[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W odpowiedzi uzyskała jedynie niezrozumiałe mruknięcie.- Czyżbyśmy mieli jakieś kłopoty? - usłyszeli znajomy męski głos.W drzwiach stał Atholl.Spojrzał na zgromadzonych w pokoju ludzi, przez chwilę zatrzymując wzrok na Terry.Szybko ocenił sytuację i podszedł do Jake’a.Delikatnie, ale stanowczo oderwał go od matki, nie zwracając uwagi na jego krzyki.- Chodź, stary.Wiem, że jesteś dzielnym chłopcem.Zaraz będzie po wszystkim.Poklepał malca po plecach uspakajającym gestem i, o dziwo, chłopiec przestał płakać.Zupełnie jakby Atholl był jego ojcem.Terry westchnęła, przypominając sobie, jak czuły był dla niej ojciec, kiedy była mała.Zawsze mogła na niego liczyć.- Teraz ja i doktor Terry zajmiemy się twoim palcem.Zobaczysz, że przestanie boleć.Jesteśmy magiczną drużyną.- Wyjął z kieszeni model samochodu i pokazał go Jake’owi.- Zobacz, kiedy puszczę go po podłodze, zapalą mu się przednie lampy.Chłopiec z zaciekawieniem przyjrzał się zabawce.- Chciałbyś go dostać?Jake w milczeniu skinął głową.- Dobrze.Pozwól doktor Terry, żeby obejrzała ci palec, a będzie twój.- Czy ktoś ma zapałki? - zapytała Terry.- Resztę narzędzi mam.Igła i pęseta.Wszyscy patrzyli, jak ujęła igłę pęsetą, wysterylizo-wała ją nad płomieniem zapałki i uklękła przed chłopcem, którego Atholl wziął na kolana.Usiedli obok okna i Atholl zaczął go zagadywać, wyciągając jednocześnie rękę chłopca w stronę Terry.- Widzisz tę wiewiórkę? Ukradła ptakom z karmnika kilka orzeszków.Terry przekłuła rozpaloną szpilką paznokieć Jake’a, robiąc dziurkę, przez którą wylana z naczynia krew mogła wydostać się na zewnątrz.- Ale jesteś zręczna! - zawołała z podziwem Bunty.- Mieliśmy szczęście, że pani Milnthorpe przywiozła go do nas tak szybko.Gdyby krew skrzepła, nic by z tego nie wyszło.Jake spojrzał na swój palec ze zmarszczonym czołem.- Wcale nie boli - oznajmił zdziwiony.- Powiedziałem ci, że ja i doktor Terry potrafimy razem zdziałać cuda.- Popatrzył na nią z psotnym uśmiechem, a ona pospiesznie odwróciła wzrok.Czyżby chciał, żeby wszyscy się o nich dowiedzieli?- Myślę, że dzielni chłopcy zasługują na szklankę mleka i czekoladowe ciasteczka.A potem do szkoły.Palec już nie boli.- Ja go odwiozę - oznajmiła pani Milnthorpe.- Będziesz miał o czym opowiadać kolegom, prawda?Jesteś teraz bohaterem!Jake wyszedł z pokoju, ściskając w ręce nowy samochodzik, a Sue z westchnieniem usiadła w fotelu.- Wielkie dzięki - powiedziała z niewymowną ulgą w głosie.- To dziecko zawsze pakuje się w tarapaty.A tak przy okazji, Atholl, masz podręczny sklepik z tymi samochodzikami?- Coś w tym stylu - odparł z uśmiechem.- Czy w czymś jeszcze moglibyśmy ci pomóc?- Mówiąc szczerze, tak.Byłoby miło, gdybyście w ten weekend opróżnili nieco gabinet, żebym mogła przenieść tam trochę moich rzeczy.Z trudem mieszczę się w gabinecie razem z pacjentem! Terry dotknęła dłonią czoła.