[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Co ważniejsze, Aubrey wcale nie powiedziała, że nie będzie jego kochanką.Stwierdziła tylko, że nie będzie utrzymanką.Skoro zdołał uwieść ją raz, powiedzie mu się też przy kolejnej próbie.Do licha, jeśli tak bardzo zależy jej na tej pracy, niech ją sobie ma.Oczywiście, stało mu to ością w gardle, lecz jaka była alternatywa? Zycie bez możliwości widywania jej? Gdyby miał być ze sobą szczery, zupełnie nie wiedział, jakie byłyby losy Cardow, gdyby stąd odeszła.Musiał wziąć pod uwagę dobro swojej ziemi i jej mieszkańców.Więc może rzeczywiście był na najlepszej drodze, by zostać panem na włościach?Z tą nadzieją w głowie wstał i poszedł do łazienki.Był tak zamyślony, że prawie nie zauważył zimnej wody w balii, że biały ręcznik, który rozłożył, jest już mokry.Zastanawiał się intensywnie nad zakupem nowej, szybszej, lepiej zawieszonej karety, aby móc przyjeżdżać tu z Londynu.Mógłby poprosić Ogilvy'ego, aby zrobił rozeznanie w tej sprawie.Podjąwszy decyzję, zanurzył narożnik ręcznika w balii.W tym momencie zobaczył plamkę krwi.Była blada.Tak blada, że mógłby śmiało udać, iż jej nie widzi.Dłuższą chwilę spoglądał na bladoróżową, rozmazaną smugę na swoim białym ręczniku, usiłując zrozumieć, jakimże sposobem się skaleczył, skoro jeszcze nie ostrzył swojej brzytwy.W końcu tknęła go myśl.Naga prawda, która patrzyła mu prosto w twarz.Usłyszał w uszach przeraźliwy ryk, zobaczył przed oczami czerwoną poświatę.- Aubrey! - Wrzasnął, wychodząc z łazienki.Rzucił ręcznik na podłogę.- Aubrey! Do diabła! Wracaj tu! Wracaj tu natychmiast!Odpowiedziała mu cisza.Po prawdzie, jeśli dopisało mu szczęście, to nikt go nie usłyszał.Docierała do niego straszna prawda.Aubrey nie wróci.W każdym razie nie do jego sypialni.Nie wróci, jeśli tylko będzie w stanie się od tego powstrzymać.Przecież nawet tym razem nie chciała przyjść.A jednak zmusił ją.Zmanipulował.Uwiódł.Była dziewicą.Co do tego miał pewność.Krew nie mogła się pojawić z innego powodu.Nie miała nigdy męża.To kolejne sprytne oszustwo Aubrey.A on sam miał już wcześniej pewne podejrzenia, jednak nie chciał wyjaśnić wszystkiego do końca w obawie przed tym, czego mógłby się dowiedzieć.Bóg jeden wie, co ona jeszcze ukrywa.Jedno nie budziło wątpliwości: w sensie seksualnym była zupełnie niewinna.A teraz z nich dwojga to on miał większe obawy.Musi ją znaleźć.Przeprosić.Ona zaś będzie musiała złożyć wyjaśnienia - i to dość obszerne.Potem razem zdecydują, co z tym wszystkim począć.Do diabla z karierą.Po prostu zmusi ją do małżeństwa.Miał jednak straszne przeczucie, że łatwiej to powiedzieć niż zrobić.Aubrey podejdzie sceptycznie do takiej propozycji.Wiedział też, jak zareagują inni.Uznają to za zbędny akt podjętej emocjonalnie decyzji.Lecz czy naprawdę miało to dla niego takie znaczenie?W każdym razie te decyzje muszą zaczekać.Teraz trzeba było zrobić przynajmniej jedno.Powoli, spokojnie, wrócił do łazienki, otworzył brzytwę i wykonał małe nacięcie na swojej szyi.Potem wziął ręcznik i otarł krew.Lecz mimo obmyślonego planu, mimo całej determinacji, by naprawić swoje zaniedbanie i oszczędzić Aubrey wstydu, został jeden mały drobiazg, o którym zapomniał.Zapomniał wrócić do sypialni i zabrać leżące na stoliku przy łóżku spinki do włosów.Pośród emocjonalnego oszołomienia między śniadaniem i lunchem, Aubrey zrozumiała drugi popełniony przez siebie błąd.Dzięki Bogu nie było to tak wstrząsające jak oddanie dziewictwa lordowi Walrafenowi.Jednak, pochłonięta niespokojnymi myślami o śledztwie i obsesji na punkcie swego chlebodawcy, Aubrey zupełnie zapomniała dostarczyć pani Bartle obiecany balsam z dzikiej róży.Owszem, zrobiła go, lecz leżąc na marmurowym blacie w jej salonie, balsam niewiele mógł pomóc na ranę Jacka Bartle.Na nieszczęście dziś był dzień prania.Co gorsza, biedna Ida nadal miała bardzo spuchniętą kostkę.A nikogo innego nie można było wysłać.Wzięła ze spiżarni wiklinowy koszyk, napełniła go pasternakiem, włożyła też bochenek świeżego chleba oraz balsam i poszła do kuchni, aby powiedzieć pani Jenks o swoim wyjściu.Wracając, zobaczyła Pevsnera, który wraz z sędzią pokoju stał w korytarzu.Nie było lepszego momentu, żeby stąd uciec.Poza tym potrzebowała czasu, aby przemyśleć pewne rzeczy.Niezauważona, poszła skrótem obok piwniczki, gdzie trzymano piwo, i ruszyła ku bramie.Lord Walrafen zawsze był w pewnym stopniu perfekcjonistą.I jak większość takich ludzi, skrycie odczuwał lęk przed porażką, często z dość dziwnym skutkiem.Na przykład przez większość dorosłego życia nawiedzał go senny koszmar, w którym stado nauczycieli akademickich z Cambridge wpadało do Izby Lordów i chwytało go za obie ręce.Przed rozpoczęciem sesji oświadczali na glos, że Walrafen nie zdał końcowych egzaminów i dlatego nie może zasiadać w żadnej z izb.Czasami posuwali się nawet do stwierdzenia, że otrzymał tytuł w wyniku pomyłki.Albo że jest kompletnie nieudolny i cała jego kariera to wielka lipa.I istocie, głupców, ludzi nieudolnych i niewykształconych w parlamencie nie brakowało.W przeciwnym razie połowa miejsc byłaby pusta.Ta świadomość jednak wcale nie odegnala koszmarów.Ani nie zmieniła ich zakończenia.Gdy wyciągali go z izby, Walrafen patrzył po sobie i stwierdzał, że jest zupełnie nagi.I tak samo poczuł się krótko po lunchu tego dnia, który i tak był już dostatecznie zły.Jakby Giles nie miał dość kłopotu, starając się rozgryźć swoją gospodynię, gdy usiadł za biurkiem, w drzwiach pojawił się lokaj.O dziwo, sędzia pokoju trzymał się w cieniu za jego plecami, z jakimś zawiniątkiem w ręku.- Wejdźcie, proszę - powiedział książę.W głębi serca wolałby, aby sobie poszli.Pevsner wydawał się bardzo z siebie zadowolony.To nie mógł być dobry znak [ Pobierz całość w formacie PDF ]