[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Coco nieraz usiłowała wydębić od niego różne szczegóły dotyczące Isabelle, lecz odnosiło to mizerny skutek.Zapaliła papierosa.Wypaliła go do połowy, gdy uświadomiła sobie, że jest bardziej zazdrosna o Isabelle Neukor, niż przypuszczała.Czy to nie zabawne? Miała ochotę się roześmiać, ale nie udało jej się, bo zazdrosne serce nie uznaje śmiechu.Już są! Coco wyprostowała się na swoim siedzeniu i pstryknęła papierosa za okno.Niedopałek poszybował w noc i rozbił się na ziemi snopem pomarańczowych iskier.Poznała język ich ciała, nim jeszcze była pewna, że to oni.Ach, ci zakochani! Ettrich taszczył wielką walizkę, podrygującą na kółkach.Dwa kroki za nim szła szczupła blondynka, obejmując się wpół, jakby mimo spokojnej jesiennej nocy było jej zimno.Oboje bez przerwy ocierali się o siebie, jak gdyby nie mogli się sobą nasycić.Isabelle nieustannie wyciągała rękę, by dotknąć Ettricha - jego ramienia, dłoni, głowy.Coco włożyła swoje duże okulary w rogowych oprawkach, żeby lepiej widzieć pannę Isabelle Neukor.Czy była piękna?Vincent z pewnością tak uważał, trudno jednak było to potwierdzić w tym wilgotnym, sztucznym świetle.Była dość wysoka i żywo gestykulowała.Kiedy się odzywała, jej ręce tańczyły na boki jak u dyrygenta, chyba że trzymała je pod pachami.Jej twarz rozjaśniał wielki, szczery uśmiech, obok którego nie można było przejść obojętnie.Jasne włosy opadały jej do ramion, lecz z powodu sztucznego światła nad parkingiem Coco nie umiała powiedzieć, czy Isabelle jest naturalną blondynką.Okej, Isabelle była piękna, ale bez ostentacji.Nie miała tego rodzaju twarzy, która zaraz po wejściu do pokoju ściąga spojrzenia wszystkich mężczyzn, niczym odkurzacz, i sprawia, że pozostałe kobiety czują się gorsze.Smutek.Otóż to - na twarzy Isabelle malował się smutek, który umniejszał jej piękno i zarazem dodawał jej niepowtarzalnej urody.Była to twarz kogoś, kto poznał zarówno wielkość, jak i tragedię, które odcisnęły na niej swoje piętno.Oba gołąbeczki wsiadły do samochodu, lecz zwlekały z odjazdem.Coco zobaczyła, jak Ettrich podaje Isabelle białą paczuszkę, która okazała się sandwiczem.Kobieta zabrała się do jedzenia - jadła i jadła bez końca, podczas gdy Ettrich siedział bezczynnie koło niej.Wyglądało na to, że w tym czasie nie zamienili z sobą więcej niż parę słów.I to ma być ten ognisty, rozdzierający duszę romans Vincenta? Kochankowie spotykają się po trzech miesiącach bolesnej rozłąki.On wrócił z umarłych, ona nosi w sobie jego dziecko - i pierwsze, co on robi, to daje jej kanapkę?Coco zupełnie nie mogła się w tym rozeznać, ale nie o to chodziło.Nie przyjechała tutaj studiować ludzkiego zachowania.Przyjechała, żeby uchronić Vincenta Ettricha od nieszczęść, które, począwszy od tego dnia, będą musiały mu się przytrafić.Po to ją tu wysłano.Nie przewidziała jednak, że zakocha się w tym mężczyźnie, czy to przelotnie, czy na dłużej.Gdy tak obserwowała samochód Ettricha z drugiego krańca parkingu, musiała przyznać, że zabujała się w nim bez pamięci, co źle rokowało na przyszłość.Ludzkie uczucia mogły sprawiać kłopoty.Coco zmarszczyła się i przewróciła oczami, czując obrzydzenie do samej siebie.Podniosła przy tym wzrok na jedno ze świateł palących się nad parkingiem.Tego, co ujrzała, nie widział dotąd żaden śmiertelnik.Parking był w kształcie prostokąta.W czterech narożnikach wznosiły się latarnie, trzy inne sterczały pośrodku ogromnego placu.Spojrzenie Coco przeskakiwało od jednej do drugiej.Światło płynące ze wszystkich siedmiu lamp zwalniało i zastygało w różnych znajomych postaciach.Lecz na skutek ograniczonej percepcji istoty ludzkie nigdy by ich nie rozpoznały.To tak, jakby przyprowadzić psa do opery: zwierzę zauważy panujące tam zamieszanie i może nawet zaszczeka z podniecenia, ale muzyka Mozarta będzie dla jego uszu zwykłym szumem.Chociaż Coco wiedziała, co ten świetlny pokaz zapowiada, nie mogła się powstrzymać, by nie chłonąć go w zachwycie.Widok był istotnie piękny.Strumień światła spływał z latarń.Zwalniając, częściowo wyginał się i dryfował, zatrzymywał się lub rozrywał, czasem wznosił się z powrotem [ Pobierz całość w formacie PDF ]