[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Skupiłem się na oczach nieboszczyka, wbijając kciuki w oczodoły i naciskając z tak wielką siłą, na jaką zdołałem się zdobyć.Zombie sturlał się ze mnie z bulgotliwym przekleństwem, jedną rękę uniósł do twarzy, drugą macał na oślep po deskach.Odtoczyłem się w przeciwną stronę, próbując podciągnąć pod siebie kolana.I to był błąd, bo nieboszczyk wcale nie macał na oślep, tylko sięgał po młotek.Zamachnął się nim i trafił mnie w trzecie żebro.Wrzasnąłem w męce, jeszcze bardziej uszkadzając i tak już obolałe gardło.Truposz zarobił drugi punkt, tłukąc mnie w brodę tępym końcem młotka, gdy unosił go do kolejnego ciosu.Zgiąłem się wpół, kopiąc naprzód obiema nogami, bo tylko to mi pozostało.Poszczęściło mi się i prawa stopa trafiła w rękę tamtego w chwili, gdy opuszczał młotek.Narzędzie, wirując, wyleciało mu z dłoni, odbiło się od siatki ochronnej i wylądowało dziesięć metrów od nas.Na nic więcej jednak nie wystarczyło mi sił.Opadłem z powrotem na deski, przed oczami wirowała mi czarna, ziarnista ciemność.Mam wrażenie, że na moment faktycznie straciłem przytomność.Następną rzeczą, jaką wyczułem, był ruch - ruch mego własnego ciała.Ktoś mnie podnosił, obejmując silnymi rękami moją pierś.Nie potrafię opisać towarzyszącego temu bólu, ponieważ naciskał wprost na żebro uszkodzone przez młotek.- Już dobrze - usłyszałem czyjś głos.Należał do kobiety; był miękki, niski i bardzo łagodny, kontrastujący ostro z rękami ściskającymi mnie w pasie.- Już w porządku, Fix.Wcale nie było w porządku.W głowie wciąż mi się kręciło, w przełyku wzbierała żółć.Z przerażeniem myślałem, co się stanie, jeśli zwymiotuję: mimowolne skurcze mięśniowe udręczonego gardła wystarczą, żebym odbił się od trampoliny bólu, wykonując mordercze potrójne salto.Próbowałem uwolnić się od uścisku mojej wybawicielki, ale nie pozwoliła na to.Gdy opadłem bez sił, znów mnie uniosła, czy mi się to podobało, czy nie.Byłem za blisko poręczy i nie mogłem utrzymać równowagi.Wciąż się podnosiłem, dobra samarytanka napierała na mnie od tyłu, przyciskając do poręczy.- Hej.- wykrztusiłem.Poprawiła uchwyt, jedną dłoń zaciskając na moim karku i popychając naprzód przez dziurę w antysamobójczej siatce.Potem drugą złapała mnie za nogę i oderwała stopy od podłoża.- Nie mogę ci na to pozwolić.- Jej napięty głos łamał się lekko.- Niech mi Bóg wybaczy, ale nie mogę.Przykro mi.Tak bardzo mi przykro.Z dali dobiegł mnie odległy dźwięk syreny pociągu, tory w dole zagrzechotały złowieszczo.Na moment pojaśniało mi w oczach, akurat w najgorszej możliwej chwili.Patrzyłem z góry na tory i choć wszystkie barwy były lekko przesunięte w stronę czerwieni, wiedziałem dokładnie, co to oznacza.Zaraz zderzę się z tymi szynami ze skromnym, lecz skutecznym przyśpieszeniem 9,8 metra na sekundę - głową w dół.A potem przejedzie po mnie pociąg.Złapałem się kurczowo stalowego łuku i szarpnąłem w ramionach kobiety, odchylając się w tył, by pozbawić ją oparcia.Dzięki temu moja głowa obróciła się tak, że spojrzałem jej prosto w twarz.Jemu.Widziałem przed sobą tę samą bladą twarz, ze stalowym kolczykiem przebijającym prawą brew.Mimo niewątpliwie damskiego głosu, to był nieboszczyk.Dwoje napastników okazało się jedną i tą samą osobą.Nagły szok pozbawił mnie siły.Zombie raz jeszcze pchnął mocno i poleciałem ku torom.W tej samej sekundzie w dole przemknął pociąg towarowy.Odbiłem się od dachu pierwszego wagonu, obróciłem w powietrzu jak matador, który wybrał sobie złego byka, i wylądowałem, koziołkując, w sięgających szyi zaroślach jeżyn i kolcolistów obok torów.Siła uderzenia pozbawiła mnie tchu i resztek przytomności.