[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Mimo iż zmysłowe ciało okrywał prosty żeglarski ubiór, lordowie Zingary stwierdzili, że osoba ta jest im znana, choć widywali ją w daleko wspanialszych szatach.— Księżniczka! — wykrztusił jeden z baronów.— Co? Chabela? — zawtórował stary król, rozglądając się nerwowo dookoła.Wszyscy przekonali się już, że to rzeczywiście ona.Zanim jednak zasypała ją lawina pytań, księżniczka przemówiła sama:— Dostojni panowie, kapitan Conan mówi prawdę! Ten oto stygijski intrygant o czarnym sercu schwytał mego ojca w swe magiczne sieci.Conan wyzwolił mnie z jego rąk i wróciliśmy razem do Kordafy, by powstrzymać zapędy uzurpatora! Straż, obezwładnić go!Kapitan straży królewskiej wydał krótki rozkaz i wydobył miecz, aż zazgrzytała stal, po czym postąpił naprzód na czele swego oddziału.Conan i dziewięciu marynarzy zbiegło w dół po schodach, błyskając ostrzami mieczy w świetle lamp.Chabela została na górze wraz z Ninusem, kapłanem Mitry.Człowieczek upadł na kolana jak obłąkany i wysokim głosem zaintonował modlitwę do boga:— O Mitro, Panie Światłości! Wspomóż nas w walce z nieczystą mocą Seta! Na święte imię Craoshy i Zunrana, władcy nieskończonego czasu, wzywamy cię tą modlitwą! Uderz swym świętym ogniem, by spłonął Stary Wąż i strąć go z wysokości!Czy Thoth–Amon osłabł od tytanicznego napięcia umysłu, czy też praktyka spowodowała coraz lepsze wykorzystanie Korony Kobry przez Villagra, czy wreszcie Mitra włączył się w całą sprawę, dość, że Stygijczyk pobladł, przygarbił się i osłabł, po czym cofnął się o krok.Villagro otworzył usta do triumfalnego okrzyku.Zanim jednak ktokolwiek okrzyk ten usłyszał, Thoth–Amon zagrał swą ostatnią kartą.Wyciągnął długi ciemny palec wskazujący w kierunku księcia Kordafy.Wokół palca rozbłysła zielona poświata, która po chwili zmieniła się w smugę szmaragdowego światła.Strumień promieniowania uderzył w głowę Villagra i osadzoną na niej koronę zdobną w diamenty.Klejnoty rozjarzyły się oślepiającym szmaragdowym blaskiem, a złota korona zalśniła czerwienią.Villagro wydał przeszywający krzyk, zatoczył się i chwycił za głowę, jakby próbował zedrzeć z niej koronę.Jego farbowane na czarno włosy stanęły w płomieniach, wydzielając kłęby ciemnego dymu.Za chwilę komnatę wypełniło oślepiające błękitne światło pioruna, który uderzył na zewnątrz, przydając wysokim oknom wściekłego blasku.Jedna z szyb pękła z brzękiem.Do środka zaczęła wlewać się wąska struga deszczu.Niektórym z zebranych, na wpół oślepionych błyskawicą i całkowicie ogłuszonych potwornym grzmotem, który po niej nastąpił, wydało się, że świetlna macka wpadła przez rozbite okno do sali, by spaść jak kosmiczny bicz na zdruzgotanego księcia Kordafy.Villagro upadł twarzą na posadzkę, a Korona Kobry potoczyła się po marmurze.Włosy księcia były doszczętnie wypalone, a skóra na głowie w miejscu, gdzie dotykała jej Korona, spieczona została na węgiel.Tak skończyły się ambitne marzenia księcia Villagro, któremu nie wystarczyła piastowana godność i — który tęskniąc za królewską koroną — zginął przez swą wygórowaną ambicję.Rozdział XXCzerwona krew i zimna stalTa przerażająca scena zmroziła na moment wszystkich obecnych na sali.Pierwszy otrząsnął się Thoth–Amon.— Menkara! Zarono! — wrzasnął.