[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Musicie podróżować lądem.Rządy Angry Mainju dobiegły końca, a jego dawni słudzy odpowiedzą przed ludem Drudżanu.Jeśli dasz mi słowo, że w Akadzie przemówisz za pokojem, rozkażę, by przepuszczono was bez przeszkód.– Jesteś władny to zrobić?Światło lampy przydawało jego rysom surowego dostojeństwa.– Z łaski Ahury Mazdy, tak.– Ahury Mazdy – mój głos stwardniał.– Magu, nigdy świadomie nie bluźniłam przeciwko bogom żadnego kraju i nie lekceważę twojej długiej niedoli.Ale tej nocy.tej nocy swoją władzę zawdzięczasz łasce Błogojonego Elui i bogom Terre d’Ange, współczuciu Nammy, okrutnej sprawiedliwości Kusziela i nade wszystko wierności Kasjela.Joscelin drgnął na te słowa.Najwyższy mag stał nieporuszony.– Możliwe, dziecko Elui – przyznał, a w jego tonie pobrzmiewało dawne echo głosu aka–maga Gasztahama.– Możliwe.Ale z woli twoich bogów został uwolniony Pan Światła, a ty jesteś daleko od Terre d’Ange.posłuchaj mojej rady i odejdź.Decyzja była zbyt poważna, żebym mogła podjąć ją sama.Byłam wdzięczna, że żyję, ale też zmęczona do nieprzytomności, wyczerpana na ciele i duchu.Dotychczas nie wiedziałam, że można zaznać takiego znużenia i żyć.Bogowie Terre d’Ange są może litościwi, ale bezwzględne wykorzystują swoich wybrańców.Głowa bolała mnie od płaczu nad zmarłymi, a musiałam jeszcze podliczyć koszty dla żywych.Ach, Eluo! Ja i Joscelin poniesiemy największe.Moje zadanie było dalekie od ukończenia.Miałam dług wobec zenany – i wiązała mnie obietnica.Był Imriel.Zaufał mi.Musiałam zrobić wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo.Dalej nie wybiegałam myślą.Odwróciłam się od starca, wsparłam czoło na ramie okna i patrzyłam na ciemną równinę usianą ogniami, mrugającymi jak dalekie gwiazdy.– Joscelinie – szepnęłam – co mamy zrobić?Stanął za mną.– Ukochana.– Pieszczota w jego rwącym się głosie przywiodła mi łzy do oczu.– Chyba nie mamy wyboru.Kapłan ma rację.Czy rozkażesz zabić jeńców, jeśli się zbuntują przeciwko nam? I sługi? – Pokręcił głową.–Ja nie mógłbym tego zrobić.Ty też nie.A inni, gdyby to uczynili.Po co byłoby ich wyzwalać, gdyby mieli się stać tacy sami, jaki ci, którymi pogardzali? Na dobre czy na złe, Błogosławiony Elua uwolnił Ahurę Mazdę.Jego wola nas tutaj przywiodła.Myślę, że tylko w niej możemy pokładać nadzieję i modlić się, żeby nas stąd wyprowadziła.Próbowałam wymyślić jakiś inny sposób.Nie potrafiłam.– Potrzebuję pomocy – powiedziałam, odwracając się do maga Arszaki – Każdej, jakiej możecie udzielić.Potrzebne będą konie, wierzchowce dla wszystkich, którzy zdołają utrzymać się w siodle, i wozy dla pozostałych.Do tego zbroje i broń dla ludzi zdolnych do jej noszenia, a także ekwipunek, bandaże, leki, namioty, koce i tyle prowiantu, żeby wystarczyło co najmniej do granicy.Do tego karawana mułów, poganiacze i tragarze.Ma nam towarzyszyć czterech magów, których uznasz za dość silnych, by wytrwali w podróży.Jeśli masz talizmany albo znaki świadczące o ochronie Ahury Mazdy, też chcę je dostać.Po każdym zdaniu kiwał głową, a kiedy skończyłam, powiedział:– Tak będzie.Dostaniecie to wszystko.– Lepiej, żeby tak było.– Podeszłam do sędziwego maga, który cofnął się spiesznie, żeby nie skalała go moja bliskość.Po jego oczach poznałam, że wciąż jestem Dziwką Śmierci, faworytą Mahrkagira.– Magu, przysięgam, jeśli nas oszukasz, to módl się do Elui o zmiłowanie dla swoje duszy.– Nie kłamię – odparł Arszaka chłodno.