przytrzymałam ją w miejscu,przeskoczyłam przez jej cielsko i podążyłam w stronę Stylesa, który wymierzył broń wnacierającego czarnego niedźwiedzia.Ten zwierz nie był aż tak wielki jak niektóre z jego gatunku, lecz mimo to i tak duży -ważył co najmniej tyle, co pół przeciętnego człowieka, składał się niemal z samych mięśni ikipiał wściekłością.Czarne misie miały najczęściej dość łagodną naturę, jednak ten wydawałsię prawie oszalały.Dręczony straszliwym bólem, rozerwałby wszystko, co znalazłoby się wzasięgu jego pazurów i kłów.Powtórzyłam sztuczkę z unieszkodliwieniem, lecz tym razem okazało się totrudniejsze.Musiałam równocześnie koncentrować uwagę na samicy kuguara, a tenniedźwiedź był silny i bardzo, ale to bardzo rozwścieczony.Kiedy w końcu przewalił się nasplątane i połamane źdźbła wysokiej trawy, sapał ciężko i wydawał odgłosy bardzoprzypominające jęki przerażenia.Rozejrzałam się wokoło.Luis obalił ostatniego kuguara, a drugi niedźwiedź bardziejprzebiegły od pozostałych zwierząt - to atakował Luisa, to znów się nieco wycofywał.NieStrona 191 z 246PDF stworzony przez wersję demonstracyjną pdfFactory Pro www.pdffactory.pl/2010-08-15 20:15:42wydawał się do końca zaangażowany Pomyślałam, że ten zwierz nie pozostaje w pełni podkontrolą naszych nieprzyjaciół.Na razie radziliśmy sobie nieźle, nie zabijając bez potrzeby.Mój optymizm okazał się trochę przedwczesny.Na to, że kłopoty jeszcze się nieskończyły zwrócił mi najpierw uwagę drugi z policjantów - na naszywce na jego mundurzewidniało nazwisko „Cavanaugh” - który położył mi dłoń na ramieniu i wskazał w kierunkuwschodnim.W odległości trzydziestu kilku metrów wznosiła się smuga czarnego dymu.Gdyna nią patrzyliśmy, rozeszła się w poziomą linię, a gdy sucha trawa zajęła się ogniem jakpodpałka, płomienie wystrzeliły na dwa metry w górę.Wiatr wiał w naszym kierunku.Pokilku chwilach dym dotarł do nas, gęsty i dławiący [ Pobierz całość w formacie PDF ]