— Do mnie!Gdy kapłan Seta i korsarz z obnażonym rapierem w dłoni byli już przy nim, stygijski czarnoksiężnik rzekł:— Zbierzcie waszych ludzi i stronników Villagra! Uderzcie szybko i zdecydowanie.Jeśli tego nie zrobicie, zapłacicie głowami! Skoro Conan stanął po stronie króla, nie możecie już pogodzić się ze starym reżimem!— A gdzie twoje zaklęcia? — warknął Zarono.— Dlaczego nie zmieciesz wrogów jednym ruchem ręki?— Zrobię, co będę mógł, ale moc czarów też jest ograniczona.Do broni!— Masz rację — odrzekł Zarono odwracając się na pięcie.— Kamraci! — krzyknął.— Villagro nie żyje, ale żyje książę Stygii! Jeśli dzięki naszym mieczom zasiądzie na tronie, wszyscy będziemy lordami! Do mnie!— Wszyscy lojalni Zingaranie do mnie! — ryknął Conan.— Do boju za króla i księżniczkę! Uchrońcie Zingarę przed rządami diabła z piekieł Stygii!Przez chwilę trwało zamieszanie, gdy przeciwne strony zbierały się przy swych przywódcach.Większość zwolenników Villagra ruszyła w stronę Zarona, podczas gdy przeważająca część szlachty i oficjeli skupiła się wokół Conana i jego marynarzy.Niektórzy, niezdecydowani lub po prostu bojaźliwi, chyłkiem wymknęli się z sali.Już na pierwszy rzut oka widać było, że ludzie skupieni wokół Zarona mają przewagę liczebną.Mimo, iż część straży pałacowej dołączyła do Conana, większość zbrojnych, będąc najemnikami Villagra, przyłączyła się do Zarona.Wszyscy ci żołnierze ubrani byli w półzbroje dające im przewagę w bitwie.— Jest nas więcej! — krzyknął Thoth–Amon z wysokości podium.— Poddajcie się, a pozwolę wam ujść z życiem!Conan w odpowiedzi głośno i nieprzyzwoicie zasugerował czarownikowi, co powinien zrobić ze swą propozycją.— Naprzód za Thoth–Amona, króla Zingary! — wrzasnął Zarono, nacierając na najbliższego człowieka z partii Conana.Dał się słyszeć szczęk mieczy.W bitewnym zamieszaniu obie grupy przemieszały się.Wciąż rozbrzmiewał zgrzyt żelaza o żelazo.Sala tętniła walką i bojowymi okrzykami zmagających się mężczyzn.Miecz uderzał o miecz, hełm, pancerz i tarczę.Tu i ówdzie padał zbroczony krwią wojownik.Z ran wypływały purpurowe strumienie i słychać było jęczących w agonii śmiertelnie rannych.Conan uśmiechnął się z zadowoleniem, błyskając białymi zębami na tle ciemnej twarzy o ostrych rysach.Czas słów skończył się.Mimo że minione lata nauczyły go rozwagi i odpowiedzialności, pod powłoką dojrzałości wciąż krył się ponury barbarzyńca przedkładający nade wszystko zażartą walkę, a ta zapowiadała się na najciekawszą od dobrych kilku miesięcy.Zeskoczył ze schodów i ruszył na pierwszego z brzegu poplecznika Zarona, obalając go, a następnie depcząc po nim, aż nieszczęśnikowi pękł kręgosłup.Lądując jak kot na cztery łapy, Conan kopnął następnego w brzuch i wbił miecz między żebra mężczyzny, który usiłował przyjść z pomocą koledze w tarapatach.Cymeryjczyk rzucił się znów w wir walki ze zwinnością atakującej pantery, tnąc przeciwników jak dojrzałą pszenicę.Górował nad nimi wzrostem, zwłaszcza, że Zingaranie nie są z natury narodem ludzi wysokich.Lekkie miecze, którymi usiłowali parować potężne uderzenia Conana, pękały, a ludzie padali przed nim z odrąbaną głową lub ramieniem.Za nim szaleli jego korsarze wywijając mieczami.Większość Zingaran po obu stronach była biegła w szermierce; byli oni bowiem potomkami ludzi, którzy podnieśli tę umiejętność do rangi sztuki.Mimo że Conan urodzony był i wychowany jako barbarzyńca, to jednak walka wypełniała mu całe życie, a sztukę władania mieczem poznawał z zaangażowaniem konesera [ Pobierz całość w formacie PDF ]