[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Teraz miała czternaście lat i pod jej kostiumem kąpielowym zaczęły się zaokrąglać piersi, małe i twarde jak jabłuszka.Chłopak nie umiałby powiedzieć, jakie jeszcze zaszły w niej zmiany, ale że zaszły, dostrzegał nawet na twarzy przyjaciółki; zmieniła się na przykład karnacja jej skóry.Zauważał te zmiany, przyprawiały go o napięcie i zakłopotanie, szczególnie gdy siedzieli tak blisko siebie jak w tej chwili.Serce zaczęło mu okropnie walić, jak zresztą zawsze ostatnimi czasy w obecności Hatsue.Nie znajdował słów, by wyrazić to, co go gnębiło, język mu stanął kołkiem.Czuł, że dłużej nie wytrzyma narastającego napięcia, musi otworzyć serce, musi wyznać dziewczynie miłość.Poruszała go nie tylko jej uroda, ale i wspólne przeżycia — tu, na plaży, nad wodą, wśród skał i w lasach za plecami.To była kraina ich lat dziecinnych, na zawsze nią pozostanie, a Hatsue była jej duszą.Wiedziała, gdzie szukać grzybów, jagód dzikiego bzu, kłączy paproci; od lat je razem zbierali.W jej towarzystwie Ishmael czuł się swobodnie jak w towarzysztwie najbliższego przyjaciela — w każdym razie do niedawna, od kilku miesięcy cierpiał bowiem przez Hatsue.Zdawał sobie sprawę, że będzie cierpiał nadal, jeśli czegoś z tym nie zrobi.Decyzja należała do niego.Wymagała odwagi tak wielkiej, że aż zrobiło mu się słabo.Była zbyt trudna.Zamknąłoczy i wymamrotał:— Bardzo cię lubię, Hatsue.Wiesz, co mam na myśli, prawda? Zawsze cię lubiłem.Nie odpowiedziała.Nawet na niego nie spojrzała; opuściła wzrok.Przełamawszy lęk, Ishmael nabrał odwagi, przysunął się do dziewczyny i musnął wargami jej usta.Były gorące.Poczuł zapach soli i ciepły oddech Hatsue.Przyciskał się do niej tak mocno, aż musiała podeprzeć się ręką, żeby nie upaść plecami w płytką wodę.Ishmael poczuł dotyk jej zębów i zapach wnętrza ust.Ich zęby lekko o siebie zazgrzytały.Chłopak zamknął oczy, a kiedy je otworzył, zobaczył, że Hatsue z całej siły zaciska powieki, żeby na niego nie patrzeć.Kiedy przestali się całować, zerwała się, chwyciła wiadro z małżem i puściła się biegiem wzdłuż plaży; biegać potrafiła szybko, o czym świetnie wiedział, wstał więc tylko po to, by odprowadzić ją wzrokiem.Kiedy zniknęła w lesie, położył się z powrotem w płytkiej wodzie i przez kilkanaście minut przeżywał pocałunek.Postanowił wtedy, że będzie zawsze kochał tę dziewczynę, cokolwiek się zdarzy; nie tyle zresztą postanowił, co zaakceptował rzecz nieuchronną.Od razu poczuł się lepiej, choć już w następnej chwili ogarnął go niepokój, przestraszył się bowiem, że pocałunkiem mógł coś popsuć.Dla niego, czternastolatka, ich miłość była zdarzeniem nieuniknionym, najnaturalniejszym w świecie.Zaczęła się w dniu, gdy pocałowali się po raz pierwszy, wtedy na morzu, trzymając się pudełka ze szklanym dnem, i będzie trwała wiecznie.Był tego pewien, podobnie jak tego, że Hatsue odwzajemnia jego uczucia.Przez następne dziesięć dni zapamiętale pracował — chwytał się najróżniejszych zajęć: pełł chwasty, mył okna — i zadręczał się myślami o Hatsue.Z rozmysłem unikał plaży — bał się tam pojawić.Coraz bardziej posępniał i chmurniał.Naprawiając druty, które podtrzymywały maliny pani Verdy Carmichael, sprzątając jej cienistą szopę na narzędzia i przygotowując wiązki cedrowych szczapek na podpałkę, ani na chwilę nie przestawał myśleć o Hatsue Imada.PomógłBobowi Timmonsowi zdrapać starą farbę z szopy i opełł grządki kwiatów pani Herberty Crow, która zajmowała się układaniem bukietów i traktowała matkę Ishmaela z góry.Pani Crow dziabała ziemię gracką o klonowym trzonku, klęcząc obok Ishmaela i przerywając co chwila pracę, żeby obetrzeć pot z czoła i oświadczyć, że Ishmael wygląda jej na przygnębionego.Wkońcu postanowiła, że muszą usiąść na ganku za domem i napić się mrożonej herbaty w wysokich szklankach i zjeść po kawałku cytrynowego ciasta.Wskazując na drzewo figowe, poinformowała młodego Chambersa, że posadziła je przed wieloma laty — przed iloma dokładnie, już nawet nie pamięta.Przyjęło się wbrew wszystkim przeciwnościom i obecnie rodziło obfitość słodziuteńkich fig.Pani Crow dodała, że bardzo lubi te owoce.Następnie, pociągnąwszy łyczek herbaty, zmieniła temat — rodziny, zamieszkałe wzdłuż South Beach, oznajmiła, są przez mieszkańców Amity Harbor uważane za samozwańczą arystokrację, bandę malkontentów, odludków i dziwaków; dotyczy to również rodziny Ishmaela.Czy orientuje się, że jego dziadek pomagał wbijać pale pod pomost w zatoce South Beach? Rodzina Papineau, ciągnęła pani Crow, nie bez powodu cierpi biedę, że aż piszczy: żadne z nich nie splamiło się w życiu pracą.Co innego Imadowie, ci zawsze ciężko pracowali, nie wyłączając ich pięciu córek.Ebertowie najmują do pracy zawodowych ogrodników i rozmaitych przyjezdnych specjalistów— hydraulicy, elektrycy i majstrowie od wszystkiego zjeżdżają do nich furgonetkami i odwalają za nich brudną robotę — co się zaś tyczy rodziny pani Crow, oni zawsze najmowali do pracy wyłącznie ludzi z sąsiedztwa.Ona i jej mąż mieszkają w South Beach od czterdziestu lat —uświadomiła Ishmaelowi starsza pani.Pan Crow pracował w przemyślę węglowym, potem wyrabiał deski szalunkowe, a ostatnio wziął się za budowę okrętów i obecnie bawi w Seattle, gdzie finansuje budowę fregat i trałowców dla marynarki wojennej pana Roosevelta (choć pan Roosevelt obchodzi jej męża tyle co zeszłoroczny śnieg, dodała pani Crow) — ale czemuż to Ishmael jest taki przygnębiony?— Rozchmurz się, chłopcze! — zawołała i napiła się herbaty.— Życie jest piękne!Najbliższej soboty Ishmael wybrał się na ryby z Sheridanem Knowlesem.Siedząc u wioseł, zadręczał się myślami o Hatsue, gdy w pewnej chwili dojrzał pana Crow.Wsparty dłońmi o kolana, małżonek pani Herberty wślepiał się w teleskop ustawiony na trójnogu pośrodku tarasowatego trawnika i śledził zazdrosnym okiem jachty przybyszów ze Seattle, przepływające w pobliżu cypla South Beach w drodze na kotwicowiska w Amity Harbor.Pan Crow odznaczałsię chwiejnym charakterem i wysokim myślącym czołem Szekspira [ Pobierz całość w formacie PDF ]