[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Chociaz mogla patrzec mu prosto w twarz, skupila wzrok na punkcie tuz nad jego prawym ramieniem.–Musze to przemyslec – starala sie, zeby w jej glosie nie bylo zadnych emocji.– To, co mi powiedziales… Coz, musze to przemyslec.– Marnie, ale na nic lepszego nie mogla sie zdobyc.–Rozumiem.– Henry skinal glowa.–Wiec moge isc?–Mozesz.Skinela mu na pozegnanie i siegajac do kieszeni po rekawiczki, skierowala sie w strone drzwi.–Victorio.Vicki nigdy nie wierzyla, ze w imionach moze tkwic jakas moc ani ze ich wypowiedzenie przekazywalo te moc komus innemu, ale teraz po prostu musiala sie odwrocic w strone Henry'ego.–Dziekuje, ze nie zaproponowalas, bym to wszystko opowiedzial policji.–Policji? – prychnela.– Czy ja wygladam na glupia?–Nie.– Usmiechnal sie."Mial duzo czasu na wycwiczenie tego usmiechu do perfekcji", przypomniala sobie, probujac uspokoic serce, nagle pobudzone do szybszego bicia.Siegnela za siebie w poszukiwaniu klamki, otworzyla drzwi i uciekla.Mimo ze byla juz sama, potrzebowala chwili na zlapanie oddechu."Wampiry.Demony.O tym cholerstwie nie ucza w akademii policyjnej…"ROZDZIAL 7Wiele brakowalo, by ulice w centrum utone-ly w mroku.Na Woodbine, gdzie palilo sie o wiele mniej swiatel, Vicki poradzila sobie calkiem niezle, postanowila zatem wracac do domu na piechote.Podniosla kolnierz, chcac ochronic sie przed wiatrem, wcisnela dlonie w rekawiczkach w kieszenie, bardziej z przyzwyczajenia, niz zeby je ogrzac, i ruszyla Bloor Street na zachod.Nie miala daleko, a potrzebowala przemyslec pare spraw.Chlodne powietrze dobrze robilo jej obolalej szczece, pomagalo tez na szum w glowie.Chociaz musiala uwazac, by nie stukac zbyt mocno obcasami po chodniku, zdecydowanie wolala spacer od wytrzasania, jakie by jej zafundowano na siedzeniu taksowki.No i potrzebowala pomyslec.Wampiry i demony albo jeden wampir i jeden demon – co najmniej.Przez osiem lat sluzby Vi-cki widziala wiele dziwnych rzeczy i musiala uwierzyc rowniez w takie, ktorych istnienie nawet najbardziej rozsadni ludzie – z wyjatkiem policjantow i pracownikow spolecznych – woleli ignorowac.Po tych wszystkich okrucienstwach, jakie silni potrafili zastosowac wobec slabych, wampiry i demony nie wydawaly sie az tak niewiarygodne.A ten wampir wygladal na jednego z "tych dobrych".W myslach znowu zobaczyla jego usmiech i powstrzymala sie zdecydowanie, by na niego nie odpowiedziec.Na Yonge Street skrecila na poludnie, czekajac na przejsciu dla pieszych na zielone bardziej z przyzwyczajenia niz z koniecznosci.Chociaz skrzyzowanie nie tonelo w swietle, z cala pewnoscia nie panowala tam ciemnosc, a poranny ruch jeszcze sie nie zaczal.Nie tylko Vicki szla ulica.Na Yonge Street nigdy nie bylo calkiem pusto, ale ci, ktorych praca czy styl zycia sprawialy, ze pozostawali na nogach miedzy polnoca a switem, ostroznie i niemal nieza-uwazalnie schodzili kobiecie z drogi.–To dlatego, ze chodzisz jak glina – wytlumaczyl jej kiedys Tony.