[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Był głębszy i pełniejszy.Sprawiał, że podłoga świątyni zdawała się dygotać niczym szarpnięta struna lutni.— Królu! Wiedz, że jestem prawdziwą boginią Nebethet, która wstąpiła w ciało śmiertelnej kobiety.Czy jakiś śmiertelnik śmie w to wątpić?Thutmekri, obłąkany z wściekłości i rozpaczy, warknął do jednego z Shemitów:— Zastrzel ją!Mężczyzna uniósł łuk.Kobieta zaś uśmiechnęła się lekko i wyciągnęła palec.Nastąpił błysk, ostry trzask i Shemita padł martwy miedzy swoich towarzyszy.— Teraz wierzycie? — zapytała.Odpowiedziało jej milczenie.Potem wszyscy: król, kapłani, wojownicy i najemnicy, a nawet Conan i Thutmekri padli na kolana i pochylili głowy.Bogini rzekła:— Wiedz, o królu, że ci dwaj łotrowie, Thutmekri i Conan, pragnęli wykorzystać ciebie, nie udało się im bowiem oszukać kapłanów w Keshanie.Stygijczyk zasługuje jedynie, by rzucić go krokodylom.Cymmerianin nie zasługuje na lepszy los, ale chcę obejść się z nim łagodniej, ponieważ był dobry dla kobiety, w której ciało wstąpiłam.Daj mu dwa dni na opuszczenie królestwa, a jeśli nie posłucha, niech stanie się ofiarą gadów.Zobowiązuję cię, królu, do wypełnienia jeszcze jednego rozkazu.Mój wizerunek, strzaskany przed chwilą, już mi się znudził.Zbierz swych artystów, o królu, i każ wyrzeźbić im nowy posąg na podobieństwo kobiety, w którą wstąpiłam.Na razie zamieszkam w jej ciele.Zadbaj, by temu ciału nie brakowało najlepszego jedzenia i wina.Nie zapomnij o moich rozkazach.Teraz możesz odejść.Fioletowe światło zgasło i bogini znieruchomiała.Zdumieni ludzie podnieśli się w milczeniu i stali jak sparaliżowani.Stygijczyk i jego świta ukradkiem ruszyli w kierunku drzwi.Rozkaz króla położył kres ciszy.— Brać ich! — ryknął.Oszczep o długim ostrzu wystrzelił z ręki puntyjskiego wojownika i wbił się w pierś jednego ze Stygijczyków.Ofiara wrzasnęła, zatoczyła jak pijana i rozpostarła na marmurowej posadzce.Z ust najemnika buchnęła krew.W następnej chwili świątynię wypełnił wrzask walczących.Oszczepy śmigały nad głowami, cięciwy jęczały, włócznie dźgały na prawo i lewo, W powietrzu zawirowały noże o zębatych ostrzach.Maczugi z twardego drewna dudniły na tarczach ze skóry nosorożca i wełnistowłosych łbach.Wojownicy Punktu raz za razem atakowali zbitą gromadkę strażników Thetmekriego.Po każdym starciu cofająca się fala napastników pozostawiała po sobie rannych i umierających, z poszarpanymi tętnicami i zaplątanych we własne jelita.Thutmekri dobył szablę.Klnąc i wzywając Seta, Yiga oraz wszystkie inne demony ze stygijskiego panteonu, rąbał swych wrogów jak szaleniec.Wkrótce wokół niego zrobiło się pusto.Najbliżsi Puntyjczycy umknęli w popłochu, a wówczas Thutmekri dostrzegł Conana, stojącego z mieczem w dłoni w pobliżu podestu.Z ustami wykrzywionymi z nienawiści, Stygijczyk przedarł się przez tłum i rzucił na człowieka, którego obwiniał o udaremnienie wszystkich swoich knowań.— To dla ciebie, cymmeriański prostaku! — wrzasnął, wyprowadzając cios, który miał ściąć głowę Conana.Barbarzyńca sparował i ostrza spotkały się z dźwiękiem przypominającym uderzenie dzwonu.Klingi odskoczyły od siebie, zatoczyły koło i znów starły się ze zgrzytem, krzesząc snopy iskier.Przeciwnicy miotając przekleństwa krążyli wokół siebie, tnąc, rąbiąc i zbijając ciosy.Conan po szybkim wypadzie ciął mieczem w bok swego wroga.Stygijczyk jęknął i zgiął się we dwoje.Rzucił szablę i złapał się za rozrąbany bok.Krew trysnęła spomiędzy jego palców.Po drugim ciosie Conana głowa Thutmekriego odpadła od ramion i potoczyła po posadzce.Na widok śmierci dowódcy, ludzie Stygijczyka hurmą pognali do wyjścia.Zdesperowani rzucili się na otaczających ich Puntyjczyków, odpychając jednych, a tratując innych.Po chwili wypadli przed świątynię.— Za nimi! — krzyknął Lalibeha.— Wybić ich do nogi.Król, kapłani i wojownicy wybiegli za uciekinierami.Kiedy Conan dotarł do wyjścia, na trawiastym stoku roili się ścigający i ścigani.Niektórzy dosiadali koni, inni biegli w koło jak szaleńcy.Tylko nielicznym najemnikom udało się zniknąć w pobliskim lesie.Conan cofnął się i przestępując ciała martwych i rannych podszedł do podestu.Muriela stała bez ruchu w miejscu, które wcześniej zajmował posąg z kości słoniowej.— Chodź, Murielo, musimy iść — rzekł Cymmerianin.— Jak ci się udało stworzyć ten fioletowy blask?— Iść? — powtórzyła patrząc w jego oczy.Głowę kobiety znów otoczyło fioletowe światło, a jej ton i zachowanie cechowała jakaś zimna obojętność, daleko wykraczająca poza umiejętności Murieli [ Pobierz całość w formacie PDF ]