[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Musiałem wszak zaprzeczyć pogłoskom, rozpowszechnianym przez moich dawnych towarzyszy.Gdyby echa tych wieści dotarły do bunkra, nikt tam nie miałby cienia wątpliwości, kto je rozpowszechnia i wówczas dostałoby się generalnie wszystkim, bo nikt by nie próbował identyfikować najaktywniejszych siewców niepokoju.Przy okazji ja także mógłbym utracić zaufanie jako stróż porządku, pod którego okiem dzieją się takie rzeczy.A przecież właśnie dzięki mojemu stanowisku, jak choćby w tym właśnie przypadku, stanowiłem tarczę ochronną dla moich towarzyszy: wiadomości o nastrojach i plotkach docierały do mnie zamiast bezpośrednio do Valamisa.Po zastanowieniu jednakże doszedłem do wniosku, że muszę choćby pozornie zareagować na działalność kolegów.Kto wie, czy Valamis nie ma bezpośrednich informatorów wśród moich ludzi.Wezwałem strażnika, który doniósł mi o krążących pogłoskach i poleciłem mu, aby on i paru innych, wmieszanych pomiędzy osadników, postarali się ustalić źródło tych nonsensownych informacji.Raz jeszcze wyjaśniłem chłopcom, że plotki o zawartości rzekomych podziemi budynku na wzgórzu są absurdalnymi wymysłami chorej imaginacji.- Po pierwsze - tłumaczyłem - jakim sposobem mała grupa ludzi mogłaby wybudować owe "obszerne podziemia", nie posiadając maszyn i materiałów.Po drugie - skąd ludzie spoza Komitetu mogliby wiedzieć o zawartości tych rzekomych podziemi? A po trzecie, wszak Komitet jest instytucją tymczasową.Gdy władza zostanie przekazana w ręce przedstawicieli wybranych przez osadników, przedstawiciele ci będą sami mogli przekonać się, co jest prawdą a co kłamstwem - a zatem utrzymywanie w tajemnicy istnienia jakichś tam magazynów czy budowli podziemnych nie miałoby sensu.Wreszcie - dodałem na koniec - jakiż cel mogłoby mieć pozbawianie ludzi tego, co im potrzebne do życia i dla nich przeznaczone? Przecież Komitet Tymczasowy - to ludzie spośród nas, tacy sami jak wy wszyscy i jak reszta osadników!Wydaje mi się, że trafiłem im do przekonania.Ochoczo ruszyli, by wykonać swe zadanie.Niestety, po paru dniach zameldowali kolejno, że nie mogą niczego wykryć - ilekroć bowiem któryś z nich zbliżał się do grupy rozmawiających z ożywieniem ludzi z osiedla, rozmowy natychmiast cichły albo przybierały zupełnie niewinny charakter.Bez trudu pojąłem, w czym rzecz.Następnego dnia każdy z owych strażników wyruszał do osiedla, mając przed swym dwucyfrowym numerem na czole domalowaną tym samym kolorem, lecz zmywalną farbą - dodatkową trzecią cyfrę.Metoda poskutkowała.Po dwóch dniach miałem już informacje o najbardziej aktywnych plotkarzach.Udałem się do nich kolejno, by w drodze indywidualnych, przyjacielskich rozmów przekonać ich, że głosząc swe rewelacje szkodzą nam wszystkim, a głównie samym sobie, gdyż wcześniej czy później ci z bunkra dobiorą się im do skóry.- Jeśli chcecie, abym was nadal osłaniał - powiedziałem każdemu z osobna - umożliwcie mi to i ułatwcie moją trudną rolę.Przyjmowali dość chłodno moje przyjacielskie rady i wydało mi się, że nie przekonałem ich do końca o potrzebie zachowania ostrożnej i rozważnej postawy wobec rzeczywistości.Jakże miałem ich przekonać o tym, co dla mnie stawało się oczywiste: że dziewięciu członków Komitetu Tymczasowego, mając do dyspozycji straż i sporą ilość broni, w pełni kontroluje kilkuset ludzi w osiedlu.Osiedle powstało jako pierwszy obiekt wzniesiony rękami osadników, pomiędzy naszymi metalowymi barakami i brzegiem jeziora.Przy pomocy pewnej ilości niezbędnych narzędzi wydanych ludziom w pierwszych dniach po ich witalizacji, zbudowali oni kilkaset dość solidnych szałasów i domków wyplatanych z gałęzi okolicznych drzew i krzewów.Jak na łagodny klimat w tym rejonie, wystarczało to w zupełności dla ochrony przed wiatrem i deszczem.Następnym zadaniem, jakie stanęło przed osadnikami, było przygotowanie terenów pod uprawy.Powstawał system kanałów i zbiorników, karczowano krzewy i usuwano niską, gęstą roślinność z terenów okalających osiedle.Ludzie pracowali z zapałem i pomimo wybuchających tu i ówdzie drobnych incydentów świadczących o pewnym niezadowoleniu niektórych osób, prace posuwały się naprzód.Żywność wydzielano dla wszystkich za odpowiednimi talonami, które każdy otrzymywał co tydzień.Jedynym problemem, który wynikał od czasu do czasu w ciągu pierwszych tygodni, była sprawa witalizacji kobiet.Żonaci osadnicy dopytywali się o swe małżonki, a Komitet Tymczasowy nie kwapił się jakoś z ich ożywieniem.Niecierpliwym wyjaśniano, ze zwłoka podyktowana jest wyłącznie troską o zapewnienie odpowiednich warunków dla rozwoju życia rodzinnego i wychowywania dzieci.Ostatecznie udało się przekonać większość żonatych, że dla obu stron lepiej będzie, gdy kobiety - po witalizacji - zastaną jako tako funkcjonujące osiedle, zamiast borykać się od samego początku z trudami pionierskiego życia.W rezultacie, takie postawienie sprawy podniosło wydajność pracy i podsyciło zapał osadników.Byłem trochę zdziwiony tym, że poprzestano na witalizacji tej pierwszej, kilkusetosobowej grupy, pozostawiając resztę w stanie anabiozy.Indagowałem w tej sprawie Valamisa, lecz nie wyjaśnił mi tego do końca.Mówił, że to jest naukowo opracowany plan rozwoju populacji.Zwiększenie liczby pracujących przyspieszyłoby wprawdzie postęp prac, lecz naruszyłoby w znaczniejszym stopniu zapasy żywności [ Pobierz całość w formacie PDF ]