– Po jakims czasie kazdy z was upodabnia sie do pozostalych.W mundurze czy bez, to juz nie ma znaczenia.Vicki nie miala powodow, by mu nie wierzyc, sama widziala efekty.Tak samo nie miala powodow, by nie wierzyc Henry'emu Fitzroyowi, bo sama tez widziala demona."Mrok poruszal sie w mroku i znikl".Dostrzegla tylko ksztalt wsiakajacy w ziemie i bardzo ja to cieszylo.Niewyrazny obrys, ktory zapamietala, byl tak przerazajacy, ze jej umysl uciekal od tego wspomnienia.Ale zapach padliny pamietala juz doskonale.Ale ani widok, ani zapach nie przekonaly jej, ze Henry mowil prawde.Oba mozna bylo sfingowac, chociaz nie rozumiala, jak i dlaczego ktos mialby to zrobic.Przekonala ja jej wlasna reakcja.Jej wlas- I ny strach.To, ze umysl nie chcial przywolac wspomnienia tego, co widziala.Zlo, lepkie i zimne, emanujace z ciemnosci.Vicki szczelniej owinela sie plaszczem, chociaz I zimno, ktore przeniknelo ja az do kosci, nie mialo nic wspolnego z temperatura.Demon.Teraz przynajmniej wiedzieli, czego szukaja.Wiedzieli? Nie, ona wiedziala.Skrzywila sie w parodii usmiechu, kiedy wyobrazila sobie, jak wyjasnia wszystko Mike'owi Celluciemu.Nie bylo go tam, pomyslalby, ze zwariowala."Do diabla, gdyby mnie tam nie bylo, sama bym pomyslala, ze zwariowalam".Poza tym nie mogla nic powiedziec Celluciemu, nie zdradzajac Henry'ego…Henry.Wampir.Jesli nie byl tym, za kogo sie podawal, dlaczego wymyslil tak skomplikowana hitorie?"Niewazne" zganila sie."Glupie pytanie".Znala patologicznych klamcow: paru aresztowala, z jednym pracowala, i "dlaczego" nie stanowilo dla nich problemu.Historia Henry'ego byla tak skomplikowana, ze musiala byc prawdziwa.Prawda?Zatrzymala sie na rogu College Street.Przecznice dalej, na zachodzie, widnialy swiatla komendy glownej.Moglaby tam pojsc, napic sie kawy, pogadac z kims, kto by zrozumial."Demony i wampiry, jasne".Nagle budynek komendy wydal sie bardzo daleko.Mogla go minac, isc na zachod, do Huron Street i do domu.Ale mimo tego, co zaszlo, nie byla zmeczona i nie chciala sie zamykac w czterech scianach, poki nie wygoni mroku, ktory czail sie w cieniach.Zaczekala, az przejedzie tramwaj – kapsula ciepla i swiatla, pusta, nie liczac kierowcy – i ruszyla na poludnie, do Dundas.Zblizala sie juz do Eaton'a Center, ogromnego budynku z cementu i szkla, kiedy uslyszala wybijajace godzine dzwony katedry Swietego Michala.Za dnia zagluszaly je odglosy miasta, ale w ciszy przed switem dzwiek wibrowal i odbijal sie echem w calym centrum.Odezwaly sie kolejne, mniejsze dzwony, ale te ze Swietego Michala bylo slychac naj-glosniej.Nie do konca wiedzac, dlaczego to robi, Vicki podazyla do zrodla dzwieku.Kiedys, jeszcze jako mundurowa, gonila dilera po schodach katedry.Dopadl drzwi i zaczal domagac sie azylu w swietym miejscu.Ale drzwi byly zamkniete.Najwidoczniej nawet Bog nie ufal nocy w sercu wielkiego miasta.Diler szarpal sie przez cala droge do radiowozu i nie wydawal sie rozbawiony tym, ze Vicki i jej partner nazywali go Quasimodo.Spodziewala sie, ze masywne drewniane drzwi znow beda zamkniete, ale ku jej zaskoczeniu, popchniete, otworzyly sie cicho.Starajac sie rowniez nie halasowac, wslizgnela sie do srodka i zamknela je za soba."Prosimy o cisze", informowal tekturowy znak na lsniacym cynowym stojaku."Obchody Wielkiego Tygodnia.Czuwanie".Gumowe podeszwy butow skrzypialy lekko na posadzce, kiedy Vicki podchodzila do oltarza.Palila sie tylko polowa swiatel, przez co kosciol tonal w nierzeczywistym, niemal mitycznym polmroku.Vicki widziala, ale ledwo ledwo i tylko dlatego, ze nie skupiala wzroku na niczym poza centrum.Ksiadz kleczal przy oltarzu, a najblizsze rzedy lawek zapelnialy ubrane na czarno krepe kobiety, jakby odlane z jednej formy.Cichy dzwiek szeptanych modlitw, jak zauwazyla Vicki, i delikatny stukot przesuwanych w dloniach rozancow nie zaklocaly ciezkiej ciszy panujacej w budynku.Czekanie [ Pobierz całość w formacie PDF ]