[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Oszołomiony wyprostowałem się i wstałem.Spojrzałem na prawnika, tkwiącego w konopnym kokonie.Jego głowa opadła na bok, zmętniałe oczy patrzyły w pustkę.Z kącika ust wypłynęła na kołnierzyk koszuli strużka śliny.Myślałem, że nie żyje, ale po kilku chwilach uświadomiłem sobie, że jego język porusza się w ustach.Próbował coś powiedzieć.Nachyliłem się, przykładając ucho do jego warg.Przez chwilę słuchałem.Niewyraźnego, ale usłyszałem słaby dźwięk, wznoszący się i opadający, jak na wpół usłyszane głosy pomiędzy stacjami radiowymi, których nie daje się wyraźniej dostroić.- Przepędziłeś ducha intruza - powiedział stojący u mego boku Moloch.- Owszem.- Od mówienia zabolało mnie gardło.- I spójrz, ktoś jeszcze jest w domu.- Pierwotny właściciel ciała - potwierdził Moloch.- Wydaje się.zdezorientowany.- Raczej bliski katatonii - wymamrotałem, odwracając wzrok.- Złapałeś uciekającego Todda?- To jest Todd.Dusza, która teraz ożywia to mięso.To, co uciekło, nie jest Toddem, lecz kimś innym, żyjącym w tym ciele i posługującym się nazwiskiem.Ale nie, nie pożarłem go.Nie pozwoliłeś mi.Zostawiłem go w spokoju.Kiwnąłem głową.Musiałem usiąść - po występie czułem się pusty, jak wypestkowany owoc.Gdzieś w głowie przebudził się tępy ból.Potykając się, ruszyłem do pustego krzesła i usiadłem ciężko.Oddychałem szybko, chrapliwie, jakbym właśnie przepłynął kanał La Manche, a panika przygniatała mój umysł niemal fizycznym brzemieniem.Stwór, który kiedyś był Toddem, spojrzał gdzieś w dal, oczami widzącymi jedynie pustkę.- Co on powiedział? - spytałem demona.- Pod koniec coś krzyczał, ale nie mogłem przerwać, żeby posłuchać, bo zgubiłbym melodię.Stracił jej poczucie.Moloch streścił, z chłodną precyzją odwracając się od powłoki Maynarda Todda, jakby już go nie interesowała.- Powiedział, że używają popiołu z własnych kremacji jako nośnika fizycznego, umożliwiającego opętanie nowych ciał nosicieli.Nosicielowi podstępem bądź siłą podaje się popioły.Następnie wszystkie dusze uczestniczące w tym.spisku.wdzierają się jednocześnie w głąb nowego nosiciela, obezwładniając jego duszę tak, by jeden z nich mógł opętać ciało.- Tyle sam dosłyszałem - odparłem.- Zdawało mi się, że mówił coś jeszcze.- Powiedział, że z tobą także próbowali to zrobić, kiedy poszedłeś do Mount Grace żeby spalić Johna Gittingsa.Todd poczęstował cię brandy z piersiówki.W płynie rozpuszczono popioły.Ale sukub zjawił się, nim mogli dokończyć proces, i musieli go przerwać.Przypomniałem sobie nagłą, straszliwą słabość, która ogarnęła mnie w chwili, gdy trumna Johna potoczyła się w stronę pieca.Zupełnie nie w moim stylu i teraz zrozumiałem dlaczego.Bo to nie byłem ja.- Mówił także, że ów proces - opętanie - jest tylko tymczasowy.Dusza opętanego próbuje odzyskać panowanie - próbuje uwolnić się spod ich kontroli.Z czasem staje się coraz silniejsza, choćby nie wiem jak próbowali ją zdominować.Muszą spotykać się w Mount Grace raz w miesiącu, żeby powtórzyć rytuał, z braku lepszego słowa, i odnowić panowanie.Robią to w czasie nowiu i nazywają.- Inskrypcją.- Tak.- Spojrzał na mnie z wygłodniałym napięciem.- Castor, w końcu, w desperacji, kiedy próbował cię przekonać, byś go oszczędził, odpowiedział na twoje pytania.Lecz tak czy inaczej, wystarczy tylko wyjrzeć za okno.Dzisiaj mamy nów.- Wiem.- Mamy ich.Możemy zgarnąć wszystkich.Pokiwałem głową.- Tak.Może złowieszcze przeczucie, które mnie ogarnęło, to tylko paranoja.Przeprowadziłem właśnie pełne egzorcyzmy - czy też coś bardzo bliskiego.Duch, który uciekł z tego pomieszczenia, powinien albo zniknąć w eterze, albo runąć wprost do piekła.Tak podpowiadało doświadczenie.Ale jaki byłby najgorszy scenariusz? Że twarda, stara dusza została przegnana, ale miała dość sił, by oprzeć się unicestwieniu.Że wiedziała, dokąd zmierza, i wystarczyło jej mocy, by tam dotrzeć.Jasne, duch tkwiący w ciele Johna Gittingsa musiał zostać dostarczony do Mount Grace i tam spalony - ale też domu Johna strzegło więcej amuletów i zaklęć niż Pentonville murów.W zamierzeniu miały nie dopuścić umarłych do środka, ale działały w obie strony: dlatego właśnie oszalały, zdesperowany duch zgeistował.Lecz tu, w biurze Todda - zauważyłem to podczas pierwszej wizyty - nie było niczego, co powstrzymywałoby złośliwych nieboszczyków.Urządziłem zatem próbę przed wielkim przedstawieniem i dobrze, ale całkiem możliwe, że tym samym uprzedziłem drani o swojej wizycie.Będą mieli mnóstwo czasu, by zgotować mi paskudne powitanie.- Musimy już iść - oznajmiłem.Moloch przyjrzał mi się z bezlitosną kalkulacją.- Myślisz, że dasz radę utrzymać się na nogach?- Tak - przemówiłem z mgły wyczerpania i bólu.- Muszę tylko złapać wiatr w żagle.- Nie możemy wejść tam teraz - przypomniał tym samym, zimnym tonem.- Potrzebujemy pani.Niechętnie podniosłem się z miejsca.- Wiem - wymamrotałem.- Dasz radę ją znaleźć?Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem.Istniało jeszcze jedno miejsce warte sprawdzenia, ale wiedziałem z całą pewnością, że nie będę tam mile widziany.Podreptałem na dół schodami.Nie słyszałem kroków Molocha, lecz mrowienie na karku świadczyło, że idzie za mną.Noc wznosiła się przed nami niczym olbrzymia góra.Tylko idioci wdrapują się na nie w ciemności.23Nie spodziewałem się tak szybko wrócić do Royal Oak, a Susan Book także mnie nie oczekiwała.Podczas czterech czy pięciu sekund, które minęły od dźwięków Jerusalem do otwarcia drzwi, zebrałem się w sobie, oczekując burzy.Susan jednak nie była w nastroju, by mnie nią powitać [ Pobierz całość w formacie PDF ]