[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Nie przyniosła ci nawet kubka zimnej herbaty ani garści okruchów? Cóż za niedbalstwo – ale z drugiej strony, ona sama tak cudownie się dziś bawi…–Jezu! – odezwałem się.– Prawdziwy z ciebie dupek.Podniosłem głowę.Odwrócił się i wpił we mnie wzrok, choć tak naprawdę wcale mnie nie widział.–Masz rację… – Na jego twarzy malowało się teraz tak wielkie zaskoczenie, jakby po raz pierwszy oglądał siebie w lustrze.– Jesteś bardzo spostrzegawczy, jeśli chodzi o ludzkie charaktery.Ale to chyba musi być cecha wszystkich telepatów.– Jego usta wygięły się już w kolejnym szyderczym uśmiechu.Zakląłem i podniosłem się, bo miałem serdecznie dość bycia obiektem jego chorych żartów.Ruszyłem w stronę drzwi, nie bardzo wiedząc, dokąd miałbym iść, wiedziałem tylko, że chcę się znaleźć jak najdalej stąd.–Kocie, czekaj…Przystanąłem, odwróciłem się powoli.Miał teraz na sobie najlepszą imitację ludzkiej twarzy, jaką u niego widziałem.Przechylił głowę na bok.–Słuchaj, przepraszam.Zrobiłem z siebie kompletnego dupka.Masz absolutną rację.I jesteś absolutnie uczciwy, czego nie mógłbym powiedzieć o nikim z tych, co się tu znajdują, nie wyłączając mnie.– Uniósł do góry dłonie.– Nie idź.Co powiesz na rozejm? Ja nie będę się z ciebie naśmiewał, jeśli ty obiecasz, że nie będziesz mówić mi prawdy.Poczułem, jak twarz tężeje mi w oczekiwaniu na następny policzek.Nie odezwałem się.Ale on wrócił z powrotem do tego, co zaczął przedtem: wsunął rękę w głąb czegoś, co wyglądało jak wisząca przy ścianie kamienna figura.Ręka zniknęła aż po sam łokieć, a po chwili pojawiła się z powrotem, trzymając małe ceramiczne pudełko.Postawił je na biurku.–Moje prochy – wyjaśnił, po czym otworzył pudełko z uśmiechem zażenowania, niepewny mojej reakcji.Kiedy nadal nic nie mówiłem, wyjął ze środka kilka plastikowych arkuszy usianych kolorowymi kropkami i zaczął odrywać je po jednej.Udekorował czoło niebieskimi i zielonymi, przylepił sobie podwójną obrożę z czerwonych i złotych na szyi, pod rozpiętym kołnierzem schludnej szarej tuniki, a do rozporka wepchnął sobie fioletową.–Ach, już mi lepiej.–Mam nadzieję, że wiesz, co wyprawiasz – odezwałem się w końcu.– Bo ja nie mam zamiaru zeskrobywać cię z podłogi, jak przedawkujesz.–Jasne, że wiem – parsknął.– A ty? Słyszałem, że od daw-na jesteś doświadczonym narkomanem.Poczęstuj się.– Machnął w moją stronę do połowy opróżnionymi arkuszami.Potrząsnąłem odmownie głową.–Już nie biorę.– Był taki czas, kiedy spróbowałbym wszystkiego, co ktoś zechciałby mi wcisnąć, żeby jakoś zapełnić tę pustkę w środku, której nie potrafiłem wtedy nazwać.Wszystkiego, co pozwoliłoby mi znieść ból przetrwania kolejnego dnia na ulicy.Mam szczęście, że uszedłem z tego z życiem.Teraz już nie potrzebuję narkotyków.Nagle moja ręka zapragnęła sięgnąć za ucho i oderwać plaster, który tam znajdzie.A może tylko upewnić się, że jeszcze tam jest? Przycisnąłem rękę do boku.Daric popatrzył na mnie na pół zdziwiony, na pół naburmu-szony.Zmusiłem się, by sprawdzić, co też się dzieje teraz w jego mózgu.Zastałem tam tylko normalny dla niego smrodek szyderstwa i czarnego humoru, a pod nim elektryczną pieśń ledwie kontrolowanego napięcia i przypadkowe pasma obrzydzenia i niechęci… Jego umysł był jak dżungla, a teraz jeszcze narkotyki wypełniły go lianami chaotycznych odczuć, kiedy pootwierały na oścież wszystkie jego zmysły.Nie mogłem przedrzeć się głębiej, ograniczony kalectwem swojej psycho.Daric westchnął, a błogi uśmiech rozciągnął mu twarz jak kawałek plastiku.–Co za ulga! – Wyglądał jak ktoś, komu właśnie odjęto od gardła ostrze noża; niemalże sam czułem, jak się rozluźnia.Nie dziwota, że lubił prochy.Patrzyłem, jak wpycha pudełko z powrotem do kryjówki za niby-figurą.– Nie mam zamiaru dłużej oglądać tego widowiska z poprzebieranych psów na kucykach.Wierz mi, nic nie tracisz.Wredną, bezsensowną i krańcowo nudną grę w Ofiary i Bestie, nic więcej.Ja sam mam własne małe przyjęcie, w Czyśćcu.Argentyne stworzyła właśnie nowy kawałek, specjalnie na dzisiejszy wieczór.Będą tam wszyscy moi ulubieńcy… Chcesz pójść ze mną? – Oczy zajaśniały mu nagłym zapałem.– Chodź ze mną.Będziesz prawdziwą sensacją!Zamrugałem oczyma i gapiłem się w milczeniu, bo nie mogłem uwierzyć, że naprawdę mnie zaprasza.Potrząsnąłem głową odmownie.–Nie mogę.Uniósł w zdumieniu brwi.–Niby dlaczego? Boisz się, że pismaki zjedzą cię żywcem?Nikt nawet nie będzie wiedział, że gdzieś chodziłeś.Będziesz bezpieczny.Zastanawiałem się przez chwilę nad jego słowami, opanowany nagłym przypływem podniecenia, bo wyobraziłem sobie, jak się uwalniam z tego więzienia, czuję się rzeczywisty i żywy, choćby na jedną noc…–Ja… ja mam tu zostać.Mam swoją robotę.Braedee…–Braedee?! – Roześmiał się [ Pobierz całość w formacie PDF ]