[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Obraz plam był lekko zmącony, niczym płomień o zmiennych odcieniach lub morze, gdy patrzysz na nie z bardzo daleka, spośród skał.Przeważał kolor poziomkowy z perłowymi prążkami.Savin zostawił nas i przyspieszył kroku, by dogonić kilku typów z Balcescu z gitarami na plecach, ja i Klara ruszyliśmy przez pole i po przejściu około stu metrów dotarliśmy do lasu, właściwie lasku młodych akacji.Za nimi wyłonił się łukowaty pagórek, prawdopodobnie usypany, nie wiedzieć kiedy, jako znak graniczny, a może nawet jako grób.Gdyśmy się wspięli na niego, zobaczyliśmy rozciągającą się u naszych stóp dolinę pełną dzikich kwiatów, zdumiewającą i bajeczną.Margerytki i lwie paszcze, cykoria i rumianek, pstrokate kwiaty w całej swojej krasie, jak na obrazie malarstwa naiwnego.Klara była zachwycona, zeszła, by wślizgnąć się między kwiaty, które sięgały jej do pasa.Zatrzymywała się, brała jakiś kwiat w dłonie i przyglądała mu się uważnie, wąchała następny, zabierała z łodygi błyszczącą biedronkę i pozwalała jej odfrunąć z palca.Dołączyłem do niej.Wyobrażałem sobie podobną dolinę, gdy w wieku ośmiu lat wyciągnięty na kanapie czytałem pierwszy zbiór baśni i kiedy wszystkie te bajeczne miejsca i postacie, szklana góra, kwiatowy człowiek z jedwabną brodą, Tristi-Copil i Inia-Dinia, Piparus-Patru i Florea-nfloritul krążyły mi po głowie, widziałem je jak gdyby oświetlane od wewnątrz.Była to Dolina Zapomnienia, gdzie ten, kto zasnął, przestawał tęsknić za rodziną i miejscem urodzenia.Okolica tak piękna jak ta nie mogła istnieć w rzeczywistości.Była literaturą, była fikcją, my zaś byliśmy postaciami z wiersza.Przypomniałem sobie wiersz Donne’a, w którym dwoje zakochanych zasypia, trzymając się za ręce, w dolinie pełnej kwiatów, złączył ich jedynie splot dłoni, zespolenie dusz było „całym owocem tej miłości”.Klara była jednak jak najbardziej realna i znałem ją od dwóch lat, odkąd stała się moją koleżanką.Była dobrze ułożoną dziewczyną, niepozorną i cichą.Spacerowaliśmy przez jakiś czas, oglądając kwiaty, a potem usiedliśmy w trawie.Korony kwiatów powoli zamykały się nad naszymi głowami.Wyciągnęliśmy się obok siebie i leżeliśmy tak cały ranek, zamieniając od czasu do czasu słowo.Postacie z rumuńskich baśni ludowych.Na jej twarzy drżały barwne cienie dotkniętych słońcem płatków.Żuk z metalicznym, połyskliwie zielonym pancerzem piął się po łodydze.Pajęczą sieć pomiędzy dwoma gałązkami wydymał wiatr.Patrzyłem na niebo, które jaśniało, to znów ciemniało, gdy przepływały po nim chmury.Kiedy słońce w samo południe zaczęło przypiekać tak mocno, że niemal paliło wielobarwne płatki kwiatowego morza, podnieśliśmy się z zielonego przestworza i mrużąc oczy, wśród drżących kwiatów sięgających piersi zawróciliśmy w kierunku drogi.Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak głęboko zeszliśmy w dolinę.Szliśmy przez jakiś kwadrans do pagórka, upojeni świeżym zapachem kwiatów i pyłkiem, który tysiące motyli elektryzująco błękitnych, czerwonych, karminowych, maślanych z zielonymi prążkami, z kawowymi punkcikami rozsypywało wszędzie niczym maluteńkie cekiny.Podobne stylizowane motyle rysowałem w młodszych klasach, starając się pokolorować je najbardziej jaskrawymi spośród dwudziestu czterech pięknie pachnących kredek z mojego piórnika.Akacjowy lasek zdawał się teraz większy i bardziej gęsty.Z nagrzanymi od słońca włosami przeszliśmy przez pole i dotarliśmy ponownie do drogi.Zawróciliśmy w kierunku obozowiska.Dworek nadal trwał w bezruchu w samym sercu parku i wyglądał jakby był ze szkła.Przyjrzałem się posągowi pośrodku stawu: powietrze falowało wokół niego.Brąz był rozgrzany prawie do czerwoności.Dzisiejszej nocy usłyszałem ponownie dochodzące spod spodu odgłosy lubieżnej agonii.Tym razem w momencie szczytu kobieta zawołała ochryple: Wiktor! Wiktor! Poruszyło mnie to bardziej niż wszystkie sploty ciał w mojej wyobraźni.Tego wieczoru spóźniłem się na posiłek, zbyt oczarowany drogą przez las, by móc oprzeć się pokusie jej przedłużenia.Wyobrażałem sobie, jak Traki, słaniając się, wracał przez płonący las.Czułem tak ogromną potrzebę świeżego powietrza, zamiany piszczącej ciszy mojego pokoju z płonącym piecem na wszechogarniający spokój lasów, na owo milczenie miejsc, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa.Czysty pejzaż, czysta natura, niewzruszona, zgodna, zespolona z tym wszystkim, co naprawdę istnieje.Minąłem mostek z gnijącymi deskami nad wyschniętym strumykiem pełnym martwych liści, błota i śmieci z kantyny: puszki po konserwach, papiery, brudne folie z polietylenu, i wspiąłem się po cementowych schodach prowadzących do restauracji i pensjonatu.W środku typowe twarze - cudowny wnuczek z babcią, pryszczaty literat ściskający w dłoniach butelkę piwa, słynny muzyk krzyżujący zęby dwóch widelców, manewrujący nimi jak niklowanymi kleszczami.Poza tym puste stoliki z ceratą w biało-różową kratkę i ozdobnymi naczyniami z gałązkami sosny.Gdy jadłem, nie bardzo wiedząc co, przyglądając się w zamyśleniu pstrokato pomalowanym formom w jadalni, której szklane ściany odbijały do wewnątrz światło lamp, tak że płonęły niczym gwiazdy na żółtych sklepieniach szyb, myślałem o tobie, Wiktorze, skulonym tam, w lustrze, w twoim pokoju, w tamtej przeraźliwej rupieciarni nocnego składu, i wyobrażałem sobie, jak podczas niekończącej się nocy w chłopskiej bani Swidrygajłowa wyłaniam się falami z twojej skóry pośród czarnej pary zagęszczającej ciemność i tajemnicę.Ty, skulony, z rękami Przy skroniach, wyjesz bezgłośnie w noc, która nie staje się przejrzystsza, lecz gęstnieje dymem twojej skóry.Tam, na stosie starych butów, na worku z bielizną, między obciążonymi kurzem pajęczynami, uderzasz o siebie dwa owalne kamienie i pojawia się nagle jasny płomień.Twoje dłonie zajmują się od niego i spowija cię zapach spalonego kamienia [ Pobierz całość w formacie PDF ]