[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Na drzewach za murem posiadłości zaśpiewały budzące się ptaki.— Ludia, nie rozpaczaj! — Conan gorączkowo szukał słów, którymi mógłby ukoić duchowe rany milczącej dziewczyny.— Twoje marzenia okazały się daremne, bo ci głupcy okazali się ciebie niegodni! Dobrze, że opuszczasz ten podły pałac, dziewczyno.Będziesz o wiele szczęśliwsza w…— Przestań! — Ludia obrzuciła go nagle gniewnym spojrzeniem przekrwionych oczu.Nie potrzebuję już szlachciców ani ich sługusów! — sarkazm dziewczyny wyraźnie obejmował również Conana.— Ale jeszcze mnie tu zobaczycie!W Nemedii można zyskać wielkość na wiele sposobów! — Zupełnie niepojęta dla Cymmerianina nuta w głosie Ludii mogła być histerią, lub czymś jeszcze gorszym.Dziewczyna zmierzyła Conana oziębłym, nieruchomym wzrokiem.— W tym nieszczęsnym kraju wrze bunt.Odjeżdżam z Dinander, ale wrócę tu jeszcze, z pochodnią i mieczem, by oczyścić ten ropiejący wrzód!Ludia zacisnęła dłoń na skraju okrywającego ją szala.Conan popatrzył z przerażeniem na swoją niedawną kochankę, starając się nie ujawnić gnębiącej go obawy o dziewczynę.— Zostań przez jakiś czas u rodziny…W tym momencie Arga ruszył w ich stronę z przeciwnego końca dziedzińca wołając do strażników, by otworzyli bramę.Conan w geście pożegnania położył dłoń na szczupłych palcach Ludii, po czym zniknął w cieniu kuźni.Gdy stajenny ujął lejce i wóz potoczył się naprzód, Cymmerianin rzekł stłumionym głosem:— Niech Crom cię uleczy, szalona dziewczyno! Bolesne rozstanie z Ludią nie na długo przygnębiło Conana.Wraz z innymi domownikami pozwolił się wciągnąć w przygotowania do wielkiej uczty.Przebiegały one tym bardziej gorączkowo, że bal wydawano na pożegnanie barona przed wyruszeniem na objazd prowincji Dinander.Conan spędził wiele godzin na noszeniu w górę i w dół po schodach krzeseł i kozłów, rozwijaniu i trzepaniu ciężkich od złotych nici gobelinów oraz zajęciach mniej przystojących jego godności i sile, jak czyszczenie nocników i obieranie warzyw.Następnego dnia od ognia na kuchennych paleniskach, w podziemiach pałacu było gorąco jak w piekle.Potrawy bulgotały we wszystkich spiżowych garach naraz.Po południu oszałamiające aromaty przypraw, owoców i wywarów stały się tak silne, że mogły doprowadzić do szaleństwa ludzi dużo bardziej cywilizowanych od Cymmerianina.Wieczorem młodzieniec z Północy kręcił się po kuchni ściągając plastry wędlin, gdy tylko kucharz Velda odwrócił głowę.W pewnej chwili do barbarzyńcy podszedł radca Svoretta i kazał mu nałożyć świeżo przerobioną zbroję, po czym czekać na rozkazy.Conan miał trzymać się z dala od uczestników balu, o ile nie otrzyma innych poleceń.Gdy słońce schowało się pod zachodnim horyzontem, Conan ukradkiem wszedł na piętro pałacu.Nie był już w stanie wytrzymać w ciasnej, dusznej niszy w sypialni służby.Nie mógł się tam zająć niczym innym oprócz rozpamiętywania schadzek z Ludią i wątpliwościami, czy nie spędził już za wiele czasu w tym domu szaleńców.W końcu doszedł do wniosku, że musi zacząć działać.Świąteczną atmosferę w pałacu widać było na ruchliwych korytarzach i na schodach, gdzie unosił się zapach wina i odbijały się hałaśliwe rozmowy biesiadników.Omijając większe komnaty, Conan zamierzał dotrzeć do położonego na uboczu półpiętra, skąd mógłby niepostrzeżenie przyglądać się balowi.Był pewien, że w wypolerowanym czarno–złotym hełmie i pancerzu bez trudu ujdzie za strażnika.Minąwszy po cichu parę kochanków, którzy zaszyli się w pogrążonej w ciemnościach, przechodniej komnacie, Conan wyśliznął się na wewnętrzną galerię.Zgodnie z jego oczekiwaniami było tu prawie pusto.Gdy podszedł do poręczy, uderzyła go fala gorąca i dymu.Główną komnatę na dole oświetlały setki świec i lamp oliwnych.Goście zasiadali przy ciasno ustawionych stołach z czerwonymi obrusami.Większość z nich wyglądała na kupców i właścicieli posiadłości ziemskich, w asyście najwyższych rangą służących.Goście sprawiali wrażenie dziwnie podnieconych.Wodzili dookoła szeroko otwartymi oczami, kręcili się po sali, hałaśliwie plotkując i nadużywając wina.Zaproszone osobistości wyższej rangi — szlachta i oficerowie straży — gromadzili się raczej w pobliżu schodów i drzwi prowadzących do komnat barona.Od obydwóch grup biesiadników wyraźnie odróżniali się członkowie Żelaznej Gwardii w galowym rynsztunku.Było ich niemal tylu, co gości.Gwardziści stali wyprężeni w równych odstępach pod ścianami i schodami, a nieco rzadziej na galerii.Ponieważ ogłoszono dla nich stan najwyższego pogotowia, byli w kompletnych zbrojach, uzbrojeni w ciężkie halabardy i szable.Conan z nieprzyjemnym uczuciem zdał sobie sprawę, że chociaż miał na sobie stalowy pancerz, nie dano mu żadnej broni, nawet zwykłego noża.Na domiar złego zaczynało mu być gorąco.W tej części galerii panował wyjątkowy zaduch.Mimo szerokich szczelin, przyłbica hełmu Cymmerianina utrudniała mu zarówno patrzenie, jak i oddychanie.Uniósł ją z irytacją, lecz natychmiast tego pożałował.— Witajże, wasza miłość! — rozległ się z bliska młody, prostacki głos [ Pobierz całość w formacie PDF ]