[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Uwielbiam cię, Frances.A potem w nią wszedł, głęboko i do końca.Jak przezmgłę pamiętała, Ŝe teŜ coś mu mówiła, ale nie mogła przypomnieć sobie słów.CzyŜby mupowiedziała, Ŝe go kocha? To się jej nie spodobało.Zmusiła się, by pomyśleć o czymś innym.Co było na tej kartce? Dlaczego nie chciał jej pokazać?*Dwa dni później Frances jak zwykle robiła obchód stajni.Przyzwyczaiła się doćwiczenia z Latającym Dawidem; wybierała się z nim na pięciomilową trasę, która wiła się narówninach na północ od domu i pozwalała ładnym kołem wrócić wprost do padoków.- Dziś będzie pani ćwiczyła z Tamerlanem, lady Frances - powiedział Belvis.-Latający Dawid musi dziś zostać w padoku, bo Timothy próbuje z nim moje nowe pomysłyna strategię obronną.- Myślę, Ŝe Timothy w czasie zawodów powinien mieć przy sobie pistolet -zaŜartowała, przypominając sobie rozcięcie na udzie Timothy'ego powstałe od uderzeniaszpicrutą innego dŜokeja.Belvis się roześmiał.- To całkiem dobry pomysł.BoŜe, moŜe kiedyś i do tego dojdzie.Słyszałem, Ŝe ksiąŜę Portland staje na głowie, Ŝeby poprawić poziom wyścigów, ale jak narazie idzie to dość opornie.Belvis pomógł Frances wsiąść na Tamerlane'a.- Pamiętaj, pani, Ŝeby przez pierwszą milę trzymać go krótko - dodał, uśmiechając siędo Frances.- MoŜesz spróbować wyobrazić sobie, Ŝe masz po bokach innych dŜokejów.Toznaczy, chciałem powiedzieć, innych wariatów.Bardzo wielu.Zamierz się na nich, pani, ipoczęstuj ich kilkoma kwiecistymi szkockimi przekleństwami.Frances zasalutowała Belvisowi i stuknąwszy Tamerlane'a obcasami, skierowała się wstronę stajennego dziedzińca.Pomachała męŜowi, a potem ominęła padok i udała się wkierunku połoŜonych poniŜej pól.Głośno się roześmiała, słysząc parsknięcia szarpiącego sięw cuglach Tamerlane'a.- Masz ochotę pobiegać, prawda, mój chłopcze? - powiedziała, klepiąc go po lśniącejszyi.- Dobrze, pokaŜmy więc wszystkim, ile jesteś wart.Podmuch wiatru zerwał jej toczek z głowy.Uśmiechnęła się, czując ogarniającą jąeuforię.Przed nimi była jeszcze tylko jedna przeszkoda, jeden skok przez niespełna metrowypłot oddzielający tereny naleŜące do Desborough Hall od terenów naleŜących do posiadłościBourchierów.Rozmawiali juŜ z Johnem o rozmontowaniu płotu, ale jeszcze się tym nie zajęli.Frances lubiła skakać przez przeszkody, gdy więc Tamerlane zbliŜył się do płotu, pochyliłasię i przylgnęła ciałem do jego karku.Koń odbił się, by poszybować nad przeszkodą, a w tym samym ułamku sekundyFrances zauwaŜyła stojącą po drugiej stronie płotu młockarnię najeŜoną przeraŜającowyglądającym Ŝelaznymi ostrzami.Nie myślała.Zadziałała odruchowo, próbując zmusićTamerlane'a, by skoczył w bok.Prawie jej się udało, ale nie do końca.Usłyszała pełen cierpienia ryk konia, poczułapod sobą jego szarpiące się ciało i przefrunęła nad nim.Twardo wylądowała i przez dłuŜszą chwilę leŜała na ziemi nieprzytomna.Gdy tylkosię ocknęła, jej wzrok natychmiast powędrował w kierunku głębokiej ciętej rany na tylnejlewej nodze konia.Stał nieruchomo, dyszał.Frances wiedziała, Ŝe musiał straszliwie cierpieć.Zerwała się na równe nogi i robiła wszystko, co w jej mocy, by uspokoić ogiera, apotem rzuciła się biegiem w kierunku stajni.Pobiegła na skróty, by zmniejszyć dzielącą ją odzabudowań odległość o dobre pół mili, ale gdy zdyszana wpadła na stajenny dziedziniec,kłucie w boku było tak silne, Ŝe z trudem oddychała.Pierwszy dostrzegł ją Hawk.- Frances! Co się, u diabła, stało!- Tamerlane.skoczył.ktoś zostawił młockarnię tuŜ za płotem.Jest ranny,straszliwie cierpi.- Tobie nic się nie stało? - zapytał.