- Wielkie nieba, Sue! Zupełnie o tym zapomniałam.Wczoraj byliśmy z chłopcami w terenie, jeden z nich zwichnął sobie bark, potem urodziło się dziecko Pete’a.- Wiem, wiem.Wyobrażam sobie, że miałaś ważniejsze sprawy niż myślenie o Sycamores!Sue nawet nie przypuszczała, ile prawdy było w jej słowach.Atholl uśmiechnął się znacząco, a ona czym prędzej odwróciła wzrok.Te dwuznaczne sytuacje wprawiały ją w zakłopotanie.- Zrobię to dziś wieczorem, obiecuję.- Może chcesz, żebym ci pomogła?- Nie, dam sobie radę.Po prostu wyrzucę wszystkie te stare papierzyska na śmietnik.Wuj Atholla najwyraźniej nie ma zwyczaju robić porządku w dokumentach.- Podeszła do drzwi.- Idę do pracy.Bunty, mogłabyś odebrać wyniki badań i wpisać mi je do komputera?Jako pierwsza została do niej tego dnia zapisana Janet Rathbone.Była to drobna cicha kobieta, stanowiąca dokładne przeciwieństwo męża.Pod jej okiem widniał duży siniak.Przypominała onaTerry zalęknionego ptaka z przechyloną na bok głową.- Ten siniak musi boleć - stwierdziła Terry, mierząc jej ciśnienie.- Uderzyłam się w szklane drzwi w jadalni - wyjaśniła pani Rathbone.- Byłam bardzo zamyślona.- Popatrzyła z sympatią na młodą lekarkę.- Mam nadzieję, że podoba się pani na Scuoli, doktor Younger.O ile wiem, przejęła pani praktykę po wuju doktora Brodiego?- Owszem.A teraz, jeśli pani pozwoli, zadam pani kilka pytań.- Bardzo proszę, ale chyba nie mam wiele do opowiedzenia.Jestem okazem zdrowia.W przeciwieństwie do mojego męża - dodała z błyskiem w oczach.- To doskonale.Jak rozumiem, chodzi pani na rutynowe kontrole do stomatologa i okulisty?Pani Rathbone zawahała się.- Na pewno to zrobię - zapewniła pospiesznie.- I tak miałam zamiar pójść do okulisty.Terry usłyszała w głowie dzwonek alarmowy.Wyjęła z szuflady tablicę z literami i ustawiła ją w odpowiedniej odległości.- Może pani przeczytać, co tu jest napisane?Po chwili ciszy pani Rathbone zaczęła z trudem odczytywać pierwszy rząd liter, po czym przerwała.- Przepraszam, ale te litery są jakieś zamazane.- Nosi pani okulary do dali?- Nie.Nigdy nie miałam kłopotu ze wzrokiem.- A do czytania?- Och, nigdy nie potrzebowałam okularów.Terry wyjęła z szuflady egzemplarz tygodnika„Scuola” i pokazała pani Rathbone dużą fotografię na tytułowej stronie.- Widziała to pani? - spytała.- Poznaje pani kogoś na tej fotografii?Pani Rathbone zmrużyła oczy.- To niezbyt ostra fotografia.Ten mężczyzna trochę przypomina doktora Atholla.Czy to on?Terry uśmiechnęła się do kobiety, teraz już całkowicie pewna przyczyny kłopotów swej pacjentki.- To na pewno nic groźnego, ale potrzebuje pani okularów.Pani wzrok pogorszył się od czasu ostatniego badania.To normalne zjawisko związane z wiekiem.- Mówiąc szczerze, nigdy nie byłam na badaniu okulistycznym, chociaż ostatnio zaczęłam się zastanawiać, dlaczego gorzej widzę - przyznała Janet.- Ja prawie nic nie czytam, głównie z braku czasu.Nie chodzę na te wszystkie przeglądy zdrowia i nie robię żadnych badań [ Pobierz całość w formacie PDF ]