[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kiedy rzucał fotelem, spowity w zieloną poświatę Thoth-Amon zniknął.Conan obrócił się.Wszędzie panował chaos.Rozsypane węgle spowodowały, że pokrywająca podłogę słoma poczęła płonąć wydzielając gęsty dym.Po całej komnacie porozrzucane były ciała nieprzytomnych, martwych i okaleczonych przeciwników.Król ujrzał, jak jego syn wywija zydlem po drugiej stronie komnaty.Connowi udało się zadać rany pół tuzinowi mnichów, jednak następni zaczęli go już otaczać, potrząsając śmiercionośnymi laskami.Pozostali, wystawiając przed siebie czarnoksięską broń, wbiegali po stopniach na podwyższenie, na którym stał Conan.9.NOC KRWI I OGNIAConan chwycił miedzianą misę.Oparzył sobie dłonie, ale cisnął gigantyczne naczynie w pierwszy szereg atakujących.Mnisi potoczyli się w tył, bezładnie wymachując rękami i nogami Conan obrócił się na czas, by dostrzec, jak olbrzymi Murzyn niknie w kolejnym, bezgłośnym rozbłysku zielonego światła.Najwidoczniej przy pomocy magii można było w jednej chwili pokonać ogromną odległość między mroźną Hyperboreą a porośniętym dżunglami Zembabwei.Bez wątpienia władcy czarnoksięskich bractw skorzystali z tej samej drogi, by dotrzeć do Pohioli.- Cymmerianinie!Coś w sepleniącym głosie sprawiło, że Conan znieruchomiał i odwrócił się w stronę przedstawiającego sobą żałosny widok Pra-Euna.Zdobione klejnotami szaty były ponadpalane i pokryte sadzą.Inkrustowana drogimi kamieniami korona spadła z głowy, obnażając wygoloną czaszkę.Na poły zwęgloną twarz pokrywały okropne pęcherze, lecz spod tej skwierczącej maski oczy czarnoksiężnika wpatrywały się w Cymmerianina z władczą mocą.Pra-Eun wyciągnął przed siebie poparzoną dłoń zdobną w migoczące pierścienie.Mimo okaleczenia z dygoczących palców wydobyły się białe promienie, szczelnie zamykając Conana w swoim kokonie.Cymmerianin gwałtownie nabrał powietrza w płuca.Miał wrażenie, że został wrzucony w lodowate wody rwącej rzeki.Jego kończyny ogarnął paraliż.Zacisnąwszy zęby, ze wszystkich sił starał się pokonać bezwład.Jego twarz nabrała z wysiłku sinoczarnej barwy, a oczy wyszły z orbit.Szybko jednak opuściły go siły.Znieruchomiał, nie będąc w stanie przełamać zaklęcia.Przycupnięty wśród gorejących węgli Kambodżańczyk uśmiechnął się i natychmiast skrzywił z bólu wywołanego przez oparzenia.W zimnych, gadzich oczach czarnoksiężnika zabłysła piekielna uciecha.Powoli wyciągnął ramię na całą długość, mamrocząc przywołujące moc zaklęcia.Krzepkie serce Conana przeszył ból.Zaczęła go wciągać bezdenna ciemność.Wtem rozległ się głuchy trzask i w skroni Pra-Euna utkwił nacięty koniec bełtu.Pozostała część pocisku przeszyła mózg Kambodżańczyka.Zimne, czarne oczy nabrały szklistego wyrazu w chwili, gdy uleciało z nich życie.Dreszcz przeniknął przykucniętą postać, po czym czarnoksiężnik zachwiał się i padł w przód.Czar przestał działać.Conan był wolny.Król zachwiał się, wyprostował i oddychając głęboko czekał, aż życie wróci w jego odrętwiałe kończyny.Uniósł wzrok znad ciała zabitego Pra-Euna.W drugim końcu komnaty łowczy Euric opuszczał masywną kuszę.Trafienie skulonego czarownika znajdującego się po przeciwnej stronie sali pogrążonej w chybotliwym blasku stanowiło najryzykowniejszy strzał w jego życiu.Za nim do komnaty wpadło kilkunastu odzianych w kolczugi rycerzy, a następnie setka rosłych gwardzistów w barwach Tanasulu.Prospero dotarł z odsieczą.Gdy świt rozpromienił niebo różową poświatą, Conan naciągnął na ramiona syna ciepły, wełniany płaszcz.Choć ręce miał obandażowane z powodu oparzeń od miedzianej misy, sam posadził Conna na grzbiet konia jednego z gwardzistów.Długa noc krwi i ognia dobiegła końca.Rycerze Prospera przeczesali twierdzę, wybijając co do jednego sługi królowej-wiedźmy.Noc, w czasie której starto z powierzchni ziemi kult wyznawców śmierci władających północną krainą, należało uznać za szczęśliwą.Conan obejrzał się.Przez wąskie, strzelnicze okienka twierdzy Pohioli widać było gorejące wewnątrz płomienie.Dach fortecy zaczął się już zapadać.Pod zwałami głazów pogrzebane zostały ciała Louhi i Pra-Euna.Czyż nie ostrzegał wiedźmy przed jej przeznaczeniem?Prospero pomknął jak wiatr do Tanasulu, w ciągu kilku godzin zorganizował zbrojną wyprawę i ruszył przez Gunderłandię i Pograniczne Królestwo z takim pośpiechem, jak gdyby goniło go tysiąc diabłów.Dniami i nocami dręczeni obawą rycerze bezlitośnie poganiali konie.Los sprawił, że zdążyli w ostatnim momencie.Gdy pod osłoną burzy dotarli do twierdzy, na umocnieniach ani w oknach nie było nikogo, kto mógłby donieść o nadejściu odsieczy.Stało się tak dlatego, że Conan zajął uwagę pięćdziesięciu mnichów-zabójców i czwórki najpotężniejszych na Ziemi czarnoksiężników.Zwodzona krata była podniesiona, nabijane zaś ćwiekami wielkie wrota otworzyły się za jednym dotknięciem.Słudzy Białej Dłoni zbyt gardzili zwykłymi śmiertelnikami i zbyt wielkie zaufanie pokładali w swej królowej, by zadać sobie trud zaryglowania wejścia.Ziemią wstrząsnął grom, płomienie wzniosły się pod niebiosa.Wielka twierdza runęła za plecami zbrojnych.Nadszedł koniec Pohioli, lecz zawarte w niej zło miało przetrwać jeszcze tysiące lat w mitach i legendach.Znużony podróżą i walką Prospero, w którego oczach gorzała jednak radość zwycięstwa, podjechał do Conana jadącego obok śpiącego na koniu chłopca.Oczy Cymmerianina zabłysły.- Pamiętałeś nawet, żeby przyprowadzić Czarnego Wodana! - uśmiechnął się i poklepał czule bok wielkiego wierzchowca, który cicho zarżał.- Wracamy do domu, panie? - spytał Prospero [ Pobierz całość w formacie PDF ]