[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie wypuszczając go z objęć, zapytała prowokująco:— Czy uważasz się za równego Adze?Roześmiał się i ruszył ku schodom, niosąc ją w ramionach.— Sama osądzisz — rzekł z przechwałką.— Podpalę Khawarizm jak pochodnię, by oświetlić ci drogę do mego namiotu.przeł.Zbigniew A.KrólickiPłomienny nóżThe Flame KnifeRobert E.HowardL.Sprague de CampNie wiadomo, czy Conan spełnił swoją groźbę o puszczeniu Z dymem miasta Jehungira — Khawarizmu.Jedno jest pewne — kiedy zabrał na nowo swój oddział, składający się z kozaków i piratów, stał się tak poważnym zagrożeniem dla Króla Yezdigerda, że ten zrezygnował ze swych podbojów, aby stawić czoła niebezpiecznym hordom i rozbić je doszczętnie.Turańskie oddziały zostały odwołane znad granic państwa i w jednym, zmasowanym ataku rozbiły siły nieprzyjaciela.Niektórzy spośród tych, co przeżyci udali się na wschód, w dzikie ostępy Hyrkanii, inni podążyli na zachód, aby na pustyni dołączyć do plemion Zuagirów.Conan wraz Z najlepszymi zawrócił na południe i po męczącej wędrówce przez Góry Ilbarskie dotarł do Iranistanu.Tam przyłączył się do armii jednego z najpotężniejszych rywali Yezdigerda — króla Kobad Szacha, aby służyć w oddziałach lekkiej jazdy.1Noże w ciemnościDelikatne szuranie stóp kogoś ukrywającego się w spowitym w ciemnościach przejściu ostrzegło potężnego Cymeryjczyka.Odwrócił się błyskawicznym ruchem i ujrzał wysoką postać, która wyskoczyła z czarnych podcieni w jego stronę.Było ciemno, ale Conan dostrzegł wykrzywione wściekłością brodate oblicze i błysk stali w uniesionej dłoni, nim gwałtownym skrętem ciała zszedł z linii jego ciosu.Nóż rozciął materiał tuniki i ześlizgnął się po ogniwach kolczugi, jaką Cymeryjczyk miał pod spodem.Zanim zabójca zdołał odzyskać równowagę, olbrzym złapał go za rękę i odwróconą dłonią, niby młotem, wymierzył mu potężny cios w kark.Mężczyzna osunął się na ziemię bez jęku.Conan pochylił się nad nim w pełnym napięcia oczekiwaniu.Zza najbliższego rogu ulicy ułowił uchem cichy szelest obutych w sandały stóp i stłumiony brzęk stali.Te złowieszcze dźwięki przypomniały mu, że nocą ulice Anshanu stawały się śmiertelną pułapką.Zawahał się z na wpół wyjętym z pochwy sejmitarem — wschodnią szablą o szerokim ostrzu — po czym wzruszył ramionami i odszedł pospiesznie w dół ulicy.Omijał z dala mroczne bramy w murach budynków graniczących z ulicą.Skręcił w szerszą ulicę i parę chwil później gwałtownie załomotał do drzwi, nad którymi płonęła brązowa latarnia.Drzwi otwarły się niemal natychmiast.Conan wszedł do środka i rzucił:— Zamknij drzwi, ale żywo!Potężny Shemita, który go wpuścił, zasunął ciężką zasuwę i odwrócił się; spoglądając na swego dowódcę, pociągał nerwowo za poskręcane kudły szpakowatej brody.— Conanie, masz pociętą bluzę — mruknął.— Jakiś człowiek próbował mnie zabić — odrzekł Conan.— Nie był sam.Czarne oczy Shemity zalśniły.Jego wielka, owłosiona ręka dotknęła metrowego ilbarskiego sztyletu, który nosił na biodrze.— Pozwól nam uderzyć i powyrzynać te psy! — zażądał.Conan pokręcił przecząco głową.Był potężnym mężczyzną, o wiele wyższym od Shemity, ale jak na swoje rozmiary poruszał się z iście kocią zręcznością.Jego potężna klatka piersiowa, gruba szyja i potężne bary świadczyły o pierwotnej sile, szybkości i niebywałej wytrzymałości.— Wszystko w swoim czasie — powiedział.— To wrogowie Balasha, którzy wiedzieli, że miałem dziś utarczkę z królem.— Coś takiego! — krzyknął Shemita.— To doprawdy złe wieści.Co powiedział król?Conan podniósł do ust dzban wina i opróżnił go do połowy.— Kobad Szach jest trawiony szaleństwem.Podejrzewa wszystko i wszystkich.Obecnie trafiło na naszego przyjaciela, Balasha.Wrogowie wodza nastawili króla przeciwko niemu, ale swoją drogą Balash to uparty człek.Nie chciał przybyć i poddać się, jak tego żądał Kobad.Wiedział, że kosztowałoby go to głowę, a on nie chce jeszcze żegnać się z życiem.Kobad rozkazał mi, abym wraz z kozakami udał się w Góry Ubarskie i przyprowadził Balasha — o ile to możliwe w całości, a przynajmniej jego głowę.— No i…— Odmówiłem.— Odmówiłeś? — spytał pełnym przerażenia szeptem Shemita.— Oczywiście.Za kogo mnie uważasz? Opowiedziałem Kobad Szachowi jak Balash i jego szczep uratowali nas, kiedy w środku zimy, podczas wędrówki na południe od morza Vilayet zgubiliśmy się w Górach Ilbarskich.Większość górali była za natychmiastowym skróceniem nas o głowy… Alea, ten głupiec nie chciał słuchać.Zaczął krzyczeć o swojej władzy królewskiej, o bezczelności nisko urodzonych barbarzyńców i inne takie… Jeszcze słowo i wepchnąłbym mu do gardła ten jego cesarski turban.— Ale nie uderzyłeś króla? — spytał Shemita.— Nie, choć chciałem to uczynić.Na Croma! Nie potrafię pojąć, jak wy, cywilizowani ludzie, możecie pełzać na brzuchach przed byle dupkiem, któremu uda się usiąść na pokrytym klejnotami krześle z błyskotką na łbie.— Bo te dupki mogą jednym skinieniem kazać nas obedrzeć ze skóry albo wbić na pal.A teraz musimy uciekać z Iranistanu, aby uniknąć gniewu króla.Conan skończył wino i oblizał wargi.— Nie sądzę.Nie będzie nas ścigał.Wie, że jego armia nie jest taka, jak za czasów jego przodków, a my jesteśmy jedynym oddziałem lekkiej jazdy, na jaki może liczyć.Mimo to jednak pozostaje sprawa naszego przyjaciela Balasha.Kusi mnie, by wyruszyć na północ i ostrzec go.— Sam, Conanie?— Dlaczego nie? To tylko parę dni.Możesz tymczasem rozpowiadać, że odsypiam kolejną pijatykę.Ciche pukanie do drzwi przerwało w pół słowa wypowiedź Conana.Spojrzał na Shemitę, podszedł do drzwi i ryknął:— Kto tam?— To ja, Nanaja — rozległ się kobiecy głos [ Pobierz całość w formacie PDF ]