– Nigdy.Tak oto nasz los został przesądzony.PIĘĆDZIESIĄT OSIEMWyruszyliśmy przed zachodem słońca.Było za mało czasu, żeby odpowiednio przygotować się do takiej trudnej podróży, ale obecność niebezpieczeństwa mrowiła nas po skórze i wszyscy pragnęliśmy wyrwać się z cienia Daršangi.Najwyższy mag Arszaka dotrzymał słowa.Ogołocono spichrze i stajnie, żeby dostarczyć nam wszystko, o co prosiłam.Kiedy otworzono drzwi pałacu, przygotowaliśmy się na walkę, a nawet na śmierć, ale strażnicy z zewnętrznego garnizonu pozdrowili magów jak bohaterów.Uznałabym to za gorzką ironię, gdybym o to dbała.Nie dbałam.Chciałam tylko bezpiecznie wydostać nas wszystkich z Drudżanu.W drogę ruszyła większość mieszkańców zenany; zostały tylko Tatarki, żeby dołączyć do współplemieńców, którzy szykowali się do spiesznego wyjazdu, bo już nie cieszyli się łaskami w Drudżanie.Byłam zdumiona, że kobiety chciały wrócić do tych, którzy dali je Mahrkagirowi.Ale nie dziwiłam się zbyt mocno.Wola, która nas zjednoczyła, zaczęła słabnąc, a zew krwi – i domu – bywa silny.Pozostałe kobiety miały jechać z nami do Khabbel–im–Akad, gdzie zamierzałam powołać się na więzi z rodem L’Envers i d’Angelińskim tronem.Chciałam nakłonić Walerię L’Envcrs i jej męża, by dopilnowali, żeby każda z byłych niewolnic Mahrkagira wróciła do swojej ojczyzny.O ile dotrzemy do Akadu.Polegli mieli zostać pochowani w Drudżanie – z honorami.Obiecał to najwyższy mag Arszaka.Musiałam uwierzyć mu na słowo.Przysiągł stać na straży prawdy i piętnować mroczne kłamstwo.Zapewne to robił, więc niesłusznie gardzę nim i innymi kapłanami, bo wiele wycierpieli.Ale jestem tylko człowiekiem i nie mogę zapomnieć odrazy na twarzy maga, gdy się do niego zbliżyłam.Nigdy, jak przypuszczam, żadne przedsięwzięcie nie było równie chaotyczne.Samo wyjaśnienie planów w mieszaninie języków, z przeważającym zenańskim żargonem, zajęło cały ranek.Przygotowanie wozów zabrało resztę przedpołudnia, a przeniesienie rannych trwało prawie do wieczora.Nadzorowałam tę część planu, przez cały czas starając się nie spuszczać oka z Imriela.Trzy razy chodził sprawdzić, czy Tatar Jagun naprawdę nie żyje – choć nie było co do tego najmniejszych wątpliwości – i raz się wymknął na poszukiwanie kasjelickiego sztyletu, którym Joscelin zabił aka–maga.Jedna z kobiet pochwyciła go w czasie dzikiego biegu do sali biesiadnej.Znalazł go, tkwiący po rękojeść w klatce piersiowej drudżańskiego żołnierza.– Kazałeś mu to zrobić? – zapytałam Joscelina, zmęczona i przygnębiona.Pokręcił głową.– Wspomniałem o tym tylko.Mój błąd.Fedro, jesteś pewna, że dasz radę jechać konno? Jesteś biała jak płótno.W trzecim wozie jest wolne miejsce.– Dam sobie radę.Joscelin uniósł brwi.– Fedro – rzekł łagodnie – słyszałem.opowieści.Odwróciłam wzrok.– Tak.To nie ma znaczenia.Chcę.chcę odjechać tak, jak przyjechałam.Nie.– Patrzyłam, jak dwóch drudżańskich służących ostrożnie niesie na noszach młodą Hellenkę.– Nie w ten sposób.Nie jak ofiara.– Dobrze.– Uśmiechnął się cierpko, gdy na niego spojrzałam, i poruszył ręką na temblaku.– Pamiętaj, jeśli osłabniesz i zaczniesz zsuwać się z siodła, nie zdołam cię podtrzymać.– Nie spadnę.– Słowa uwięzły mi w gardle; nie pamiętałam, kiedy ostatni raz się uśmiechał, wyjąwszy walkę.– Obiecuję.Joscelinie.– Przycisnęłam palce do bolących skroni, na siłę powstrzymując łzy.– Imri pojedzie na wozie.– Nie będzie zachwycony.– Zapewne.Ale to dla niego najlepsze miejsce.Widziałeś, co Jagun zrobił mu w sali [ Pobierz całość w formacie PDF ]