[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pomimo ciemności obaj mieli na twarzach okulary przeciwsłoneczne, ręce złożone z przodu na brzuchach.Ostatnia fala deszczu właśnie się skończyła, w powietrzu wciąż unosiła się rzadka mżawka, a chodniki pokryły się rozlewiskami kałuż.- Bierz pudła - warknął czarny.Jego kompan podstawił wózek i zaczął pakować na niego kartony.Wkrótce stało się jasne, że nie zabiorą się z wszystkim naraz, a potrzebowali kolejnych pięciu minut, by zdobyć drugi.W tym czasie nie padło ani jedno słowo, czarny spoglądał czujnie to na Jacka, to na kartony, to na każdy podejrzany ruch w okolicy.Spocone dłonie wciąż spoczywały na jego brzuchu, tam gdzie kończyła się kurtka.W pobliżu toczyło się normalne hotelowe życie, ludzie wychodzili, spoglądali w niebo, szukając kolejnych oznak nadchodzącej ulewy, przywoływali taksówki albo dopinali płaszcze i rozkładali parasole, zastanawiając się, czy spacer w taką pogodę ma jakikolwiek sens.Załadowywano i rozładowywano samochody dostawcze, ich drzwi zamykały się z trzaskiem, silniki wyły, gdy wozy ruszały.Jack stał oparty o ścianę, desperacko starając się przewidzieć kolejne posunięcie przeciwnika.Czarny bandzior poprowadził ich wąskimi mrocznymi korytarzami technicznymi, otwierając kolejne mocno sfatygowane wahadłowe drzwi.Wreszcie zatrzymał się przy windzie dla personelu i rozejrzał wkoło.W tym miejscu nikt nie powinien im przeszkodzić, uznał, i to go wyraźnie ucieszyło.- Zabierz najpierw kartony.Ja tu z nim zaczekam.- Nie ma takiej pierdolonej możliwości - warknął Jack, stając pomiędzy kabiną windy a ładunkiem.- Jadę tam, gdzie one.Ładunek upchnięto w kącie kabiny, aby Jack mógł wcisnąć się do niej z niższym oprychem.W ciągu niespełna dwuminutowej jazdy w tak ograniczonej przestrzeni poczuł duszności.Zawilgnięte kartony, przemoczone ubrania, nieświeże oddechy i te wrogie spojrzenia.Jack odetchnął z ulgą, gdy dotarli na piętro, łapczywie chwytając świeże powietrze, gdy tylko otworzyły się drzwi.- Czekaj tutaj.- Poleceniu towarzyszyło znaczące machnięcie pistoletem.Stali w kompletnej ciszy, dopóki w głębi korytarza nie odezwał się cichy dzwonek oznajmiający przybycie windy dla gości.Ubrany w skóry bandzior wychynął na moment z kryjówki.- Okay, to swój, możecie wyjść.Załadowali kartony i przeszli do oddalonego o dziesięć jardów szybu kolejnej windy.Wejście do kabiny zdobiły złocone liście, same drzwi były lśniącą srebrną taflą.Na tabliczce znajdującej się obok można było wyczytać, że to winda do apartamentu w penthousie.Poniżej niej znajdował się otwór na klucz.Dłoń czarnego powędrowała do kieszeni kurtki, gdy ją wyjął, miał w niej tłumik.Powoli, z wielką dbałością i bez jednego słowa, dokręcił go do lufy swojego pistoletu.Przez cały czas nie spuścił z oczu twarzy Jacka.Potem skierował przedłużoną lufę w jego stronę.- Kiedy otworzą się drzwi tej windy, wejdziesz do kabiny, staniesz w jej prawym rogu twarzą do tylnej ściany.Jego biały wspólnik wyjął kartę magnetyczną i wsunął jądo szczeliny zamka.W tym samym momencie rozległ się cichy syk i mechanizm zamka został zwolniony.Kilka sekund później Jack został silnie pchnięty i upadł na grubą wykładzinę, jaką wyścielono podłogę kabiny.Wstał powoli, przyzwyczajając oczy do o wiele jaśniejszego światła.Godzina 19.48Całe audytorium chicagowskiego Sheratona wypełniał gwar rozmów ludzi, którzy mogli dzisiaj bawić się i jeść, nie wydając ani grosza.Dwa tysiące dwudziestu pięciu gości, do tego stu trzydziestu ośmiu przedstawicieli firmy zasiadło przy dwustu okrągłych stołach w ogromnej sali.Wokół w najbardziej eksponowanych miejscach znajdowały się ogromne standy z logo cyclintu i Zemdonu.Sala bankietowa została przystrojona kwiatami, dominowały kolory firmy: czerwony i zielony.Białe lniane obrusy, kryształowa i porcelanowa zastawa najwyższej klasy.Dźwięczały kieliszki, opróżniano talerze, wydmuchiwano dym z cygar.Gości zaproszono na posiłek równo odziewiętnastej, chociaż trafiło się kilku maruderów.W menu znalazł się kawior z bieługi, świeży łosoś, pieczeń wołowa i specjalnie zamówione na tę okazję truskawkowe tarty w kształcie serca.Do posiłku podano najwykwintniejsze wina, a po nim przyszła kolej na brandy ilikiery.Karty dań także miały kształt serca, zdobiły je złocenia i inskrypcja symbolizująca emblemat cudownego leku.Prawdziwa gratka dla kolekcjonerów.Przy głównym stole zasiadali członkowie zarządu Zemdonu na Amerykę Północną, wśród nich zajmujący należne mu miejsce rozluźniony Stan Danker.Nadszedł kulminacyjny moment niezwykle długiej i ciężkiej kampanii.Chwyty marketingowe, kontrowersyjne reklamy, nieustający nacisk z Zurychu, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik.Wielu z tych ludzi wierzyło, że bierze udział w najdroższej i najbardziej śmiałej promocji leku w całej historii [ Pobierz całość w formacie PDF ]