***Powróciłem do świata żywych powoli i etapami.Z miejsca, w którym leżałem, kładka przecinała moje pole widzenia niczym heraldyczna wstęga.Nie dostrzegłem na niej nikogo, co przyjąłem z lekką ulgą.Powoli i ostrożnie spróbowałem wykonać skomplikowany proces siadania, a potem wstawania.Bardzo bolało, lecz w pewnym sensie miało to też w sobie abstrakcyjną fascynację podobną do rozwiązywania krzyżówki - znalezienie stawów, które wciąż działały i mięśni zdolnych do jakiejkolwiek pracy.I skoordynowanie ich ruchów tak, bym przesuwał się w stronę, w którą chciałem.Sam ruch okazał się jeszcze większym wyzwaniem, bo głowę wypełniał mi trzeszczący szum, a oczy wciąż odmawiały skupienia czy nawet połączenia wysiłków i spojrzenia jednocześnie w tę samą stronę.Wstrząs mózgu? Nie byłoby dobrze.Posuwając się cal za calem wzdłuż poręczy, dotarłem do ogrodzenia i - po kilku falstartach - przewlokłem się nad nim w wąską alejkę wiodącą na ulicę.W mojej głowie pojawiła się mętna myśl o tym, że mógłbym zastukać do pierwszych drzwi i poprosić o wezwanie karetki.Ale przechodząca obok kobieta z rozjazgotanym pieskiem zaczęła krzyczeć na mój widok i powoli wokół zgromadził się niewielki tłum.Ktoś pomógł mi usiąść na krawężniku i z trudem balansowałem na krawędzi świadomości, podczas gdy ktoś inny zadzwonił na pogotowie.- Love Walk.Love Walk w Peckham.Tak, chyba go napadnięto.Twarz ma całą zakrwawioną i.Co takiego? Większe szczęście niż mógłby przypuszczać? Prawdopodobnie, bo kiedy znów się ocknąłem pod sardonicznie mrugającą jarzeniówką w korytarzu wielkiej izby przyjęć (ponurym zrządzeniem losu w szpitalu Royal London), unosząc się na fali przyjemnego odrętwienia towarzyszącego zażyciu tramodolu, usłyszałem dobre wieści: większość moich narządów wewnętrznych nie ucierpiała i działała jak należy.Dwa złamane żebra to tylko drobna niedogodność - czy raczej byłaby drobna, gdyby nie fakt, że jedno z nich przebiło lewą opłucną.Niemal nie warto wspominać o złamanym małym palcu prawej dłoni i nie miałem nawet złamanego nosa, choć spuchł spektakularnie, podobnie jak posiniałe ciało wokół oczu.Młody australijski lekarz postanowił zatrzymać mnie w szpitalu na tomografię i kolejne badania klatki piersiowej, sprawdzające, czy cios nie uszkodził samego płuca.Natomiast do kwestii wstrząsu mózgu podszedł z dużym optymizmem, bo umiałem samodzielnie policzyć do pięciu i znalem nazwisko premiera.Zatem, zważywszy na wszystkie okoliczności, w gruncie rzeczy mi się udało.Napastnik pochodził z osiedla Salisbury: nie miał nic wspólnego z Rafim, więc nasz sekret wciąż był bezpieczny.Nie zostałem zabity ani nawet trwale okaleczony.I wiedziałem o nieboszczyku coś, co być może kiedyś mi się przyda.Uznałem jednak, że co za dużo, to niezdrowo.Czas posłuchać rady Juliet i zacząć rzucać się do gardeł.12- Dobrze cię karmią? - spytał Nicky, z wahaniem pociągając nosem nad plastikowym dzbankiem napoju pomarańczowego - słowa „pomarańczowy” używam do opisania koloru, nie smaku - stojącego na stoliku przy łóżku.Wyraźnie zachwycił go mniej niż bukiet wina.Odstawił dzbanek i odepchnął jak najdalej od siebie.- Dobrze sobie radzisz z sylogizmami? - odparowałem.- Sokrates to mój ziom.- W takim razie sam się domyśl.Wszyscy w szpitalu jedzą szpitalne jedzenie.Wszyscy w szpitalu są chorzy.Wnioski?- Jasne [ Pobierz całość w formacie PDF ]