[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przypuszczam, że Joscelin do tej chwili nie wiedział, czym jest prawdziwy szał bojowy.Walczył jak osaczone zwierzę, rycząc z wściekłości.Przez pewien czas widziałam tylko stłoczone konie i wymachujące ręce.Udało mu się wyrwać włócznię jednemu ze Skaldów i trzymał wszystkich w szachu, dźgając i grożąc; gdyby był lepiej obeznany z tą bronią.Nie wiem.Nie stać mnie na zgadywanie.– Wygląda jak dziewczyna, ale walczy jak mężczyzna – skomentował Gunter, z zainteresowaniem przypatrując się tym zmaganiom.– Jak dwóch mężczyzn!– Szkolił się od dzieciństwa – powiedziałam do jego ucha.– D’Angelinowie go zdradzili.człowiek, którego nazywasz Kilberhaarem.Uczyń go swoim przyjacielem, a może będzie walczyć dla ciebie, a nie przeciwko tobie.To było ryzyko.Gunter popatrzył na mnie z zastanowieniem.– Kilberhaar jest naszym sprzymierzeńcem.Płaci nam złotem za najeżdżanie waszych wiosek.Zadygotałam w środku jak trafiona nożem, ale postarałam się, żeby szok nie odmalował się na mojej twarzy.– Zdrajca łatwo przemienia się ze sprzymierzeńca we wroga – powiedziałam poważnie, w duchu błogosławiąc godziny, jakie spędziłam na tłumaczeniu skaldyjskiej poezji.Gunter Arnlaugson nie odpowiedział, a ja milczałam, dając mu czas na przemyślenie moich słów.Czterech ludzi zsiadło z koni; wreszcie udało im się zbić z nóg szalejącego Joscelina, wyrwać mu włócznię i unieruchomić go na śniegu.– Co mamy z nim zrobić?! – zawołał jeden z nich.Gunter zastanawiał się przez chwilę.– Zwiąż mu ręce i niech biegnie za twoim koniem, Wili! Wilcze szczenię straci ochotę do pokazywania zębów zanim dotrzemy do osady.Ruszyliśmy pod baldachimem błękitnego nieba.Siedziałam niezdarnie za Gunterem, ciesząc się, że jego szerokie plecy osłaniają mnie przed wiatrem, i starając się nie oglądać na Joscelina.Jeden ze Skaldów trzymał długi sznur, przywiązany do pęt na jego rękach, i zmuszał go do biegu za koniem.Kasjelita czasami się przewracał, a wówczas koń wlókł go za sobą, dopóki jeździec nie zatrzymał się i nie pozwolił mu wstać.Poczerwieniał z zimna i oddychał urywanie, ale z tą samą dziką nienawiścią patrzył na wszystko i wszystkich dokoła.Łącznie ze mną.Nienawidź mnie, kasjelito, pomyślałam, i żyj.Zbliżała się noc, długie i czarne cienie kładły się przed nami na głębokim śniegu, kiedy dotarliśmy do osady.Gunter zaczął śpiewać potężnym głosem o tym, jak przechytrzył Kilberhaara i pojmał d’Angelińskiego księcia-wojownika z małżonką; była to ładna pieśń i nie zadałam sobie trudu, żeby wyprowadzić go z błędu.Byłam przemarznięta do szpiku kości i ledwie mogłam myśleć.Osadę tworzyło kilka przytulnych chat i wielki dwór.Jego drzwi otworzyły się na całą szerokość, kiedy podjechaliśmy.Ze środka wypadła gromada mężczyzn i kobiet, wiwatujących na cześć wojowników.Rozpromieniony Gunter zeskoczył z konia, światło z sali zamigotało na jego opasce z brązu.Zsadził mnie z wierzchowca i popchnął w stronę grupy Skaldów.– Patrzcie na moją nową nałożnicę! – ryknął.– Czyż nie jest ładniutka?Otoczyły mnie rumiane twarze o grubo ciosanych rysach, wyciągnięte ręce trącały mnie i obmacywały.Wyrwałam się z kręgu, szukając Joscelina.Zadyszany, osunął się na kolana za skaldyjskim koniem.Skrajne zmęczenie w końcu zmusiło go do posłuszeństwa, ale skłamał ten, kto powiedział, że Bractwo Kasjelitów słynie z pokory.Splątane, oszronione włosy spadły mu na oczy, lecz nic nie mogło skryć wściekłości, z jaką na mnie spojrzał.– Joscelinie.– szepnęłam, ujmując w dłonie jego zimną twarz.Wyszarpnął głowę i splunął na mnie.Poczułam czyjeś ręce na ramionach.Gunter odciągnął mnie od niego i zawołał:– Patrzcie tylko! Istne wilcze szczenię! Niech więc sypia z psami.Nie brakowało chętnych, żeby zająć się kasjelitą.Ze śmiechem i krzykiem grupa młodych ludzi powlokła go dokądś, zapewne do psiarni.Gunter obrócił mnie za ramiona i popchnął w stronę ciepła wielkiej sali.– Wstyd, Gunterze Arnlaugsonie! – zawołała kobieta, na którą wpadłam niechcący, potknąwszy się o próg.Była młoda i dość ładna wedle skaldyjskich standardów, z włosami koloru słońca i bystrymi niebieskimi oczami.W tej chwili trzymała się pod boki, a oczy miała zmrużone.– Biedactwo jest ledwo żywe z zimna i ze strachu, a tobie łóżko w głowie! Nie dziwota, że dotąd nie znalazłeś kobiety, która chciałaby grzać je z własnej woli.Salwa śmiechu odbiła się od powały.Mój hardy skaldyjski pan zapomniał języka w gębie.Spuścił wzrok, przestąpił z nogi na nogę i w końcu znalazł odpowiedź [ Pobierz całość w formacie PDF ]