[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dziwne, że fundusz powierniczy nie pozbył się udziałów, skoro ich portfel składał się w głównej mierze z azjatyckich tygrysów i zachodnioafrykańskiego złota.Krematorium nie przynosiło żadnych zysków.- Todd wyjaśnił mi, że pan Palance je zatrzymał, bo to zabytek - wtrąciłem.Covington parsknął.- Poważnie? Lionel nigdy nie interesował się podobnymi sprawami.W dodatku tam właśnie się spotykają - to znaczy zarząd, administratorzy funduszu powierniczego - raz w miesiącu, co oznacza, że to miejsce musi stanowić ważny ośrodek.Naiwnie jednak zakładałem, że wiąże się to z narkotykami albo nielicencjonowanym hazardem - że w ten sposób zarząd szykuje sobie wygodne gniazdko na emeryturę.I niespecjalnie ciążyło mi to na sumieniu.Zawsze uważałem, że jeśli umiejętnie rozegrać własne karty, to, czego staramy się nie wiedzieć, nam nie zaszkodzi.- A potem?- A potem zjawił się John Gittings i opowiedział mi część tego, co odkrył w związku z tym miejscem.To było w styczniu.A ja pomyślałem o pewnych rzeczach, które słyszałem na posiedzeniach zarządu albo czytałem w starych aktach.I wszystko ułożyło się w jedną całość.Uświadomiłem sobie, że pod znaną mi organizacją kryje się kolejna, znacznie starsza, całkowicie niewidzialna, realizująca własne cele.- Zmarszczył brwi i się odwrócił.- Powiedziałem, że wszystko zaskoczyło - mruknął.- Ale nie stało się to od razu i natychmiast.Tak naprawdę trwało kilka tygodni.A wcześniej powiedziałem Gittingsowi, że oszalał, i wyrzuciłem go stąd.Potem zacząłem się zastanawiać i zrozumiałem, że wszystko, co wcześniej ignorowałem - wszystko sprowadza się do tego.Biznes reinkarnacyjny działający w Mount Grace.Biznes, którym nie kierują członkowie zarządu, ale ludzie, których popioły tam przechowują.W takim ujęciu to brzmi wariacko, ale taka jest prawda.- I co pan zrobił? - spytałem.Spojrzał na mnie, jakbym zaczął udawać kaczkę śpiewającą hymn państwowy.- Nic nie zrobiłem - odparł z przesadnym niedowierzaniem.- I wciąż nic nie robię.Zadzwoniłem do Gittingsa, żeby go ostrzec, ale już wówczas nie żył.Jeśli potrzebowałem dowodu na to, w jakim gównie mogłem się znaleźć, to go miałem: ci ludzie mogą zabić każdego, sprawiając, że wygląda to - nawet nie jak wypadek, ale jak coś, co zrobiło się samemu.Trzymałem zatem gębę na kłódkę.- Westchnął.- I pilnowałem, by od tej chwili nigdy nie wchodzić do krematorium.Jak pan widział, byłem w pobliżu.Otwierałem drzwi i zamykałem.Ale nie przekroczyłem jego progu i nie zamierzam.Jeśli to brzmi irracjonalnie, to musi mi pan wybaczyć.Długą chwilę milczałem.Myślałem o Dougu Hunterze i o tym, jak podczas naszego spotkania opowiadał o skręconej kostce.To tak go dopadli.Skręcił nogę w kostce, a ponieważ na budowie nie było apteczki, poszedł do „kościoła obok”.A kiedy z niego wyszedł, na plecach dźwigał bestię, która okazała się Myriam Kale.Na Ropery Street zauważyłem budowę.Jak mogłem nie skojarzyć?Nie.Środki ostrożności stosowane przez Covingtona brzmiały irracjonalnie.Wciąż przecież podejmował zbędne ryzyko, podchodząc do drzwi tego przeklętego budynku.Covington spojrzał na zegarek.- Proszę posłuchać.Muszę iść sprawdzić, co u Lionela.Do tej pory Kim już go umyła i pewnie właśnie kładzie.Mamy stałe zwyczaje, których przestrzegamy.Będzie mu się spało lepiej, jeśli go odwiedzę.Jeśli pan chce, może pan zaczekać.- A mógłbym pójść z panem? - spytałem, kierując się nagłym impulsem.Zapadła długa, lodowata cisza.- Od ponad dziesięciu lat Lionel nie ma nic wspólnego z Mount Grace - oznajmił Covington.- Niczego panu nie powie.- Być może zdołam cos odkryć bez konieczności rozmowy z nim - odparowałem.Covington nie wyglądał na przekonanego.- Jest bardzo słaby.I potrzebuje snu.Nie chcę, by jeszcze bardziej się ekscytował.- Nie zadam mu żadnych pytań - obiecałem.- Ani nawet nie wspomnę o tym wszystkim, dopóki z nim będziemy.Wzruszył ramionami.- No dobrze.Skoro pan nalega.Pięć minut.Potem musimy wyjść i pozwolić Kim go położyć.Kiedy klepnę pana w ramię, wyjdziemy, nawet jeśli nie będzie pan gotów.- Jasne - zgodziłem się.Pokonaliśmy kolejne kilometry ośmiopasmowego korytarza, wspięliśmy się po schodach, innych niż te, które widziałem z holu, i znaleźliśmy się w sypialni wyglądającej bardziej na oddział szpitalny.Sprawiało to przede wszystkim łóżko, sterowane elektronicznie, wielopozycyjne, dla ludzi z problemami ruchowymi.Ale zauważyłem także całą aptekę pigułek i fiolek na nocnym stoliku obok łóżka, butlę z tlenem dyskretnie ustawioną pod ścianą i flotyllę foteli inwalidzkich, zaparkowanych tuż za drzwiami: ręcznych i z silniczkami, składanych i nie, zrobionych z ciężkiej stali bądź lekkiego aluminium - coś na każdą okazję.Pod innymi względami sypialnia przypominała pokój dziecinny: na podłodze walały się zabawki, łącznie ze stareńką kolejką Hornby i jej ułożonymi w koło torami.Biblioteczkę wypełniały bardzo duże książki o wielobarwnych grzbietach.Kim - pielęgniarka, którą widziałem wcześniej - właśnie poprawiała łóżko.Lionel Palance leżał na stosie poduszek, oddychając przez nebulizator, który drugi pielęgniarz przytrzymywał mu przed twarzą.Jego spojrzenie omiotło mnie, nie rejestrując niczego, kiedy jednak spoczęło na Covingtonie, uśmiechnął się.Wargi się poruszyły, uleciał z nich bełkotliwy dźwięk, mogący oznaczać powitanie.- Witaj, Lionelu - powiedział łagodnie Covington, siadając na łóżku.- Widzę, że bierzesz lekarstwa.To mi się podoba.Pielęgniarz zabrał nebulizator i położył na stoliku.- Peter - odparł staruszek piskliwym, łamiącym się głosem.A potem: - Zażywam.moje, moje lekarstwa.Covington przytaknął, odgrywając aprobatę.- Tak, widziałem.A Kim ci poczyta, dopóki nie zaśniesz.„Takie sobie bajeczki”, zgadza się? Wciąż je czytacie?- „Noddy'ego” - mruknęła Kim.- Wróciliśmy do „Noddy'ego”.Covington się skrzywił.- „Noddy” jest dla niego za prosty [ Pobierz całość w formacie PDF ]