- Nic mi nie jest.Proszę, musimy się pospieszyć!Frances, zbierając maści, bandaŜe i mieszanki ziół uśmierzających ból, któreprzywiozła ze sobą z Kilbracken, słyszała Belvisa krzyczącego, Ŝe trzeba zabrać wóz dotransportu koni.Hawk dosiadł konia i posadził Frances tuŜ przed sobą.Nic nie mówił, tylko kopałobcasami boki Hebana, zmuszając go do galopu.Tamerlane był tam, gdzie zostawiła go Frances.Stał ze zwieszonym łbem.Hawkpoczuł, Ŝe coś ściska go za gardło, gdy zobaczył ranę.- Nie uśpimy go! - powiedziała stanowczo Frances.Gdy uspokajała konia, głaszczącgo i karmiąc ziołami o narkotycznym działaniu, Hawk i Belvis przyglądali się z bliskamłockarni.Krew Tamerlane'a wyglądała jak świeŜa rdza na jednym z ostrzy.- Kto mógł zrobić coś takiego? - Belvis stanowczo domagał się odpowiedzi,potrząsając głową.- Kto, na miłość boską?- Frances jeździ tędy niemal codziennie - odparł Hawk.Obaj odwrócili się na dźwięk dzikiego parskania Tamerlane'a, ale Frances trzymała gomocno.Była brudna, strój miała podarty, a włosy splątane, całkowicie skupiła się na koniu.Delikatnie oczyściła mu ranę, nałoŜyła maść, potem zabandaŜowała nogę.- Dobrze - powiedziała, oddychając głęboko.- Teraz musimy umieścić go w wozie.- Nic mu nie będzie - powtarzała w kółko, gdy oboje z Hawkiem patrzyli na Belvisa,zamykającego drzwi wozu i siadającego na miejscu woźnicy.- Wracajmy, Frances - powiedział Hawk.Nagle Frances poczuła palący ból, tak silny, jak jeszcze nigdy dotąd.Zbladła i ztrudem utrzymała równowagę.- Frances!- Moje ramię - wykrztusiła.- O BoŜe, Hawk! Boli!Hawk szybko zastanawiał się, co ma zrobić.RozwaŜał róŜne moŜliwości, aŜ wreszciepowiedział: - Pomogę ci usiąść, a potem obejrzę twoje ramię.Widział, jak Frances bardzo się stara, by nie krzyczeć z bólu.Gdy siedziała juŜ naziemi, powiedział:- Dobrze, a teraz zdejmę ci Ŝakiet.Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.Ból był nie do zniesienia i Frances modliła się, bystracić przytomność.Udało się wreszcie zdjąć Ŝakiet, ale pod nim była jeszcze bluzka.- Zrobię to tak delikatnie, jak się tylko da - powiedział i zaczął rozpinać długi rządobszytych satyną guziczków.Tym razem Frances nie udało się powstrzymać i jęknęła.Był to jęk długi i pełen bólu,a Hawk poczuł, Ŝe oblewa go zimny pot.Rozerwał bluzkę, by oszczędzić Ŝonie cierpienia,zaraz teŜ spostrzegł źródło bólu - Frances zwichnęła sobie ramię.Zastanowił się przez krótkąchwilę.- Frances, mogę ci od razu nastawić ramię.Będzie bolało jak jasna cholera, ale zarazpotem będzie juŜ po wszystkim.Albo mogę zabrać cię do domu i zawołamy lekarza, Ŝeby.- Zrób to - powiedziała przez zaciśnięte zęby.Hawk przełknął ślinę.Robi! to juŜ kilka razy, w wojsku, ale Ŝołnierze byli duzi i silni,a jego Ŝona delikatna i krucha.Zaklął, połoŜył ręce na jej ramieniu i wepchnął kość zpowrotem do panewki.Frances nie krzyknęła, nie wydała z siebie Ŝadnego dźwięku.- JuŜ - powiedział Hawk.Z ulgi niemal drŜał.- JuŜ po wszystkim, Frances.Jej głowa odchyliła się do tyłu; zobaczył, Ŝe zemdlała.- Jestem z ciebie dumny, kochanie - powiedział, delikatnie kładąc ją na ziemi ipodkładając pod głowę Ŝakiet.Szybko odzyskała przytomność i spojrzała na męŜa, szybko mrugając oczami.- JuŜ po wszystkim - powtórzył, delikatnie gładząc ją po policzku.- Teraz juŜwszystko będzie dobrze.Frances była nienaturalnie blada, a po chwili ta bladość przeszła w odcień jasnejzieleni.- Chce ci się wymiotować?Przełknęła ślinę, wstrząśnięta konwulsjami.Kiwnęła potakująco głową.- To zupełnie naturalne.Chodź, moja droga, zamknij oczy i staraj się nie ruszać [ Pobierz całość w formacie PDF ]