[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pokój gościnny.Usiądź na kanapie, zaprósz ogień i skończ z tym.Przejście z pracowni Hugh do pokoju gościnnego wydało mi się pięciomilową przeprawą.Miałam wrażenie, że stąpam po dnie morza.Nic złego ani strasznego, tylko ta powolność ruchów i wyrazistość szczegółów.Czy postrzegałam rzeczy tak wyraźnie, bo widziałam je ostatni raz? Dobranoc, śliczny parkiecie w holu.Hugh uklęknął tutaj i głaszcząc podłogę, spojrzał na mnie z uśmiechem szczęścia.„To wszystko nasze” – powiedział tonem zdumienia.Dobranoc, schody.Stanęłam, podniosłam wzrok i przypomniałam sobie dzień, w którym kochaliśmy się na ich szczycie.Jakże bym chciała poczuć zapach Hugh w tym ostatecznym powietrzu! Czy spotkam go tam, dokąd się wybieram? Pobiegłam spojrzeniem w górę schodów i przypomniałam sobie, jak leżał na mnie, jego ciężar, miękkość ust na mojej szyi, kciuki trzymające mnie za dłonie.W kieszonkach spodni miał pęk kluczy.Ilekroć się na mnie poruszył, klucze wpijały mi się w biodro.Poprosiłam, by je wyciągnął.Cisnął je precz.Upadły i przesunęły się z brzękiem.Dobranoc, klucze.W pokoju gościnnym zapatrzyłam się na moment w pusty kominek, a potem włożyłam rękę do kieszeni.Był tam.Nadszedł czas, więc go wyjęłam.Szalony natłok wydarzeń od chwili, gdy za milczącą namową Hugh podniosłam go z podłogi piwnicy, sprawił, że niezbyt dokładnie przyjrzałam się kawałkowi drewna, który trzymałam teraz w ręce.Właściwie nie pamiętałam o nim aż do chwili, kiedy stałam w holu Fieberglas i rozmawiałam z pielęgniarką na temat Frances.Aby to jakoś opisać, mogę powiedzieć, że to drewienko przyszło do mnie, tak jak przychodzi dobry pomysł albo strach.Całkiem nagle, jakby wnikło przez pory ciała.Owszem, było cały czas w mojej kieszeni, lecz zdałam sobie z tego sprawę raczej niespodziewanie.A może po prostu przypomniałam sobie o nim, pojmując zarazem jego sens i cel.Kawałek drewna długości około siedmiu cali.Ciemny z trzech stron, jasny z jednej – tam, gdzie odłamał się od kołyski, kiedy McCabe/Shumda grzmotnął nią o ścianę.Widniał na nim fragment postaci, ale trudno było odszyfrować, co przedstawia.Zad biegnącego zwierzęcia.Może jelenia lub mitologicznego stworzenia, które pasowałoby do reszty dziwnego, fantastycznego świata, wyrzeźbionego na tej cudownej, starej kołysce.Kolebce naszego dziecka, naszej dziewczynki.Pomyślałam o niej, o jedynym jej obrazie, jaki zachowam w pamięci.Potem przyszedł mi na myśl Declan i słowa wypowiedziane przez jego ojca.Wiedziałam, co muszę uczynić, i było to słuszne, ale gdybym miała jakimś cudem przeżyć to nieuchronne zdarzenie, na zawsze żałowałabym tego czynu.Spojrzałam na kawałek drewna w dłoni i świadoma, że nie mam wyboru, powiedziałam: „Przepraszam”.Miałam spalić dwa kawałki drewna.Dokonać zaślubin dwóch patyków: tego z kołyski, który trzymałam w ręce, i tego, który znalazłam w Central Parku tamtego dnia, kiedy spieszyliśmy do hotelu, aby się kochać.Dwa patyki wystarczą do zaślubin, choć przydałoby się więcej.Gdybym tak, w wieku osiemdziesięciu lat, pod koniec spełnionego życia, spaliła cały stos patyków w gigantycznym ognisku! Ale miałam tylko te dwa, musiały mi wystarczyć.W niczym zresztą nie umniejszało to ich znaczenia.Jeden symbolizował Hugh, drugi nasze dziecko.Gdzie jest patyk Hugh? Mógł być wszędzie, w końcu uznałam jednak, że to bez znaczenia, gdyż on także spłonie w pożarze domu.Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że po zapaleniu drewno zajmie się ogniem, jakby zrobiono je z czystej benzyny.Oddarłam zapałkę z pakiecika i drasnęłam.Płomień wystrzelił z sykiem w górę, po czym przygasł do rozmiarów paznokcia.W jednej ręce trzymałam płonącą zapałkę, w drugiej kawałek drewna.Dobranoc, życie.Po raz ostatni podniosłam wzrok.Okna zapełniły się twarzami.Niezliczone mrowie twarzy.Jedne płaszczyły się na szybie, ze zdeformowanymi rysami; krzywe nosy, śmieszne usta.Inne majaczyły gdzieś w tle, czekając na sposobność, by podejść jak najbliżej do okna, do tego pokoju, do mnie.Wiedziałam, że to moje twarze z poprzednich wcieleń, że przyszły obejrzeć swój ostatni rozdział – dojazd na ostatni przystanek, koniec jazdy, wszyscy wysiadać!– Żegnajcie.– Spokojnym gestem przyłożyłam zapałkę do drewna i cały świat eksplodował.Usłyszałam wybuch i zobaczyłam oślepiający rozbłysk.Potem była kompletna cisza.Nie mam pojęcia, jak długo to trwało.Znalazłam się gdzieś, skąd wróciłam wprost do pokoju – siedziałam sama na kanapie i zdumiona trzymałam puste dłonie w powietrzu.Upłynęła dłuższa chwila, zanim uprzytomniłam sobie, gdzie jestem; nie bardzo mogłam w to uwierzyć.Panowała cisza.Gdy oczy przywykły mi do światła w pokoju, stwierdziłam, że otaczające mnie barwy i przedmioty są takie same jak przedtem.Opuściłam ręce na kanapę i poczułam szorstką wełnę pod opuszkami palców.Obracając głowę na boki, zlustrowałam wnętrze.Nic się nie zmieniło.Dom Frances, nasz dobytek, meble.Nawet zapach pozostał ten sam.A jednak była jakaś zmiana.Hugh.W powietrzu unosił się aromat wody kolońskiej, której używał Hugh.Potem poczułam dotyk dłoni na ramionach i wiedziałam, że to jego ręce.Hugh był tutaj.Ręce podniosły się.Obszedł kanapę dokoła i stanął naprzeciw mnie.– Wszystko w porządku, Mirando.Jesteś cała i zdrowa.Wybałuszyłam na niego oczy i powtórzyłam jego słowa, gdyż to była prawda.– Jestem cała i zdrowa.– Patrzyliśmy na siebie.Miałam pustkę w głowie.Chociaż nic już nie rozumiałam, byłam cała i zdrowa.– Nie wolno ci się zabić.Podpalając patyk, zwróciłaś im jedynie to, co i tak było ich własnością.Teraz masz przed sobą całe życie.Jest twoje.Spojrzałam na niego.Skinęłam głową.Dobrze.Wszystko było dobrze.– Dziękuję, Mirando.Dokonałaś wielkiej rzeczy.Patrzyłam na niego i czułam się pusta jak śmierć, jak stare serce czekające na stosowny moment.Znienacka usłyszałam szept – zdałam sobie sprawę, że to mój głos:– Co teraz?– Teraz będziesz żyła, najdroższa.– Uśmiechnął się.Był to najsmutniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam.– Dobrze.Sięgnął do kieszeni marynarki i coś wyciągnął.Podał mi to.Kolejny patyk.Podłużne, srebrzyste drewienko wyglądało jak kawałek rozbitego statku.Deseczka, która dryfowała przez tysiąclecia po niewyobrażalnym oceanie.Obróciłam patyk w ręce, przyglądając mu się z uwagą.Bezkształtny, miękki, srebrny, stary.Tak, musiał zostać wyłowiony z morza.Kiedy znów uniosłam wzrok, Hugh już nie było.Wiele lat temu w radiu nadawano sympatyczny utwór [ Pobierz całość w formacie PDF ]